03/08/2018
Niektórzy z Was pytają, czy żyję i co u mnie słychać, co mnie bardzo cieszy :-) Jeszcze żyję (zdjęcie na dowód :-D ). Sierpień oznacza dla mnie, że jestem po pierwszej fazie egzaminów i ten miesiąc mogę spędzić na pogłębianiu praktyki, co też czynię od wczoraj, idąc na mysore po roku (a może dwóch latach?) przerwy...
Moje refleksje:
Żyjąc aktualnie przez większość roku w małym Cottbus, w którym nie ma ashtangi ćwiczyłam sama, korzystając ze ściągawek i filmików z internetu. Na szczęście jeszcze w Poznaniu dotarłam do końca I serii, więc wystarczyło tylko szlifować ;) Może nie była to bardzo intensywna praktyka, ale starałam się jednak mobilizować do wejścia na matę parę razy w tygodniu, chociażby na 15 minut...
Idąc na mysore po tak długiej przerwie miałam przez chwilę pewne obawy, że coś robiłam źle, że zapomnę sekwencji lub że się po prostu wygłupię, wracając po tak długim czasie (nie mówiąc już o tym, że moja buzia robi się czerwona już po jednym powitaniu słońca w takim upale, a pociłam się już przy recytowaniu mantry :D )
Jednak przypomniałam sobie, dlaczego w ogóle zaczęłam ćwiczyć ashtangę i co dawała mi cały ten czas, gdy ćwiczyłam sama lub gdy byłam na warsztatach i wiedziałam, że mój umysł sobie ze mną pogrywa i próbuje mnie zniechęcić do podjęcia wysiłku wyjścia z domu i całej organizacji z tym związanej...
Gdy zaczęliśmy ćwiczyć poniosła mnie energia sali. Było cudownie. Pomocne asysty, które skręciły mi jelita xD (marichyasana D :-D ) wywołały we mnie stan głębokiego odprężenia.
Było gorąco, wszyscy błyszczeliśmy się od potu. Gdy chciałam zaplatać nogi dookoła ramion one po prostu zjechały jak na zjeżdżalni wodnej. I co z tego? Ten oddech, skupienie, energia i wspólne zmagania - to było to!
Po powrocie do domu jeszcze bardziej się sobie dziwiłam, że tak długo wytrzymałam bez zajęć mysore. Ćwiczenie w sali razem z innymi a samemu w domu to dwie zupełnie różne rzeczy. Gdy przychodzi się na mysore dostaje się nowych sił z sali. Gdy ćwiczy się samemu, trzeba te siły w sobie odkrywać wciąż na nowo.
Jednak obie rzeczy uczą bardzo wiele. Samodzielność i dyscyplina z praktyki własnej + wsparcie z zajęć mysore (czy też serii prowadzonej) są nie do przecenienia. Myślę, że taka sytuacja, kiedy na jakiś czas jesteśmy w ptaktyce pozostawieni samym sobie pozwala jeszcze bardziej zrozumieć i docenić rolę nauczyciela na naszej duchowej ścieżce.
Dlatego kiedy tylko można, warto uczestniczych w zajęciach prowadzonych! I nie wstydzić się nigdy. Wręcz przeciwnie - być dumnym z tego, że wciąż pozostało się na ścieżce jogi :)