15/06/2026
Pamiętacie, jak w maju pisałem o Kubie, który od początku wiosny co tydzień pakował walizki na wakacje? O naszych obawach, że turnusy rehabilitacyjne są poza zasięgiem finansowym, a każdy wyjazd to logistyczny poligon, bo zaraz pojawia się "jazda": za głośno, za dużo ludzi, piasek parzy, w wodzie coś dotyka nóg... Planowaliśmy zacząć skromnie, od namiotu w ogrodzie.
Ale podświadomość i zmęczenie życiem w tych samych czterech ścianach w Lubawce podpowiedziały mi inne rozwiązanie. Wygoniło mnie z domu. Spakowałem nas zupełnie spontanicznie i ruszyliśmy do Sławy – na trasę, której zawsze potwornie się bałem. Przejechałem ją na chłodno, bez zbędnych emocji.
I wiecie co? Jesteśmy na kempingu. Za nami pierwsza noc. Łatwo nie jest – mój pokiereszowany po 6 operacjach kręgosłup dał popalić i w nocy musiałem rozchodzić ból. Moja głowa też potrzebuje czasu, na razie na wszystko patrzę jakby zza szyby, leki mocno trzymają emocje w ryzach. Ale najważniejsze: jesteśmy tu sami. Pole namiotowe jest puste. Cisza, spokój, nikt nie zawraca głowy.
Dla Kuby, z jego całym bagażem – spektrum autyzmu, ADHD, niepełnosprawnością, padaczką i historią po wylewie dokomorowym – te puste przestrzenie to zbawienie. Brak tłumu i hałasu sprawił, że nie ma lęków i przebodźcowania. Zamiast tego ten survival stał się dla niego najlepszym, naturalnym turnusem rehabilitacyjnym. Kuba uczy się tu samodzielności, o jaką w domu było trudno: ogarnia się w wielkiej łazience (mamy tu 8 kabin tylko dla siebie!), sam decyduje, uczy się płacić w sklepie.
Obozujemy, grillujemy, jesteśmy razem. Teraz moim jedynym zmartwieniem jest to, jak grać z nim w piłkę, na co Kuba ma ogromną ochotę, tak, żeby moje lędźwie kompletnie nie odmówiły posłuszeństwa...
Zorganizowaliśmy te wakacje po swojemu, bez wielkich funduszy, ale z ogromnym sercem. I ten kempingowy reset już przynosi efekty. Pozdrawiamy wprost z lasu! 🌲⛺️