23/09/2026
Oczami hodowcy.
Dokąd właściwie zmierza rynek jeździecki?
Mam ostatnio wrażenie, że wszyscy jesteśmy w pewnego rodzaju wyścigu.
Pasza drożeje.
Siano drożeje.
Ściółka drożeje.
Prąd drożeje.
Woda kosztuje.
Weterynarz kosztuje coraz więcej.
Kowal kosztuje coraz więcej.
Transport kosztuje coraz więcej.
Do tego pensjonaty, treningi, zawody, transporty, boksy wyjazdowe…
Koszt utrzymania i użytkowania konia rośnie praktycznie z każdej strony.
I mówię to nie jako ktoś stojący z boku.
Wiem dokładnie, ile kosztuje utrzymanie konia i jak szybko rosną koszty prowadzenia stajni.
Nie można prowadzić pensjonatu, dokładając do każdego konia, to oczywiste. Rozumiem podwyżki cen.
Ale zaczynam się zastanawiać:
dokąd nas to wszystko prowadzi?
Bo nie kończy się przecież na miesięcznym pensjonacie.
Chcesz trenować?
Płacisz za trening.
Chcesz wystartować?
Płacisz za zgłoszenie, przejazd, transport, trenera, często nocleg i wszystko, co wiąże się z wyjazdem.
A potem dochodzą boksy wyjazdowe.
I tutaj czasami naprawdę zaczynam się zastanawiać, gdzie jest granica.
Coraz częściej za boks na zawodach trzeba zapłacić niemałe pieniądze, a w cenie nie zawsze znajduje się nawet podstawowe siano.
Czyli właściciel przywozi własnego konia, własne siano, w cenie ma wliczoną słomę...bez wymiany.
Do tego dochodzą ceny startów.
250 zł za godzinę jazdy rekreacyjnej? Czy 250 zł za jeden przejazd na zawodach?
I tutaj pojawia się ten sam problem.
Wszystko wokół konia drożeje.
Tylko koń jakoś nie.
Wręcz przeciwnie — ceny koni na rynku często są zaskakująco niskie w stosunku do kosztów ich wyhodowania i utrzymania.
I to jest dla mnie chyba najbardziej absurdalna część tego wszystkiego.
Pasza może kosztować więcej.
Pensjonat może kosztować więcej.
Trening może kosztować więcej.
Weterynarz może kosztować więcej.
Kowal może kosztować więcej.
Transport może kosztować więcej.
Zawody mogą kosztować więcej.
Boks wyjazdowy może kosztować więcej.
Ale kiedy hodowca wystawia dobrego konia za cenę, która ma odzwierciedlać jego jakość, nagle słyszy: „Za drogo”.
Jak to się ma ekonomicznie spiąć?
Nie piszę tego jako zarzut wobec właścicieli ośrodków czy organizatorów zawodów.
Sama doskonale wiem, że koszty działalności są ogromne.
Rozumiem również, że organizacja zawodów kosztuje.
Problem zaczyna się wtedy, kiedy każdy kolejny element rynku próbuje ratować własną ekonomię podnosząc cenę, a na końcu tego łańcucha stoi właściciel konia.
I ta kieszeń ma swoją granicę.
Bo można podnosić ceny tylko tak długo, jak długo ktoś jest w stanie je płacić.
A jeżeli coraz więcej ludzi zacznie mówić:
„Nie stać mnie już na regularne treningi.”
„Nie stać mnie na starty.”
„Nie stać mnie na własnego konia.”
„Zrezygnuję z jeździectwa.”
to w pewnym momencie cały ten system zacznie się kurczyć.
I właśnie tego się obawiam.
Nie tego, że konie będą drogie.
Tylko tego, że jeździectwo stanie się tak drogie, że zacznie tracić ludzi.
A bez ludzi nie ma rynku.
Nie ma klientów na treningi.
Nie ma chętnych na pensjonaty.
Nie ma kupujących konie.
Nie ma nowych hodowców.
Nie ma młodych zawodników.
I nie ma przyszłości.
Może więc warto czasami spojrzeć na rynek nie tylko z perspektywy:
„Ile jeszcze możemy podnieść?”
ale również:
„Ile jeszcze człowiek, który utrzymuje konia, jest w stanie udźwignąć?”
Bo naprawdę nie chciałabym doczekać czasów, w których koń stanie się luksusem dla garstki najzamożniejszych.
I nie chciałabym również, żeby hodowca za kilka lat mówił:
„Chciałbym hodować dobre konie, ale już mnie na to nie stać.”
Bo wtedy wszyscy przegramy.
Nie pojedyncza stajnia.
Nie pojedynczy hodowca.
Całe środowisko.