06/03/2026
🟨 TRAUMA RELACYJNA: KIEDY NIE CHODZI O TO, CO SIĘ WYDARZYŁO, TYLKO O TO, CZEGO ZABRAKŁO
Słowo „trauma” kojarzy się zwykle ze skutkami dramatycznych wydarzeń. Z czymś, co pozostawiło po sobie wyraźny ślad.
Tymczasem część urazów więzi powstaje w inny sposób - nie dlatego, że wydarzyło się coś wyjątkowo trudnego, co pamięta się i można o tym opowiedzieć, ale dlatego, że w ważnej relacji czegoś zabrakło. W dorosłości ujawnia się to jako trudność w budowaniu bliskich relacji.
Często ma to swoje źródło w dzieciństwie, ponieważ rozwój psychiczny dziecka od samego początku dokonuje się w relacji z drugim człowiekiem. Chodzi mi o sytuację, w której dziecko pokazuje swoje przeżycia, a nikt nie potwierdza ich sensu ani znaczenia.
Tekst opisuje jeden z możliwych mechanizmów powstawania urazów więzi w dzieciństwie. Nie oznacza to jednak, że dorosłe życie jest przez nie przesądzone. To, co robimy z własną historią dziś, pozostaje w naszej odpowiedzialności.
Donald Winnicott napisał kiedyś zdanie, które dobrze oddaje wagę takich momentów:
🟨 „TWARZ MATKI JEST PIERWSZYM LUSTREM DLA DZIECKA”
Proste zdanie, ale niesie bardzo poważną konsekwencję.
Małe dziecko nie rozpoznaje swoich stanów emocjonalnych samo z siebie. Dowiaduje się, co czuje i kim jest, patrząc na reakcję drugiej osoby.
Kiedy opiekun widzi jego napięcie, ciekawość, złość czy bezradność i jakoś na nie odpowiada, doświadczenie zaczyna mieć sens.
Bez takiego lustra przeżycie dziecka pozostaje chaotyczne, trudne do zrozumienia i ukojenia. Napięcie nie zostaje uspokojone w relacji i pozostaje w organizmie jako stres — układ nerwowy reaguje pobudzeniem, a ciało uruchamia fizjologiczną reakcję stresową.
Kiedy dziecko pokazuje swoje emocje i uczucia – lęk, potrzebę bliskości, złość, ciekawość – i ktoś widzi ten stan, rozpoznaje, wchodzi w interację, pojawia się bardzo podstawowe doświadczenie: to, co czuję jest realne i ważne dla drugiej osoby i ona odpowiada.
Dobrze pokazuje to słynny eksperyment „still face” Edwarda Tronicka, w którym kilkumiesięczne dzieci bardzo szybko reagują stresem, gdy twarz opiekuna przestaje odpowiadać na ich sygnały. Warto obejrzeć.
🟨DZIECKO NIE POTRZEBUJE IDEALNYCH RODZICÓW
Wręcz przeciwnie. Winnicott zbudował całą swoją teorię wokół idei „wystarczająco dobrej matki”, a nie perfekcyjnej. Opiekun czasem nie rozumie, reaguje za szybko albo za wolno, coś bagatelizuje, nie ma zasobów itd.
To normalne.
Dzięki takim chwilowym niedopasowaniom dziecko uczy się czegoś bardzo ważnego: że emocje mogą zostać zauważone i uwzględnione w relacji, nawet jeśli druga osoba nie trafia od razu. Stopniowo uczy się tolerować frustrację i rzeczywistość, ale i domagać realizacji swoich potrzeb.
Wielu rodziców, którzy mają trudność z zauważaniem emocji dziecka, sami wychowali się w środowiskach, w których przekaz wyglądał mniej więcej tak: „nie przesadzaj”, „nic się nie stało”, „nie ma o czym mówić”, „trzeba być twardym”.
I ten brak dostępności emocjonalnej nie wynika ze złej woli, niedbalstwa itd., a jest wynikiem przekazywania stylu regulacji emocji między pokoleniami.
Widzę, jak wielu rodziców, którzy sami nie mieli takich doświadczeń w dzieciństwie, wykonuje dziś ogromną pracę, żeby to, czego wtedy zabrakło, dać sobie i swoim dzieciom.
🟨KIEDY NA PRZEŻYCIA DZIECKA NIE MA MIEJSCA
Problem zaczyna się gdzie indziej.
Nie wtedy, gdy opiekun się pomyli, nie zareaguje itp.
Tylko wtedy, gdy doświadczenie dziecka regularnie nie znajduje odpowiedzi w relacji.
Czasem wygląda to bardzo niewinnie: „nic się nie stało”, „nie przesadzaj”, „nie płacz”, „nie złość się”. Czasem z troski opiekun natychmiast zaczyna działać. Rozwiązuje problem, odwraca uwagę, organizuje coś innego.
I nie chodzi tu tylko o same emocje, a raczej o doświadczenie dziecka: jego potrzeby, spontaniczność, ciekawość, impulsy kontaktu z drugim człowiekiem — o to wszystko, co składa się na poczucie „to jestem ja”.
Dla dorosłego może to być drobiazg. Dla dziecka to moment, w którym jego przeżycie nie znajduje miejsca w relacji.
🟨 DZIECKO MUSI WYBRAĆ MIĘDZY SOBĄ A RELACJĄ
Jeśli takie sytuacje powtarzają się często, dziecko staje przed bardzo trudnym dylematem. I oczywiście nie jest to przedmiot jego świadomych rozważań, ale moment kształtowanie nieświadomych obron.
Z jednej strony ma swoje spontaniczne doświadczenie.
Z drugiej – potrzebuje relacji z opiekunem, od której zależy jego bezpieczeństwo.
Dziecko nie myśli „to, co czuję, jest ważne i ma sens tylko rodzic mnie nie rozumie”, ale zaczyna zmieniać siebie, czyli: tłumi przeżycia, minimalizuje potrzeby, dostosowuje zachowania, ukrywa spontaniczne reakcje.
Uczy się czegoś bardzo konkretnego: na pewne części mnie nie ma miejsca.
Co to znaczy w praktyce? Dziecko zaczyna wątpić w swoje przeżycia. Jeśli jego lęk, złość, potrzeba bliskości czy ciekawość nie są rozpoznawane, pojawia się coś bardzo subtelnego: może przesadzam, może to nie jest takie ważne, może lepiej o tym nie mówić.
Zaczyna dostosowywać siebie do relacji. Zamiast spontanicznie pokazywać to, co się w nim dzieje, coraz częściej sprawdza: – co wolno czuć, – czego lepiej nie pokazywać
– jaka wersja mnie jest bezpieczna.
Przybiera strategię wycofania, ponieważ pokazywanie własnych przeżyć okazuje się zbyt ryzykowne. Może to dotyczyć np.: potrzeby bliskości, złości, wrażliwości, spontaniczności, ciekawości.
🟨FAŁSZYWE JA: BO BYCIE SOBĄ STAJE SIĘ ZBYT RYZYKOWNE
Z zewnątrz dziecko może wyglądać na bardzo „proste w obsłudze”, „grzeczne”, dobrze dostosowane.
W języku Winnicotta właśnie w takich momentach zaczyna organizować się coś, co później opisuje się jako Fałszywe Ja, czyli nieprawdziwa wersja siebie na potrzeby tego, aby nie stracić relacji z ważnymi ludźmi i nie cierpieć.
To słowo fałszywe jest takie mocne, jednak nie jest to udawanie czy manipulacja, a bardzo wczesna strategia przetrwania.
Dziecko przybiera maskę i zaczyna funkcjonować w taki sposób, który pozwala utrzymać relację z opiekunem — nawet jeśli oznacza to rezygnację z części siebie.
Cena jest jednak duża.
Spontaniczne Ja, które mogłoby rozwijać się w odpowiedzi drugiej osoby, zaczyna się wycofywać. Człowiek uczy się być takim, jakiego oczekuje ważna osoba, zamiast takim, jakim naprawdę jest.
🟨JAK TO WRACA W DOROSŁYCH RELACJACH
W pracy terapeutycznej często słyszy się zdanie: „u mnie w domu było dobrze — nikt nie krzyczał, nie bił, nie pił”. I często jest to prawda. W domu było raczej spokojnie, dziecko miało opiekę, było zadbane.
A jednak z czasem zaczyna być widać coś trudniejszego do uchwycenia: sposób, w jaki traktowane były przeżycia dziecka, czyli wiele momentów kiedy nikt tego nie zauważał, nie brał na serio lub nawet zaprzeczał.
Z takich doświadczeń zaczyna się organizować bardzo cicha, raczej mało świadoma i niewyrażona wiedza o relacjach:
• że pokazywanie własnych przeżyć bywa ryzykowne lub nie ma sensu,
• że potrzeba bliskości może pozostać bez odpowiedzi,
• że z największymi trudnościami człowiek musi zostać sam.
W dorosłym życiu wraca to raczej jako sposób bycia z innymi ludźmi, ostrożność w pokazywaniu siebie, szybkie wycofywanie się, gdy emocje zaczynają rosnąć. Albo przeciwnie — jako bardzo intensywne sygnały, które mają zwiększyć szansę, że ktoś w końcu zobaczy.
Pod tymi różnymi strategiami często znajduje się to samo pytanie:
czy jeśli pokażę siebie naprawdę, ktoś mnie przyjmie taką / takiego— czy znowu zostanę sam/-a?
🟨 RANY, KTÓRE POWSTAJĄ W RELACJACH, LECZĄ SIĘ W RELACJACH
Dlatego dla mnie kolejne zdanie Winnicotta wciąż jest tak poruszające: „Dobrze jest móc się ukryć, ale katastrofą jest nie zostać odnalezionym.”
Bo w bliskich relacjach nie chodzi tylko o to, żeby być obok siebie, gdy dzieje się coś trudnego, ale o to czy czyjeś przeżycie może zostać naprawdę zauważone i przyjęte.
W pracy terapeutycznej często właśnie ten moment — kiedy ktoś przestaje się chować i zostaje zauważony przez drugą osobę — staje się początkiem zmiany w relacji z samą/-ym sobą.
W terapii par w podejściu EFT partnerzy uczą się stopniowo dawać sobie nawzajem to doświadczenie, którego kiedyś zabrakło: najpierw rozpoznać i uznać własne przeżycie, a potem powiedzieć o nim drugiej osobie i doświadczyć, że on / ona naprawdę słyszy i rozumie, co się dzieje.
—
Karolina Pawłowska
psychotraumatolożka
psychoterapeutka w trakcie szkolenia integracyjnego
terapeutka par EFT