19/03/2026
Ten post noszę w sobie od bardzo dawna. Wracał do mnie wieczorami, w ciszy, kiedy wszystko na chwilę zwalniało. I chyba długo nie miałam odwagi go napisać… bo to nie jest łatwe.
Kiedyś przeczytałam zdanie: „rodzic jest od kochania, a nie od rehabilitowania”. I ono we mnie zostało. Zakuło.
Bo ja się z nim nie zgadzam. Całym sercem.
Dla mnie kochanie mojego dziecka to właśnie też rehabilitowanie. To powtarzanie tych samych ćwiczeń setki razy. To szukanie nowych metod, uczenie się kolejnych terapii, masaży, sposobów, które mogą pomóc choć o milimetr. To zmęczenie, które czasem odbiera siły, ale nie odbiera sensu.
Bo jeśli ta terapia nie wróci z nami do domu — jeśli nie stanie się częścią naszej codzienności — to choćby była najlepsza na świecie, nie wystarczy.
My, rodzice, jesteśmy tą codziennością.
Znam już tyle metod. Tyle podejść. Tyle nadziei i tyle momentów zwątpienia. Próbujemy wszystkiego. Bo jak nie spróbować, kiedy chodzi o Kornelka?
I wiem… wiem, że ktoś może zapytać: „a gdzie w tym wszystkim dzieciństwo?”
A ono jest. Jest w każdym uśmiechu. W każdej chwili, kiedy udaje nam się przemycić terapię w zabawę. W tych momentach, kiedy śmiech przykrywa wysiłek. Kiedy on nie wie, że ćwiczy — tylko że się bawi.
Tylko że to wszystko wymaga od nas jeszcze więcej. Jeszcze większej uważności. Jeszcze większego serca.
Często czuję, że robię za mało. Że mogłabym więcej. Że powinnam więcej. To uczucie chyba nigdy nie znika…
Ale się nie poddaje się.
Bo wierzę. Tak bardzo wierzę, że Kornel będzie samodzielny. Że pewnego dnia zrobi rzeczy, które dziś wydają się niemożliwe.
Jeśli będzie trzeba — przesunę góry. Naprawdę.
Nie jestem w tym sama. Tata Kornelka też tu jest. Razem mamy tę nadzieję, razem walczymy o każdy krok, każdy postęp, każdy dzień lepszy od poprzedniego.
I może czasem jest trudno. Może czasem bardzo.
Ale damy radę.
Bo miłość to nie tylko przytulanie.
Miłość to też codzienna walka.
P.S fot. Terapeutyczne Przedszkole Niepubliczne Akademia Przedszkolaka w Zawierciu ❤️