06/05/2026
Oddzielenie rodzica od dziecka na intensywnej terapii to nie „procedura”. To gwóźdź do trumny poczucia bezpieczeństwa. Trauma, która zostaje w człowieku na zawsze.
Myślę o tym za każdym razem, gdy ocieram się o OIOM. Wystarczy zapach, dźwięk aparatury, zamknięte drzwi. Organizm pamięta wszystko.
Dziecko w takim miejscu nie potrzebuje tylko leków i monitorów. Potrzebuje obecności. Znajomego głosu. Dotyku. Poczucia, że mimo bólu i strachu świat nadal jest bezpieczny, bo obok jest ktoś, komu ufa najbardziej. Rodzic nie jest dodatkiem do terapii. Jest częścią terapii.
A jednak system nadal potrafi odbierać dzieciom i rodzinom resztki normalności oraz człowieczeństwa. Nie ułatwia. Ogranicza. Pozbawia wpływu, informacji, czasem nawet nadziei. I mam w sobie ogromny bunt, bo wiem, że część cierpienia nie wynika wyłącznie ze stanu zdrowia, ale z barier, zakazów, chaosu, dezinformacji i odczłowieczenia.
Dziś jest dobrze. Ale przeszłam tę drogę i wiem, że wszystko nadal może się wydarzyć. Tego lęku nie da się po prostu wyłączyć.
I pytam serio — co można zrobić? Gdzie iść? Do kogo uderzać? Z kim próbować zmieniać ten horror, który zostawia nieodwracalne zmiany w psychice chorych dzieci i ich bliskich na całe życie?!?