28/09/2026
MOJA DROGA ZACZĘŁA SIĘ OD DZIECKA…
Czasami zatrzymuję się na chwilę i myślę o tym, jak długa droga doprowadziła mnie do miejsca, w którym jestem dzisiaj.
I wiecie co?
Ona wcale nie zaczęła się od dyplomu.
Nie zaczęła się od gabinetu.
Nie zaczęła się od słowa „terapeuta”.
Zaczęła się, kiedy miałam 17 lat.
Wtedy rozpoczęłam wolontariat w Fundacji OPOKA oraz w świetlicy przy kościele pw. Świętej Teresy od Dzieciątka Jezus.
To właśnie tam po raz pierwszy spotkałam dzieci, które potrzebowały czegoś więcej niż tylko obecności drugiego człowieka.
Potrzebowały uwagi.
Cierpliwości.
Bezpieczeństwa.
Zrozumienia.
Potrzebowały kogoś, kto zobaczy w nich przede wszystkim dziecko, a nie problem.
Miały swoje trudności w codziennym funkcjonowaniu, komunikowaniu się, relacjach społecznych. Każde z nich miało swoją historię, swoje potrzeby i swój sposób przeżywania świata.
Miałam wtedy zaledwie 17 lat.
Nie miałam jeszcze wiedzy, doświadczenia ani kwalifikacji, które mam dzisiaj.
Miałam za to ogromną chęć bycia obok.
I chyba właśnie wtedy zaczęła się moja droga.
Nie wiedziałam jeszcze, dokąd mnie zaprowadzi.
Ale coś we mnie zostało.
Później ukończyłam studia i rozpoczęłam pracę w żłobku.
I choć mogłoby się wydawać, że była to zupełnie inna praca, nauczyła mnie bardzo wiele.
Karmienie.
Pielęgnacja.
Pierwsze kroki.
Pierwsze słowa.
Zabawa.
Przytulenie.
Łzy i śmiech.
Nauczyłam się wtedy, że małe dziecko nie potrzebuje wielkich słów.
Potrzebuje obecności, bezpieczeństwa i dorosłego, który potrafi dostrzec jego potrzeby.
Później przyszedł czas na przedszkole integracyjne i pracę jako pedagog specjalny.
I tutaj moja perspektywa zaczęła zmieniać się jeszcze bardziej.
Poznałam dzieci ze specjalnymi potrzebami edukacyjnymi.
Ich trudności.
Możliwości.
Lęki.
Radości.
I ogromny potencjał.
Zrozumiałam, że za zachowaniem dziecka bardzo często kryje się coś, czego na pierwszy rzut oka nie widać.
Że za krzykiem może kryć się bezradność.
Za wycofaniem – lęk.
Za odmową – trudność.
A za zachowaniem, które dorosłemu może wydawać się „niegrzeczne”, może kryć się potrzeba, której dziecko nie potrafi jeszcze inaczej zakomunikować.
A potem rozpoczęła się kolejna część mojej drogi — praca w Niepublicznej Poradni Psychologiczno-Pedagogicznej „Sensitiva”.
To był kolejny bardzo ważny etap mojego rozwoju zawodowego.
Pracowałam z dziećmi z różnymi trudnościami i niepełnosprawnościami, w tym z dziećmi w spektrum autyzmu, wspierając ich rozwój i prowadząc działania terapeutyczne.
To właśnie tam jeszcze mocniej zobaczyłam, jak ważne jest indywidualne podejście do każdego dziecka — jego możliwości, potrzeb, tempa rozwoju i sposobu komunikowania się ze światem.
I właśnie tam nauczyłam się kolejnej bardzo ważnej rzeczy:
dziecka nie można wspierać w pojedynkę.
Potrzebny jest terapeuta.
Potrzebny jest rodzic.
Potrzebny jest nauczyciel.
Potrzebny jest cały zespół.
Bo kiedy wszyscy zaczynamy „grać do jednej bramki”, dziecko otrzymuje coś niezwykle ważnego — spójne wsparcie.
Moja droga zawodowa zaprowadziła mnie również do Wielkiej Brytanii.
Tutaj rozpoczęłam kolejny etap pracy z dziećmi i ich rodzinami.
Pracuję jako pedagog specjalny w Helpee – Centrum Terapii, a także jako nauczyciel w Polskiej Szkole Sobotniej im. Bł. Franciszki Siedliskiej.
Miałam również możliwość pracować jako terapeuta w Integracyjnym Wagoniku – gdzie współpracowałam z innym terapeutą.
To doświadczenie po raz kolejny pokazało mi, jak ogromną wartość ma współpraca między specjalistami, wymiana doświadczeń i wspólne szukanie najlepszych sposobów wspierania dziecka.
Od 6 lat pracuję również we własnym gabinecie, gdzie spotykam się z dziećmi i ich rodzicami.
To właśnie tutaj mogę łączyć doświadczenia zdobywane przez wszystkie wcześniejsze lata.
Każde miejsce, każda praca, każde dziecko i każda rodzina zostawiły we mnie coś ważnego.
Przez te wszystkie lata spotkałam setki dzieci.
Każde inne.
Każde wyjątkowe.
Każde ze swoją historią.
I każde nauczyło mnie czegoś innego.
Ale chyba najważniejszej rzeczy nauczyłam się właśnie od nich:
żeby nie patrzeć tylko na zachowanie.
Żeby próbować zobaczyć, co znajduje się pod nim.
Dziś, kiedy pracuję z dzieckiem, bardzo często patrzę na sytuację z dwóch stron.
Z perspektywy terapeuty.
Ale również z perspektywy rodzica.
Bo wiem, jak bardzo rodzicowi zależy.
Wiem, ile może kosztować go szukanie odpowiedzi.
I wiem, jak trudno czasami patrzeć, kiedy własne dziecko czegoś nie potrafi, czegoś się boi albo nie radzi sobie z czymś, co dla innych wydaje się takie proste.
Dlatego przez lata wiele razy stawałam po stronie dziecka.
Nie po to, żeby usprawiedliwiać każde zachowanie.
Ale po to, żeby spróbować je zrozumieć.
Żeby powiedzieć:
„Zobaczmy, dlaczego ono tak reaguje.”
„Zastanówmy się, czego potrzebuje.”
„Poszukajmy rozwiązania.”
Bo dziecko nie zawsze potrafi powiedzieć:
„Jest mi trudno.”
„Nie rozumiem.”
„Boję się.”
„Za dużo się dzieje.”
„Potrzebuję pomocy.”
Czasami mówi to swoim zachowaniem.
A naszym zadaniem jest nauczyć się ten język rozumieć.
Dziś wiem też, że ta praca nie jest łatwa.
Wymaga ogromnego zaangażowania, cierpliwości, wiedzy, ale również elastyczności myślenia.
Czasami przychodzę na zajęcia z konkretnym planem.
Mam przygotowaną aktywność.
Wiem, co chciałabym zrobić.
A potem pojawia się dziecko i okazuje się, że…
plan trzeba zmienić.
Bo dziecko nie współpracuje.
Może być zmęczone.
Przebodźcowane.
Może coś być dla niego za trudne.
Może potrzebować zupełnie innego sposobu komunikacji.
I wtedy trzeba się zatrzymać.
Zmienić aktywność.
Zmienić metodę.
Zmienić sposób komunikowania się.
Czasami trzeba nauczyć się słuchać nie tylko słów, ale również gestu, spojrzenia, ruchu czy zachowania dziecka.
To wymaga ciągłego obserwowania, analizowania i szukania odpowiedzi:
„Czego to dziecko potrzebuje ode mnie właśnie teraz?”
I chyba właśnie dlatego ta praca tak bardzo mnie rozwija.
Uczy pokory.
Uczy cierpliwości.
Uczy, że nie zawsze od razu znajdziemy odpowiedź.
Ale przede wszystkim uczy mnie, że czasami trzeba zmienić drogę, a nie cel.
Dzisiaj jestem pedagogiem specjalnym, terapeutą integracji sensorycznej, terapeutą ręki i terapeutą Treningu Umiejętności Społecznych.
Ale zanim zostałam terapeutą, byłam po prostu 17-letnią dziewczyną, która usiadła obok dziecka i chciała mu pomóc.
I chyba właśnie od tego wszystko się zaczęło.
Dzisiaj wiem, że zawód można zdobyć.
Kolejne kursy można ukończyć.
Kolejne kwalifikacje można uzyskać.
Ale wrażliwości na drugiego człowieka trzeba uczyć się całe życie.
I właśnie tego nauczyły mnie dzieci.
Najwięcej.
A po tylu latach wiem jeszcze jedno…
Nie wyobrażam sobie innej pracy.
Bo ta praca daje mi coś, czego trudno znaleźć gdziekolwiek indziej.
Daje mi radość z małych kroków.
Wzruszenie z wielkich osiągnięć.
Satysfakcję, kiedy dziecko pokonuje własną trudność.
I ogromną radość, kiedy rodzic zaczyna dostrzegać możliwości swojego dziecka.
Czasami największym sukcesem jest rzecz, która dla kogoś z zewnątrz wydaje się zupełnie mała.
Ale ja wiem, ile pracy, emocji, prób i łez może się za nią kryć.
I chyba właśnie dlatego wciąż jestem na tej drodze.
Bo gdzieś pomiędzy terapią, diagnozą, ćwiczeniami, rozmowami z rodzicami i codziennymi wyzwaniami znalazłam coś bardzo ważnego.
Poczucie, że to, co robię, ma znaczenie.
I jeśli mogę być dla choć jednego dziecka osobą, która pomoże mu zrobić kolejny krok…
Jeśli mogę być dla choć jednego rodzica tym małym światełkiem w tunelu, które przypomni mu, że nie jest sam i że warto szukać kolejnych możliwości…
to wiem, że moja droga ma sens.
Miałam 17 lat, kiedy usiadłam obok pierwszego dziecka.
Nie wiedziałam wtedy, że właśnie zaczynam swoją życiową drogę.
Dziś wiem.
To dzieci nauczyły mnie patrzeć.
Nauczyły mnie słuchać.
Nauczyły mnie rozumieć.
I nauczyły mnie, że czasami największa zmiana zaczyna się od bardzo małego kroku.
I za tę lekcję jestem im wdzięczna.