05/10/2026
„S” jak smaki życia
Dzień jedenasty
Dzisiejszy dzień postanowiliśmy spędzić na pieszych wędrówkach. Żeby dotrzeć do miejsca ich rozpoczęcia musieliśmy przejechać ok 50 km do góry, czyli w góry. Na parkingu szybkie przebieranko w ciuchy trekingowe i ruszyliśmy trasą ok 600 m w dół… Całość trasy miała liczyć ok 4 km plus część w kanionie. Nie wiem, jak to się stało, że my zrobiliśmy ponad 16km. Pokonaliśmy ok. 200 pięter najpierw schodząc w dół, aby później wspinać się do góry. Nie wiem także, co było łatwiejsze, schodzenie czy wychodzenie, ale gdy dotarłam z powrotem do Ediego, uściskałam gościa. Zapytacie, po co w takim razie porywamy się na takie eskapady, skoro pesel wyraźnie pokazuje granicę możliwości. Otóż właśnie dlatego. Żeby nie zdziadzieć do reszty, żeby dać sobie wycisk i poinformować mózg i resztę części ciała, że jeszcze w zielone gramy.
Zresztą, zarówno trasa dojścia, jak i sam kanion, niedostępny inaczej- tylko poprzez mozolne zejście, oferuje spektakularne widoki, warte tego wysiłku. Kanion nosi nazwę Su Gorropu i jest drugim najgłębszym wąwozem w Europie. Od początku był na Zbysiowej liście rzeczy, które trzeba zaliczyć (osobiście wolę, aby zaliczał kaniony, niż dwudziestoletnie blondyny) więc dzielnie towarzyszę mu w tym eksplorowaniu cudów natury. A trzeba przyznać, że Sardynia co rusz zachwyca kolejnymi. W drodze do wąwozu towarzyszyło nam stadko lokalnych kóz. Cwaniary zeszły tylko do pewnej wysokości, dalej zostawiając nam wysiłek. Na zboczach rośnie pełno kozich przysmaków, nie dziwi więc, że smak koziego sera zdecydowanie różni się w zależności od miejsca pobytu kozich produktorów.
Powrót na dół do naszego apartamentu zajął nam godzinkę. Droga przez góry wije się jak wstążeczka i jest pełna motocyklistów, z których duża ilość przyjeżdża w te rejony Sardynii po to tylko, żeby „pośmigać” na zakrętach. Właściwie trudno się dziwić, ale moje zrozumienie takich fascynacji jest coraz mniejsze.
Gdy schodziliśmy w dół kanionu słyszeliśmy dźwięki silników, z których jednoznacznie można było rozróżnić długą prostą i zbliżanie się do zakrętu. I tak non stop. Owszem jest spora grupa turystyków, które mają inną kulturę jazdy. Można też spotkać czoperowców z wysokimi kierownicami do wentylacji pach. Ale obserwując grupy chłopaków w skórach z zacięciem do jazdy na kolanie, osobiście nie chciałabym żadnego z nich spotkać naprzeciwko, gdy źle obliczy geometrię zakrętu. Pewnie to już mój wiek i starcza zrzędliwość. Ale mój poziom zaufania został wielokrotnie poddany próbom i nikomu już nie ufam na drodze. Poza takimi spostrzeżeniami- tutejsze drogi mają specyficzny sposób oznaczeń. Jedziesz sobie ścieżką, która wije się wśród skał i jest stałą, powtarzalną sekwencją zakrętów, nie uświadczysz prostej, co najwyżej dłuższy odcinek, na którym możesz wrzucić czwórkę przed kolejnym zakrętem, aby za moment znów redukować do trójki lub dwójki, i tak bujasz się z lewa na prawo, tracąc rozeznanie kierunków i stron świata, aby nagle po kolejnym zakręcie zobaczyć znak informujący o niebezpiecznym zakręcie. Wdf- myślisz. Przecież jestem na krętej drodze pełnej zakrętów. Otóż nie. Jesteś na normalnej krętej drodze, ale zaraz wjedziesz w zakręt, który zazwyczaj ma 180 st I trzeba ciut zwolnić. Albo za moment będzie serpentynka, jedna z wielu, więc lepiej, żebyś wiedział. Ten sam znak ostrzegawczy pojawia się na „dole”, tam, gdzie drogi są generalnie proste, lecz w tym wypadku ostrzega przed ostrzejszym, niż normalny, łuku drogi.
Wczoraj znów dotarliśmy do apartamentu o 18, więc po raz kolejny miałam szybką. wieczorną kąpiel w morzu. Zbysiu cały czas tak kombinuje, żeby ograniczyć pobyty na plażach do minimum. Póki co udaje mu się to znakomicie. Plaża jest forma nagrody, cukierkiem dla mnie za uczciwie spędzony i przejeżdżony czas. Ale i tak nie spieszy się zbytnio z tym nagradzaniem mnie za wytrwałość jazdy w przestrzeniach górskich, które regularnie wywołują mój lęk przestrzeni.
Nie byliśmy jednak ostatnimi, żądnymi kąpieli morskich, bo za chwilę dotarła grupa młodych mężczyzn. Patrząc na ich pośpiech w ściąganiu ubrań, zażartowałam do Zbysia, że to grupa motocyklistów. Swoją teorię oparłam na ich wyglądzie/ opalone gęby i ręce do wysokości rękawka w t- shircie. Reszta ciała nieskalana słońcem. Tak jak przyszli, ściągali w pośpiechu spodnie i koszulki, i w bieliźnianych gaciach gnali ze szczenięcą radością do morza.