I GO for NIKI

Directions Website Contact the business

I GO for NIKI Dla Syna NIKI Nikifor- pokonują kilometry na motocyklach i własne ograniczenia- wszystko jest możliwe

16/10/2026

„S” jak smaki życia
Wyprawa na Sardynię jest już ciepłym wspomnieniem lata.
W prezentowanych na bieżąco notatkach z podróży nie udało się zmieścić wszystkich wrażeń i szczegółów wyprawy.
Sardynia to kraj o olbrzymiej różnorodności i wystarczy 15 minut jazdy, aby przenieść się z jednej jej oferowanej odsłony do drugiej.
Sardynia zaskakuje tą różnorodnością, a cała podróż wydaje się być zrealizowana w kilku zupełnie odrębnych i niezależnych miejscach, a przecież poruszaliśmy się cały czas po tej samej wyspie, skrupulatnie wciskając nasze motki w co ciekawsze jej zakątki.
Dzisiaj wrzucam krótkie nagranie skały na wschodnim wybrzeżu, które słynie z klifowego charakteru, a miłośnicy wspinaczek po skałkach mają tam istny raj.

Jeżeli jesteście zainteresowani innymi opowieściami o naszych motocyklowych podróżach, zachęcam serdecznie do zakupu mojej książki „Droga”, z której sprzedaży całkowity dochód jest przeznaczony na rehabilitację naszego syna Michała.
Cena 70 zł. Wysyłka 17 zł.
Nabycie książki tylko poprzez wpłatę na konto fundacji SŁONECZKO
77-400 Złotów, Stawnica 33A
nr KRS 0000186434
Spółdzielczy Bank Ludowy w Zakrzewie oddział Złotów,
nr konta: 89 8944 0003 0000 2088 2000 0010
📍Tytułem wpłaty:
subkonto 651/S, Michał Święciński

Dowód wpłaty wraz z adresem do wysyłki należy przesłać na: [email protected]

„S” jak smaki życia Dzień szesnasty Zaczął się pobudką o 5.45, bo na promie nie ma to tamto i nie przysługuje żadna tary...
11/10/2026

„S” jak smaki życia
Dzień szesnasty
Zaczął się pobudką o 5.45, bo na promie nie ma to tamto i nie przysługuje żadna taryfa ulgowa przy rachunku zakupu- nie tanich bynajmniej- miejsc w kajucie.
My po raz kolejny pozwoliliśmy sobie na ten luksus, słusznie przyjmując, że skoro mamy jechać cały dzień, to pasowałoby, aby być przyzwoicie wypoczętymi. Bez kabiny nie wyobrażałam sobie takiej opcji. Już kiedyś, a było to nie tak dawno, bo 11 lat temu 🙈, wracając z Nordkdpp, machnęłam ręką na brak kabiny i zadowoliłam się zwykłymi miejscami siedzącymi. Wtedy o mały włos nie zamordowałabym gościa, który tak chrapał, że silniki promu przy jego chrapaniu wydawały się nie wydawać dźwięków. Po tamtej nieprzespanej nocy musiałam przez cały dzień prowadzić motocykl i to nie było fajne. Od tamtej pory nie eksperymentuję. Wiem, że kabina daje szanse na wyspanie, a ono daje szansę na bezpieczeństwo na drodze. I tego się trzymam.
Wprawieni w boju wiedzieliśmy, że nie ma co ochoczo zrywać się na dźwięki zapowiedzi o czekającym na deck no 9 śniadaniu i spokojnie dospaliśmy do 6.20, kiedy to panowie z obsługi sprzątającej kabiny zaczęli już mało elegancko łomotać w drzwi.
Cienka, jak bibuła amerikanos i croissant z dżemem musiały nam wystarczyć za śniadanie. Kolejny posiłek był po przejechaniu 500km już w Słowenii. Oj, jak smakowała kanapka z tuńczykiem. Była wyborna. Mniam. W takich chwilach, gdy zatrzymujesz moto na stacji benzynowej, uciekając przed deszczem i dopadając do porządnej kanapki, czujesz się jak władca świata. Gdzieś pomiędzy Włochami a Słowenią dopadł nas deszcz. Ponieważ chcieliśmy tankować już w Słowenii, z uwagi na tańsze ceny paliwa, gnaliśmy do najbliżej stacji. Ucieczka w deszczu przed deszczem miała ten skutek, że nas zmoczyło, bo jakże inaczej. Przeciwdeszczówki na mokre kurtki, to jest to, na co motocykliści „czekają z utęsknieniem”. Pomimo, że deszcz przestał padać po 15 minutach od wyjazdu ze stacji, pozostaliśmy w przeciwdeszczowkach, bo temperatura spadła do 14 st. Od początku marudziłam Zbyszkowi, aby wracać dzień wcześniej- piątek nie jest dobrym dniem na podróż. Korki na wysokości Lubliany, później Mariboru, ciągnęliśmy się jak flaki w oleju, chociaż Zbysiu darł odważnie do przodu, pomiędzy poruszającymi się żółwim tempem autami.
Jpr- co za emocje- jedziesz tak 20 km na maksymalnej koncentracji- jedynka i dwójka. Ćwiczenia wolnej jazdy zaliczone na 6+.
Słowenia pożegnała nas słońcem i rozpoczynającą się złotą jesienią. Powoli dociera do mnie, że lato się jednak prawdziwie kończy.
Gdy wjechaliśmy na Węgry, poczuliśmy się jak w domu. Napotkany po przejechaniu ponad 200km od granicy pierwszy cpn obajtka, przywitaliśmy prawie na kolanach, bo darliśmy przez Węgry ze stałą prędkością 140km, co niestety drastycznie szybko obniża poziom paliwa. Tam kolejna kanapka, muffin na spółkę, kawa i ciśniemy dalej. Chyba Orlen tak na mnie podziałał, bo dostałam takiego dopalacza, że wymuszałam na Zbyszku jeszcze szybszą jazdę. Ale tylko do czasu, bo w ciągu godziny zaczął zapadać zmrok i skończyło się moje kozakowanie. Kurza ślepota plus astygmatyzm i zaćma prawego oka, to nie jest zestaw gwarantujący dobre widzenie kierowcy. Jakoś dotarliśmy do Budapesztu, przejechaliśmy ponad 40 km odcinek obwodnicy i wreszcie zobaczyłyśmy znak na Koszyce. Zrobiło się już też na tyle stabilnie ciemno i czarno wokół, że moje widzenie ustabilizowało się i błędnik przestał szaleć. Ostatnie tankowanie 70 km przed Koszycami. Najgorszy był 120 km odcinek na Słowacji od Preszowa, gdy skończyła się autostrada, zaczęły lokalne drogi, a temperatura spadła do 2 st. Uuuu- zimniutko. Zesztywniali z zimna dojechaliśmy do domku o 1.02, po przejechaniu 1572km.

I dzisiaj kończąc ten post, już wiem, jak się czuł Forest Gamp, gdy nagle poczuł, że już nie ma ochoty biegać. Ta myśl przyszła do niego nagle, jak olśnienie.
Ja właśnie tak się czuję.
Jestem w domu, moim miejscu na ziemi i już nie mam potrzeby, aby kiedykolwiek, gdziekolwiek wyjeżdżać.
LWG

„S” jak smaki życia  Dzień piętnasty Poranna rutyna i włoskie śniadanko w pobliskiej patiserii. Niby nic wielkiego, a mo...
10/10/2026

„S” jak smaki życia
Dzień piętnasty
Poranna rutyna i włoskie śniadanko w pobliskiej patiserii. Niby nic wielkiego, a można by było zacząć się przyzwyczajać. Nic z tego, już jesteśmy prawie spakowani, jeszcze tylko kilka klamotów wciśniemy jakoś do bagażu, który nie wiadomo jakim cudem dziwnie nam się rozpulchnił i roszerzył- chyba zaobserwował całą sól z morza.
Zbysiu wynegocjował trasę powrotna przez góry- tę ich część, w której jeszcze nie byliśmy. Tym razem towarzyszyły nam krówki, śmiało i bez pardonu kręcone dupkami, przemierzając drogi w poszukiwaniu ulubionych miejsc konsumpcji, osiołki, stada baranów, które zdyscyplinowane jednen za drugim- gęsiego- maszerowały po stoku w górę. Były też świnki/ dziki, jakby pełen zestaw żyjących na wyspie zwierząt chciał nam powiedzieć ciao.
Były także drzewa korkowe, które musieliśmy organoleptycznie zapoznać. Były piękne widoki i finalna kąpiel na dzikiej plaży.
Sardynia zadbała o nasze samopoczucie i aby nam nie było na pożegnanie zbyt rzewnie, pożegnała nas deszczem, który najpierw zgonił nas z plaży, mocno utrudniając założenie ciuchów motocyklowych na mokre po kąpieli ciała, a później w Olbi zmuszając do ucieczki pod kawiarniane parasole i ostatnie słodkie espresso. Niebo przybrało bardzo groźny wygląd, niskie chmury burzowe nie zapowiadały, aby aura miała się zmienić. Po prawie dwóch tygodniach pobytu na słonecznej wyspie i tutaj powoli przychodzi jesień, nie pozostawiając wątpliwości, że czas prawdziwie odpocząć.
Tym razem dojazd do portu był bułką z masłem, przy wjeździe spotkaliśmy nasz motek w wydaniu włoskim- śmiesznie stały trzy gieesiki, jak trojaczki.
Za chwilę odpływamy do Livorno, a stamtąd już tylko tranzyt do domku.
Przed nami prawie 1500 km.
Zobaczymy ile uda nam się dzisiaj pokonać trasy.
LWG

„S” jak smaki życia Dzień czternasty Powinnam napisać krótko- dzisiaj nie wydarzyło się nic szczególnego. Ale może coś w...
08/10/2026

„S” jak smaki życia
Dzień czternasty
Powinnam napisać krótko- dzisiaj nie wydarzyło się nic szczególnego.
Ale może coś więcej o tym nieszczególnym, bo właśnie poprzez tę swoją nieszczególność, dla mnie ten dzień był szczególną wisienką na podróżniczym torcie.
Rzadko miewam dni rozpoczynające się od nieśpieszności. Przywykłam już, że każdy ranek rozpoczynam z listą rzeczy do zrobienia. Nigdy nie jest tak, że budzę się rano i rozważam, czym by tutaj się dzisiaj zająć. Raczej moje poranne plany dotyczą tego, co należy zrobić jako najpilniejsze, a co może ewentualnie poczekać do następnego dnia. Z reguły ta lista ręczy jest skrupulatnie notowana w notatniku iPhone’a, bo pamięć u mnie doskonała, acz krótka. Bywa, że w pędzie rzeczy zapominam, co miałam zaraz zrobić, bo ta myśl została wypartą przez jeszcze bardziej naglącą. Jest to irytujące i zmusza do wysiłku spowalniania, gdyż moje myśli potrafią zapierniczać w głowie szybciej niż nie jedno moto na prostej. I nie daj boshe na chwilę tę myśl stracić z oczu, a już ona idzie w długą- samotna i niedościgniona.
Niezwykłą więc odmianą jest poranek, kiedy budzisz się i nic nie musisz. Przeciągasz się i jedynym twoim
zmartwieniem jest wybór plaży.
Osiągnęliśmy taki poziom lenistwa, że po raz kolejny wybraliśmy plażę w zatoczce, otoczoną wysokimi ścianami klifów, na których jak Spidermany wiszą maniacy wspinaczek. Dojściu do plaży towarzyszą także miejsca, skąd rozpoczynają swoje wspinanie. Na skałach siedzą dzieciaki, które przyglądają się poczynaniom swoich rodziców, łażą po tych skałach, jak małe małpki, dla których wysokość nie stanowi problemu, wręcz, obserwując ich, można śmiało powiedzieć, że czują się jak w domu.
Zatoczka była zdominowana przez ten „typ” turystów. Żadnej taryfy ulgowej. Za to pełen luz i naturalność. Żadnego gwiazdorzenia- o nie, przepraszam- trafiła się jedna gwiazda, której partner dostał ambitne zadanie nagrania rolki, gdy ta prężyła się, wyciągała ku górze, coby zniwelować grawitację, a on dwoił się i troił w stresie, czy podoła wyzwaniu i wymaganiom pani. Bosheee, jakie te baby są głupie. Tak pomyślałam, niestety, sama zaliczając się do tego próżnego gatunku.
Zbysiu wytrzymał na plaży 3 godziny. Później odmeldował się i poszedł w góry, ścieżką, bo uparł się dotrzeć do jaskini i kolejnej plaży ukrytej pomiędzy skałami. Ja zostałam z książką i szumem morza. Bo jedną z niewątpliwych zalet tych plaż jest cisza, a właściwie odgłosy przyrody, niezakłócane żadnymi głośnikami z narzucaną nutą.
Wypływałam się za wszystkie czasy. Czuję, jak wody Morza Śródziemnego wyciągnęły ze mnie całą nagromadzoną we mnie złą energię, ciało stało się gładziutkie, skóra nabrała oliwkowej barwy, bez używania filtrów, blokerów i innych wynalazków chroniących przed słońcem, którego było w sam raz.
Wieczorem speedowaliśmy po dobrze już nam znanych maleńkich sklepikach z lokalnymi pamiątkami. Czas jest bowiem najwyższy, bo już kończy się powoli nasza sardyńska przygoda.
Podróżując po wyspie warto wiedzieć, że nic tutaj nie powtarza się. Pamiątki, którymi było nasączone Alhero na zachodnim wybrzeżu na wschodnim są zupełnie niedostępne- i na odwrót. Każda część wyspy to inna specyfika i lokalne rękodzieło ma swoją tożsamość miejsca, nigdzie indziej niedostępną. Jeżeli więc coś Wam wpadnie w oko, nie wahajcie się i nie liczcie, że gdzieś indziej może będzie taniej, bo nie będzie ani taniej, a przede wszystkim wogóle.
LWG

07/10/2026

„S” jak smaki życia

O naszych motocyklowych wyprawach przeczytasz w mojej książce „Droga”.
Cena 70 zł. Wysyłka 17 zł.
Nabycie książki tylko poprzez wpłatę na konto fundacji SŁONECZKO
77-400 Złotów, Stawnica 33A
nr KRS 0000186434
Spółdzielczy Bank Ludowy w Zakrzewie oddział Złotów,
nr konta: 89 8944 0003 0000 2088 2000 0010
📍Tytułem wpłaty:
subkonto 651/S, Michał Święciński

Dowód wpłaty wraz z adresem do wysyłki należy przesłać na: [email protected]
Jedziemy z Pomocą Michałowi "I GO for NIKI".
I GO for NIKI

„S” jak smaki życia Dzień trzynastyA jednak trzynaście nie jest pechowe. Rozpoczęłam ten dzień dosyć wcześnie, bo pobudk...
07/10/2026

„S” jak smaki życia
Dzień trzynasty
A jednak trzynaście nie jest pechowe.
Rozpoczęłam ten dzień dosyć wcześnie, bo pobudką o 3 nad ranem i rozkminami w temacie zmiany pokoju. Gdy już ustaliłam szczegóły scenariusza ponownie zapadłam w sen.
Rano poszliśmy do pobliskiej patiserii na typowo włoskie śniadanie- croissant 🥐 and kawa. W tej patiserii, przy zamówieniu kawy pani od razu złapała, o co mi chodzi, że black coffe ale duża, czyli americano, ale wzmocnione. Zrobiła kawę-ideał, za co dostała mnóstwo podziękowań, uśmiechów i błogiego przewracania oczami, w uznaniu geniuszu parzenia kawy.
Można? Można. W idyllicznej atmosferze pięknie rozpoczętego poranka zaczęliśmy realizować nasz plan walki o godziwe warunki pobytowe. A był on prosty- dzwonię z komórki Zbysia do naszego hotelu i pytam o dostępność pokoi, a potem tam wbijamy i prosimy o zamianę, skoro są dostępne.
Niestety, nocne rozkminy okazały się stratą czasu, gdyż pan pomimo przekazanych informacji, że „ if you need anything you can call me any time” nie odebrał żadnego z trzech połączeń. Rozważałam, czy pora nie za wczesna, bo było dopiero ok. 11- tej- ale do cholery- dzwoniłam do hotelu, a nie do gościa po nocnej imprezie.
Poszliśmy na spacer nad morze. Po powrocie do hotelu w recepcji była tylko starsza Włoszka, która jak się okazało, po angielsku nie zna ani słowa. Ale sprytnie poprosiła o pomoc młodą dziewczynę z biura obok, dzięki czemu mogłam wyjaśnić nasz punkt widzenia i pokazać, co rezerwowaliśmy, a co mamy. Okazało się, że bez większych problemów pani zmieniła nam pokój na pokój naprzeciwko, który okazał się dokładnie tym z oferty, z widokiem na morze i w rozsądnej powierzchni.
Przeprowadzka trwała 5 minut, tak żeśmy się ze Zbysiem spieszyli, żeby przypadkiem nie doszło do zmiany zdania, albo żeby ten gość nie wpadł w tym czasie do hotelu i nie narobił zamieszania 😅.
Ostatecznie około południa wsiedliśmy na moto i pojechaliśmy na wczorajszą plażę. Dzisiaj fala już nie była tak duża, więc można było nacieszyć się wodą, ciszą, w której największym hałasem jest regularny rytm fal uderzających o brzeg.
Wieczorkiem, po kolacji poszwędaliśmy się znów po miasteczku, a później Zbysiu siedząc na swoim nowym balkonie z widokiem na morze, prowadził ożywioną dyskusję z dwoma kotami pomieszkującymi na balkonie obok, którym najwyraźniej przypadł do gustu zapach chrupanego przez Zbysia salami.
LWG

„S” jak smaki życia Dzień dwunastyAura za oknem nie mobilizowała do pośpiechu. Trochę chmur, jakieś, jakby ślady nocnego...
06/10/2026

„S” jak smaki życia
Dzień dwunasty
Aura za oknem nie mobilizowała do pośpiechu. Trochę chmur, jakieś, jakby ślady nocnego deszczu. Zjednaliśmy bez pośpiechu śniadanie, wiedząc, że od dzisiaj nie musimy się już nigdzie spieszyć, bo z głównych atrakcji zostały nam ciekawe miejsca w drodze na północ i plażowanie, które jak już zdążyliście się zorientować, nie jest ulubioną formą spędzania czasu przez Zbysia. Oooo, gdybym rzuciła hasło „nury”, byłby pierwszy do wstawania bladym świtem i gnałby do bazy nurkowej, żeby przesiedzieć jak najdłużej pod wodą w towarzystwie równie rozmownych, jak i on, stworzeń morskich.
Ale nurkowania tym razem nie zostały uwzględnione w planach, toteż dzisiaj, po opuszczeniu naszej miejscówki, bujaliśmy się niespiesznie po górach i zjeżdżaliśmy w dół do zatoczek i plaż, bo jednak plaże ostatecznie były.
Późnym popołudniem, po 17- tej, dotarliśmy do naszego nowego miejsca noclegu. Tym razem wybraliśmy aż 2* hotel tuż przy porcie, z dobrymi opiniami. Chyba przestanę wierzyć opiniom, bo oprócz czystości i dobrej lokalizacji, w tym miejscu jest wszystko, co skłania do jego jak najszybszego opuszczenia. Dostaliśmy pokój, zamiast z obiecanym widokiem na góry, z widokiem na podwórko i śmietnik. Ustawienie pokoju jest takie, że okno znajduje się w aneksie i praktycznie nie widać światła dziennego. Można dostać klaustrofobii i depresji łącznie. Niestety mamy tutaj spędzić trzy noce, bo ta miejscowość ma dobrą lokalizację względem punktów wypadowych- plaż na których mieliśmy spędzać teraz głównie czas.
Pierwsze próby wynegocjowania zmiany pokoju nie powiodły się. W sumie, nie dziwię się- gość ma zapłacone z góry, więc po co ma nam zmieniać pokój na lepszy, skoro już złapał klienta. Zaproponowaliśmy dopłatę do lepszego pokoju- także bez powodzenia.
Póki co więc myślimy, jak rozwiązać ten problem. Moje pomysły się skończyły, bo nie nastawiałam się podczas pobytu tutaj na awantury i walkę o swoje…
Może macie jakieś pomysły?
Chętnie skorzystamy.
Be in touch
LWG

„S” jak smaki życia Dzień jedenasty Dzisiejszy dzień postanowiliśmy spędzić na pieszych wędrówkach. Żeby dotrzeć do miej...
05/10/2026

„S” jak smaki życia
Dzień jedenasty
Dzisiejszy dzień postanowiliśmy spędzić na pieszych wędrówkach. Żeby dotrzeć do miejsca ich rozpoczęcia musieliśmy przejechać ok 50 km do góry, czyli w góry. Na parkingu szybkie przebieranko w ciuchy trekingowe i ruszyliśmy trasą ok 600 m w dół… Całość trasy miała liczyć ok 4 km plus część w kanionie. Nie wiem, jak to się stało, że my zrobiliśmy ponad 16km. Pokonaliśmy ok. 200 pięter najpierw schodząc w dół, aby później wspinać się do góry. Nie wiem także, co było łatwiejsze, schodzenie czy wychodzenie, ale gdy dotarłam z powrotem do Ediego, uściskałam gościa. Zapytacie, po co w takim razie porywamy się na takie eskapady, skoro pesel wyraźnie pokazuje granicę możliwości. Otóż właśnie dlatego. Żeby nie zdziadzieć do reszty, żeby dać sobie wycisk i poinformować mózg i resztę części ciała, że jeszcze w zielone gramy.
Zresztą, zarówno trasa dojścia, jak i sam kanion, niedostępny inaczej- tylko poprzez mozolne zejście, oferuje spektakularne widoki, warte tego wysiłku. Kanion nosi nazwę Su Gorropu i jest drugim najgłębszym wąwozem w Europie. Od początku był na Zbysiowej liście rzeczy, które trzeba zaliczyć (osobiście wolę, aby zaliczał kaniony, niż dwudziestoletnie blondyny) więc dzielnie towarzyszę mu w tym eksplorowaniu cudów natury. A trzeba przyznać, że Sardynia co rusz zachwyca kolejnymi. W drodze do wąwozu towarzyszyło nam stadko lokalnych kóz. Cwaniary zeszły tylko do pewnej wysokości, dalej zostawiając nam wysiłek. Na zboczach rośnie pełno kozich przysmaków, nie dziwi więc, że smak koziego sera zdecydowanie różni się w zależności od miejsca pobytu kozich produktorów.
Powrót na dół do naszego apartamentu zajął nam godzinkę. Droga przez góry wije się jak wstążeczka i jest pełna motocyklistów, z których duża ilość przyjeżdża w te rejony Sardynii po to tylko, żeby „pośmigać” na zakrętach. Właściwie trudno się dziwić, ale moje zrozumienie takich fascynacji jest coraz mniejsze.
Gdy schodziliśmy w dół kanionu słyszeliśmy dźwięki silników, z których jednoznacznie można było rozróżnić długą prostą i zbliżanie się do zakrętu. I tak non stop. Owszem jest spora grupa turystyków, które mają inną kulturę jazdy. Można też spotkać czoperowców z wysokimi kierownicami do wentylacji pach. Ale obserwując grupy chłopaków w skórach z zacięciem do jazdy na kolanie, osobiście nie chciałabym żadnego z nich spotkać naprzeciwko, gdy źle obliczy geometrię zakrętu. Pewnie to już mój wiek i starcza zrzędliwość. Ale mój poziom zaufania został wielokrotnie poddany próbom i nikomu już nie ufam na drodze. Poza takimi spostrzeżeniami- tutejsze drogi mają specyficzny sposób oznaczeń. Jedziesz sobie ścieżką, która wije się wśród skał i jest stałą, powtarzalną sekwencją zakrętów, nie uświadczysz prostej, co najwyżej dłuższy odcinek, na którym możesz wrzucić czwórkę przed kolejnym zakrętem, aby za moment znów redukować do trójki lub dwójki, i tak bujasz się z lewa na prawo, tracąc rozeznanie kierunków i stron świata, aby nagle po kolejnym zakręcie zobaczyć znak informujący o niebezpiecznym zakręcie. Wdf- myślisz. Przecież jestem na krętej drodze pełnej zakrętów. Otóż nie. Jesteś na normalnej krętej drodze, ale zaraz wjedziesz w zakręt, który zazwyczaj ma 180 st I trzeba ciut zwolnić. Albo za moment będzie serpentynka, jedna z wielu, więc lepiej, żebyś wiedział. Ten sam znak ostrzegawczy pojawia się na „dole”, tam, gdzie drogi są generalnie proste, lecz w tym wypadku ostrzega przed ostrzejszym, niż normalny, łuku drogi.
Wczoraj znów dotarliśmy do apartamentu o 18, więc po raz kolejny miałam szybką. wieczorną kąpiel w morzu. Zbysiu cały czas tak kombinuje, żeby ograniczyć pobyty na plażach do minimum. Póki co udaje mu się to znakomicie. Plaża jest forma nagrody, cukierkiem dla mnie za uczciwie spędzony i przejeżdżony czas. Ale i tak nie spieszy się zbytnio z tym nagradzaniem mnie za wytrwałość jazdy w przestrzeniach górskich, które regularnie wywołują mój lęk przestrzeni.
Nie byliśmy jednak ostatnimi, żądnymi kąpieli morskich, bo za chwilę dotarła grupa młodych mężczyzn. Patrząc na ich pośpiech w ściąganiu ubrań, zażartowałam do Zbysia, że to grupa motocyklistów. Swoją teorię oparłam na ich wyglądzie/ opalone gęby i ręce do wysokości rękawka w t- shircie. Reszta ciała nieskalana słońcem. Tak jak przyszli, ściągali w pośpiechu spodnie i koszulki, i w bieliźnianych gaciach gnali ze szczenięcą radością do morza.

„S” jak smaki życia Dzień dziesiąty Wpadliśmy już w rutynę porannego pakowania i sprawnego ruszania w dalszą drogę. O 10...
04/10/2026

„S” jak smaki życia
Dzień dziesiąty
Wpadliśmy już w rutynę porannego pakowania i sprawnego ruszania w dalszą drogę. O 10.30 byliśmy już w drodze do Caligarii. Pomimo wcześniejszych planów pozostania w stolicy Sardynii ze dwa dni, spędziliśmy tam może z 1,5 godziny i uważam ten czas za wystarczający. Zbysiu skrupulatnie przeanalizował, gdzie należy podjechać, aby zoptymalizować czas i trasy przejścia. Zważywszy, że zwiedzanie w ciuchach motocyklowych stało się niejako naszą tradycją, każde dodatkowe, zaoszczędzone metry są na wagę złota.
Oczywiście punktem naszych zainteresowań było Stare Miasto. Dojazd tam to nie byle popierdółka, o czym udało nam się już kilkakrotnie przekonać w konfrontacjach z włoskimi miasteczkami. W stolicy plan był jeszcze ambitniejszy, bo uliczki węższe, ruch większy, kamienice wyższe- a to wszystko razem uczyło pokory.
Szczęśliwie udało nam się ujść z życiem z tej plątaniny uliczek, a później był już tylko kierunek wybrzeża wschodniego, dla ułatwienia 😉 przez centralną część Sardynii i przez góry.
I tak żeśmy machnęli 270 km, co przy tej ilości zakrętów można śmiało uznać za sukces. Edkowi dziób się cieszy, bo płynie sobie po tych zakrętach, jakby tankował niekoniecznie tylko bezołowiową. Falujemy razem z centralną ciągłą. białą linią, która ostatkiem zdrowego rozsądku wskazuje, który pas jezdni do kogo należy, bo inaczej to ja nie wiem, co by tu się działo. A góry to tutaj mają całkiem, całkiem. Zważywszy, że trzeba podjechać od zera piachu na plaży, może się we łbie zakręcić.
Wieczorem dotarliśmy na kolejny nocleg. Coraz bardziej nisko budżetowe te noclegi, ale wszystkie trzymają czystość. Nawigacja poprowadziła nas szutrami na kompletne zadupie. Gdy już mieliśmy wracać, zapytałam ludzi w domku obok o naszą miejscówkę. Okazało się, że są turystami z Niemiec i właśnie kobieta przekazuje im klucze do ich apartamentu. Odczekałam więc ze dwie minuty i zadałam jej pytanie. Tym sposobem spotkaliśmy naszą panią od apartamentu. Przy okazji okazało się, że nie dostaliśmy linka do samodzielnego check inn, i gdyby nie przypadkowe spotkanie musiałabym kobietę ściągać…
W końcu udało nam się przebrnąć przez buchalterię, aby po 18 załapać się jeszcze na kąpiel w morzu.
Później jeszcze kilometrowy spacer do restauracji na kolację i o 23 padłam na tzw twarz.
Be in touch
LWG

„S” jak smaki życia Dziewiąty dzień w drodze. Pakowanie i czas na kolejną zmianę miejsca. Przemieszczamy się konsekwentn...
02/10/2026

„S” jak smaki życia
Dziewiąty dzień w drodze.
Pakowanie i czas na kolejną zmianę miejsca. Przemieszczamy się konsekwentnie na południe.
Na dzisiaj Zbysiu wyznaczył kilka atrakcji, a żebym nie marudziła, popołudniu ma być plaża.
Wyjechaliśmy o 10.30.
Temperatura w normie czyli pomiędzy 29-31 st. Podobno o tej porze roku jest chłodniej. Prognozy zapowiadały 25 st, ale ostatecznie każdego dnia mamy piękne lato. W takiej temperaturze można uskuteczniać nawet piesze wycieczki w butach i spodniach motocyklowych, chociaż nie powiem, aby pot nie spływał, zwłaszcza, że powietrze bywa bardzo wilgotne.
Dzisiejszy plan został zrealizowany idealnie, zwiedziliśmy kopalnię Flavia, z której rozciągał się widok zapierający dech.
Okolice były pełne urokliwych zatoczek i romantycznych plaż. Podjechaliśmy pod największą na świecie, jeszcze do niedawna przejezdną naturalną grotę. Przelecieliśmy cyplem na półwysep St. Antonio, gdzie mogliśmy podziwiać kolejny kościół z romańskim rodowodem z 300 r n.e - Św. Antoniego i zapalić intencyjną świeczkę. Później obiecana plaża, z piaseczkiem białym jak pył. Tym razem Neptun rozhuśtał wody i dokuczliwe fale zmoczyły mi włosy, które pod kaskiem już i tak wyglądają jak sianowate pióra.
Na nocleg do miejscowości P**a dotarliśmy przed 19.
Dzisiaj udało się Zbysiowi zjeść upragnione małże. Ja zapchałam się kluchami szefa, bo z menu w j. włoskim tyle mniej więcej zrozumiałam 😁.
Od jutra kierujemy się już na północny wschód.
Be in touch
LWG

Address

Shiraz
Shiraz
73

Alerts

Be the first to know and let us send you an email when I GO for NIKI posts news and promotions. Your email address will not be used for any other purpose, and you can unsubscribe at any time.

Contact The Business

Send a message to I GO for NIKI:

Shortcuts

Share