17/08/2026
Pojechałam po masło, wróciłam z 🅝🅘🅜.
Masła oczywiście nie kupiłam, bo większość szanujących się lokali spożywczych jest zamknięta w Łowiczu, w niedzielę przed 8 rano. Nawet te, które sztuczna inteligencja AI rekomenduje jako otwarte i sprzedające produkty spożywcze pierwszej potrzeby!
W rozumieniu rzeczonej AI, te produkty pierwszej potrzeby, to oczywiście nie wspomniane już wyżej masło, pomidory czy majonez do niedzielnych jaj, ale wszelkie smaki i procenty utrzymujące w pionie lub poziomie wszystkich spragnionych, nie tylko uzupełnienia płynów w organiźmie, ale też przygód i doświadczeń, w myśl prostej zasady: kto pije ten dwa razy krócej żyje, ale za to dwa razy więcej zobaczy (czy tam poczuje, poeksperymentuje no co kto woli).
Skonfundowana sytuacją wracam na Bobrowniki. Śniadanie będzie w wersji alternatywnej, chleb jest, ser jest, jaja od kur wiejskich się gotują. Kielecki na stole, wyjątkowo zamiast masła, dorzucimy kolejną warstwę między chlebem a serem, kawa, herbata i działamy, bo przecież nie samym pramolanem i kontemplacją przyrody człowiek żyje.
I oto na drodze pojawia się 🅞🅝. Właściwie nie był sam. Matka (w domyśle, bo dzisiaj to w sumie nie wiadomo, czy matka, ciotka, żona ojca, kochanka czy teściowa), taka w typie border collie, ale tylko w typie i lekko niewyrośnięta, w sensie, że nie za wysoka.
Sympatyczna z pyska, w grafitowo-białym odcieniu, wystraszona, z oczami szukającymi miłości. Chyba lekko poturbowane przez życie (albo auto), bo kulejąca na przednią łapkę. A z nią trójka potomstwa. Dwa lekko czarne, takie wiecie, szaro-bure i jeden w kropki. Umaszczenie takie jak krzyżówka krowy holsztyno-fryz z dalmatyńczykiem, czyli ewidentnie rys wiejski jest. Biały, czarny, ciapkowaty.
Chwila na: a co wy tu robicie? Ktoś was wyrzucił? Jak Wam pomóc? Widać, że szukające jedzenia, uwagi, człowieka do opieki, nawet dające się pogłaskać. Czy uciekły, czy od zawsze na gigancie, czy ktoś jest zwyczajnie wyrzucił przy drodze w Arkadii? Tego nie wiem.
Ale wiem, że 𝘁𝗲𝗻 𝘀𝘆𝗺𝗽𝗮𝘁𝘆𝗰𝘇𝗻𝘆 𝘇 𝗽𝘆𝘀𝗸𝗮 𝘀𝘇𝗰𝘇𝗲𝗻𝗶𝗮𝗸 𝗯𝗶𝗲𝗴𝗮ł 𝘇𝗱𝗲𝗰𝘆𝗱𝗼𝘄𝗮𝗻𝗶𝗲 𝘄𝗼𝗹𝗻𝗶𝗲𝗷 𝗻𝗶𝘇̇ 𝗿𝗲𝘀𝘇𝘁𝗮 𝗷𝗲𝗴𝗼 𝗽𝘀𝗶𝗲𝗷 𝗿𝗼𝗱𝘇𝗶𝗻𝘆. Chwila i pobiegła familia na przełaj, przez pola, przed siebie, zostawiając go samego między belami słomy. 𝗡𝗶𝗲 𝗱𝗮ł 𝗿𝗮𝗱𝘆 𝗶𝗰𝗵 𝗱𝗼𝗴𝗼𝗻𝗶𝗰́, wrócił do mnie a ja nie wiele kalkulując, szczeniaka pod pachę i jadę na Bobrowniki.
I tak w dużym skrócie od wczoraj rezyduje u nas. Po drodze kilka telefonów do "matki chrzestnej" naszego psa, Stefana, Pani Agnieszko co robić? Bo Pani Agnieszka, wolontariuszka w schronisku, ma wiedzę i kontakty, no ale wiadomo. Jak spożywczy nieczynny w niedzielę to i wsparcie lokalnych schronisk ograniczone. Przepisy, gminy, powiaty, jak człowiek niedoświadczony to świadomości i wiedzy w takim temacie brak.
𝗢𝗱 𝘄𝗰𝘇𝗼𝗿𝗮𝗷 𝘄𝘆𝗽𝗿𝘆𝘀𝗸𝗮𝗻𝘆 𝗽𝗿𝗲𝗽𝗮𝗿𝗮𝘁𝗲𝗺 𝗻𝗮 𝗽𝗰𝗵ł𝘆, 𝘄𝘆𝗸𝗮̨𝗽𝗮𝗻𝘆, 𝗻𝗮𝗸𝗮𝗿𝗺𝗶𝗼𝗻𝘆 𝘇 𝘄𝗱𝘇𝗶𝗲̨𝗰𝘇𝗻𝗼𝘀́𝗰𝗶𝗮̨ 𝗽𝗮𝘁𝗿𝘇𝘆 𝗻𝗮 𝗻𝗮𝘀, 𝗰𝗵𝘆𝗯𝗮 𝘇 𝗻𝗮𝗱𝘇𝗶𝗲𝗷𝗮̨, 𝘇̇𝗲 𝘇𝗼𝘀𝘁𝗮𝗻𝗶𝗲 𝗻𝗮 𝗱ł𝘂𝘇̇𝗲𝗷, 𝗻𝗮 𝘀𝘁𝗮ł𝗲.
I tu wjeżdża chajzerowski ZONK. Nie możemy go zatrzymać, bo tempo i nieprzewidywalność życia oraz zobowiązania zawodowe nas ograniczają. Jest już Stefan, i rozsądek mówi, że jeden jegomość marki 𝗣𝗜𝗘𝗦 wystarczy. I nie chodzi o to, że nasza znajda nie ma rodowodowych genów od 10-ciu pokoleń, jest jeszcze trochę zapchlona czy rasy kundel. Tu chodzi o nasze realne możliwości i jego codzienne dobro. Dzisiaj pojedzie do weterynarza, na ogólne oględziny i dobrze aby znalazł się dla niego 𝗱𝗼𝗯𝗿𝘆 𝗱𝗼𝗺. W przeciwnym razie będziemy musiały oddać go do schroniska. A tam wiecie jak jest, mały box i perspektywy nijakie.
Proszę udostępniajcie, a może ktoś z Was chciałby dać mu 𝘀𝗰𝗵𝗿𝗼𝗻𝗶𝗲𝗻𝗶𝗲 𝗶 𝗺𝗶ł𝗼𝘀́𝗰́? Jestem pewna, że będzie się odwdzięczał każdego dnia. Wygląda na mądrego średniej wielkości psa. Czeka w Bobrownikach, ale do Łodzi też możemy zawieść.