14/05/2026
Będzin tonie. Czas przestać udawać, że nie widzimy dna.
O zadłużeniu, targu, galerii i tym, że PRL naprawdę się skończył — choć niektórzy wydają się tego nie wiedzieć
Są tematy, które politycy lokalni odkładają na „po wyborach". Są decyzje, które każdy rozumie jako konieczne, lecz nikt nie chce podpisać się pod ich wykonaniem. Są liczby, które leżą na stole od lat, przykryte kurtuazją, oportunizmem i lękiem przed gniewem wyborców. Będzin ma właśnie taki temat. Będzin ma właśnie taką liczbę. I ta liczba wynosi pięćdziesiąt milionów złotych.
Niniejszy tekst nie jest polemiką.
Nie jest też agitacją wyborczą. Jest próbą chłodnej, merytorycznej analizy sytuacji finansowej miasta, której mieszkańcy — od pierwszoklasisty z osiedlowej szkoły po sześćdziesięcioletniego górnika na emeryturze — będą musieli przez dekady spłacać z własnej kieszeni, o ile nie zostaną podjęte dziś odważne, a przede wszystkim racjonalne decyzje. Ten tekst mówi o tym, że PRL skończył się ponad trzydzieści lat temu. A jednak w niektórych aspektach zarządzania przestrzenią publiczną i finansami komunalnymi niektórzy wciąż zarządzają tak, jakby skończył się w zeszłym tygodniu.
I. Anatomia długu — pięćdziesiąt milionów złotych w skali ludzkiej
Pięćdziesiąt milionów złotych to liczba abstrakcyjna. Pozwólmy sobie na chwilę jej uczłowieczenia. Będzin liczy około sześćdziesięciu tysięcy mieszkańców. Oznacza to, że każdy mieszkaniec — niemowlę, senior, bezrobotny, rencista — jest już dziś współdłużnikiem na poziomie niemal 850 złotych. Rodzina czteroosobowa dźwiga na barkach ponad 3 400 złotych miejskiego zadłużenia, zanim jeszcze postawi kawę na stół.
To nie jest jednak liczba statyczna. Dług komunalny nie leży nieruchomo — on rośnie. Obsługa zadłużenia generuje koszty odsetkowe, które z roku na rok uszczuplają budżet operacyjny miasta.
Pieniądze, które mogłyby finansować remonty dróg, żłobki, dofinansowanie kultury lub wsparcie dla lokalnych przedsiębiorców, zamiast tego odpływają do instytucji finansowych jako obsługa zobowiązań zaciągniętych przez poprzednie kadencje. To efekt kuli śniegowej finansów komunalnych i Będzin jest już głęboko w tym procesie.
Mówi się, że jedno pokolenie będzie spłacać ten dług. To optymistyczne założenie. Przy obecnej dynamice, przy obecnym tempie odbudowy dochodów własnych gminy, przy obecnej strukturze wydatków — realnie musimy mówić o obciążeniu trzech pokoleń. Twoje dzieci. Wnuki twoich dzieci. Ludzie, którzy jeszcze nie urodzili się w Będzinie, a już są wpisani do księgi dłużników.
II. Targ — ikona epoki, która minęła bezpowrotnie
Temat będzińskiego targu jest tematem politycznie gorącym, sentymentalnie naładowanym i ekonomicznie — pozwólmy sobie na wprost — anachronicznym. Rozumiemy przywiązanie do targu. Rozumiemy, że dla wielu mieszkańców jest to przestrzeń nie tylko handlowa, ale i społeczna, kulturowa, niemal rytualna. Rozumiemy, że zmiana budzi opór, bo zmiana jest zawsze dyskomfortem. Ale rozumienie sentymentu nie może zastąpić rozumienia bilansu.
Targ w obecnej formie jest strukturalnie nierentowny. Generuje koszty infrastrukturalne — utrzymanie nawierzchni, odbiór odpadów, zarządzanie, sprzątanie — przy jednoczesnym zajmowaniu przestrzeni miejskiej o potencjale zagospodarowania wielokrotnie przewyższającym bieżące przychody. Co więcej, model handlu, który targ reprezentuje — otwarty, niefiskalny, gotówkowy, nieustandaryzowany — jest modelem w fazie terminalnego zaniku.
Nie dlatego, że ktoś tak postanowił. Dlatego, że tak postanowiły miliony konsumentów swoimi codziennymi wyborami zakupowymi. Tego nie zatrzyma żadna uchwała rady miejskiej.
Nikt nie chce likwidować targu. Piszę to wprost, bo chcę być uczciwy wobec tych, którzy zaraz poczują się zdradzeni. Nikt nie chce robić tego, co trzeba zrobić. Ale trzeba to zrobić. I różnica między politykiem odważnym a politykiem wygodnym polega właśnie na zdolności do oddzielenia „chcę" od „muszę" — w imię długoterminowego dobra wspólnoty, której służy.
III. Galeria jako instrument polityki pro-miejskiej — na przekór korporacjom
Tu pojawia się propozycja, która w pierwszej chwili może brzmieć paradoksalnie: zamiast targu — galeria handlowa. Ale nie taka galeria, o jakiej myślicie.
Nie sieciowa świątynia konsumpcji zarządzana przez zagraniczny fundusz nieruchomościowy, wypełniona identycznymi franczyzami od Gdańska po Zakopane.
Mowa o galerii jako instrumencie odbudowy lokalnego handlu miejskiego — przestrzeni zaprojektowanej i zarządzanej w interesie będzińskich kupców, rzemieślników, wytwórców regionalnych.
To jest koncepcja, która z sukcesem funkcjonuje w kilkunastu miastach Europy Zachodniej.
W Niemczech, Holandii, Belgii — w miastach o zbliżonej skali do Będzina — realizowano projekty komunalnych hal targowych i galerii lokalnych, które nie tylko przenosiły handel z przestrzeni ulicznych do kontrolowanych, komfortowych wnętrz, ale budowały przy tym lokalną tożsamość handlową, odporną na monopolizację przez korporacje sieciowe.
Przenosimy handel miejski — nie likwidujemy go. Kupiec z targu dostaje lokal w galerii, ogrzewany zimą i klimatyzowany latem.
Dostaje terminal płatniczy, bo w 2025 roku klient nie nosi przy sobie gotówki. Dostaje widoczność, bo galeria generuje ruch. Traci tylko jeden rzecz — dyskomfort handlowania na dworze przy minusowej temperaturze w grudniu. Czy to naprawdę jest strata, za którą warto bronić status quo?
IV. Finansowanie — Robin Hood w białych rękawiczkach prawa
Pojawia się oczywiście pytanie: skąd pieniądze? Skąd, przy pięćdziesięciu milionach złotych długu, miasto Będzin ma znaleźć środki na budowę nowej infrastruktury handlowej? Odpowiedź jest wielotorowa, ale jeden jej element zasługuje na szczególne wyróżnienie — bo jest jednocześnie sprawiedliwy, legalny i długo zaniedbywany.
Odszkodowania od funkcjonariuszy i urzędników niesłusznie karających mieszkańców. Mowa o tych, którzy w mundurach SB, togach sędziowskich, prokuratorskich togach, mundurach politycznych i garniturach urzędniczych przez lata — od PRL przez transformację aż po czasy najnowsze — wydawali decyzje niezgodne z prawem, skazywali niesłusznie, nakładali kary bez podstaw, zarządzali majątkiem publicznym w sposób szkodzący mieszkańcom.
Mechanizmy dochodzenia odszkodowań od tego rodzaju podmiotów istnieją w polskim porządku prawnym. Są rzadko stosowane — nie dlatego, że nie działają, ale dlatego, że dotychczas brakowało woli politycznej.
Będzin może i powinien stać się miastem, które tę wolę demonstracyjnie ogłasza. Nie z zemsty. Nie z populizmu. Z prostej rachunkowej logiki: jeśli decyzje konkretnych urzędników, sędziów, prokuratorów lub policjantów przyniosły miastu lub jego mieszkańcom wymierną szkodę finansową — ta szkoda powinna zostać naprawiona przez sprawcę, nie przez podatnika. To jest zasada elementarna.
To jest zasada, od której PRL uciekał latami. To jest zasada, którą demokratyczne państwo prawa powinno egzekwować bez wahania.
Zasada Robin Hooda — zabierz tym, którzy bezprawnie wzięli; daj tym, którym bezprawnie odebrano — nie jest lewackim hasłem. Jest definicją sprawiedliwości naprawczej, uznanej przez wszystkie rozwinięte systemy prawne. Kasty i polityczne układy przez lata chroniły swoich. Czas, żeby prawo chroniło mieszkańców.
V. Korzyści ekonomiczne — lista, która nie mieści się na jednej stronie
Przejdźmy do twardej ekonomii. Realizacja opisywanej koncepcji — likwidacja targu, budowa komunalnej galerii z priorytetem dla lokalnych kupców, aktywna polityka odzyskiwania odszkodowań — generuje szereg identyfikowalnych korzyści ekonomicznych:
Po pierwsze: uwolnienie przestrzeni targu pod zagospodarowanie o wyższej wartości katastralnej i fiskalnej. Nieruchomości w centrum Będzina, przeznaczone pod inwestycje, generują podatki, tworzą miejsca pracy, przyciągają kapitał.
Po drugie: formalizacja handlu w galerii oznacza wyższe wpływy z podatku VAT i PIT dla gmin. Kupiec z terminalem płatniczym i kasą fiskalną płaci podatki, których nie płacił na otwartym rynku.
Po trzecie: komfortowa galeria lokalna jest magnesem dla mieszkańców sąsiednich gmin — Sosnowca, Dąbrowy, Czeladzi, Sławkowa — którzy dziś robią zakupy w galeriach tych miast. Repatriacja wydatków konsumpcyjnych do budżetu będzińskich kupców to realny, mierzalny efekt.
Po czwarte: poprawa estetyki centrum miasta — bo targ, jakkolwiek sentymentalny, nie sprzyja wizerunkowo — przyciąga nowych mieszkańców, nowe firmy, nowych inwestorów. Rewitalizacja przestrzeni publicznej to jeden z najlepiej zbadanych czynników wzrostu wartości nieruchomości i przychodów podatkowych gminy.
Po piąte: duże dopłaty dla kupców w pierwszym okresie funkcjonowania galerii — subsydiowane czynsze, dofinansowania wyposażenia, wsparcie marketingowe — są inwestycją, która zwraca się w czasie. Kupiec, który przetrwa pierwsze dwa lata i zbuduje bazę klientów, staje się trwałym podatnikiem lokalnym. To znacznie lepsza lokata niż dotacja dla podmiotu niemającego szans na samodzielność.
Po szóste: odciążenie budżetu miejskiego od kosztów utrzymania infrastruktury targowej — infrastruktury przestarzałej, energochłonnej i wymagającej coraz droższych remontów.
VI. PRL się skończył — czas zarządzać przyszłością, nie przeszłością
Na koniec rzecz najważniejsza — i najtrudniejsza do powiedzenia wprost, bo wymaga odwagi cywilnej.
Przez dziesięciolecia Polska zarządzana była przez logikę, w której decyzje podejmowały instytucje, a nie obywatele; w której chronione były układy, a nie prawa; w której przestrzeń publiczna była narzędziem kontroli społecznej, a nie służby wspólnocie. Ta logika zostawiła ślady głębsze niż się wydaje — w mentalności urzędniczej, w architekturze instytucji, w odruchowym lęku przed transparentnością i rozliczalnością.
Będzin, jak wiele polskich miast, nosi w sobie te ślady. Targ, który przetrwał transformację niezmieniony, bo nikt nie miał odwagi go zmienić. Dług, który narastał przez lata, bo nikt nie chciał powiedzieć „nie" kolejnej wydatkom bez pokrycia. Urzędnicy i funkcjonariusze, którzy przez lata korzystali z bezkarności, bo system chronił swoich.
To się musi zmienić. I może zmienić się tutaj, w Będzinie, bo Będzin ma do tego wszystkie narzędzia: prawo, przestrzeń, kupców gotowych na zmianę, mieszkańców gotowych na odwagę i — co najważniejsze — rozumienie, że dług pięćdziesięciu milionów złotych nie spłaci się sam.
PRL skończył się ponad trzydzieści lat temu. Zarządzajmy nareszcie miastem tak, jakbyśmy w to wierzyli.