28/08/2026
Pora na dobranoc, bo już księżyc świeci. Dzieci lubią bajki, bajki lubią dzieci. Mam nadzieję, że nie tylko dzieci. Zapraszam Was wszystkich do magicznego miejsca...
Z zielnika Pani Sowy
Rozdział I — Pod Starym Dębem
Na środku łąki rósł ogromny, stary dąb, a jego potężne konary rozciągały się wysoko nad trawami i kwiatami. Gruby, spękany pień świadczył o tym, że drzewo musiało pamiętać czasy nieznane już nikomu. Szerokie gałęzie dawały schronienie ptakom, owadom i wszystkim tym, którzy w upalne dni szukali odrobiny cienia.
Niedaleko Dębu płynęła niewielka rzeczka. Wiła się łagodnie przez łąkę, omijając wystające z wody kamienie i porośnięte trawą zakola. Z jednego brzegu na drugi prowadził drewniany mostek, zbudowany z szerokich, nierównych desek. Z biegiem lat ich powierzchnia stała się gładka od deszczu i wiatru, a także od łap, racic, stóp i najróżniejszych nóżek, które po nim przechodziły.
Przy brzegach rosły kaczeńce, a pośród drobnej, zielonej rzęsy unosiły się dwie lilie wodne. Między ich liśćmi po tafli ślizgał się nartnik, a nad wodą przelatywały ważki, przysiadając czasem na przybrzeżnych roślinach. Motyle wciąż krążyły nad kwiatami rozsianymi po łące, jednak wraz ze zbliżającym się wieczorem było ich coraz mniej. Powoli ustępowały miejsca delikatnym jętkom, tańczącym nad wodą w ostatnich chwilach dnia.
W tym miejscu wszystko miało swój czas. Jedne rośliny pojawiały się wczesną wiosną, inne czekały na najcieplejsze dni lata. Były też takie, których należało szukać dopiero wtedy, gdy poranki stawały się chłodne, a nad wodą coraz dłużej utrzymywała się mgła.
Pani Sowa znała ten rytm bardzo dobrze.
Mieszkała w dużej dziupli wysoko w pniu Starego Dębu. Większość mieszkańców łąki widywała ją dopiero wieczorem, ale ona doskonale wiedziała, co działo się również podczas jej odpoczynku. Rozpoznawała głosy ptaków i odgłosy drobnych zwierząt ukrytych w trawie. Znała plusk wody pod mostkiem i szum liści poruszanych przez wiatr. Wiedziała nawet, że wiosną brzmią inaczej niż pod koniec lata.
Tego wieczoru obudziła się wcześniej niż zwykle.
Przeciągnęła najpierw jedno skrzydło, potem drugie, poprawiła kilka niesfornych piórek na piersi i podeszła do niewielkiego otworu w dziupli. Nad łąką wciąż było jasno, ale światła z każdą chwilą było coraz mniej. Pani Sowa przez chwilę obserwowała wodę, po czym spojrzała na kępę roślin rosnących nieopodal Dębu.
— Najwyższa pora — mruknęła do siebie.
Chwilę później bezszelestnie opuściła dziuplę.
Kiedy wróciła, niosła ze sobą kilka świeżo zebranych roślin. Nie odłożyła ich byle gdzie. Każdą uważnie obejrzała, delikatnie oczyściła i ułożyła osobno. Potem podeszła do niewielkiego drewnianego stołu stojącego pod ścianą dziupli.
Leżała na nim gruba księga.
Jej okładka była już mocno wytarta, a pomiędzy kartkami tu i ówdzie wystawały zasuszone listki oraz płatki kwiatów. Niektóre strony zapisano równym pismem od samej góry aż po dolny brzeg. Na innych widniał prosty rysunek, przepis oznaczony małą gwiazdką albo krótki zapisek.
Otworzyła księgę mniej więcej w połowie, odnalazła właściwą stronę i przez chwilę czytała jeden ze starych zapisków.
Uśmiechnęła się.
— No proszę… — powiedziała cicho. — O tym zupełnie zapomniałam.
Obok opisu rośliny Pani Sowa dostrzegła kilka zdań zapisanych drobniejszym pismem. Nie dotyczyły zbioru, suszenia ani żadnego z jej przepisów.
Był to początek pewnej historii.
Pani Sowa przesunęła końcem skrzydła po pożółkłej stronie i już miała zacząć czytać, gdy z zewnątrz dobiegł ją znajomy dźwięk.
Tup.
Po chwili drugi.
Tup. Tup.
Ktoś wszedł na drewniany mostek.
Pani Sowa znieruchomiała i przekrzywiła głowę, nasłuchując. Kroki były powolne i nierówne. Z pewnością nie przypominały wesołego biegu kogoś spieszącego do niej z dobrą wiadomością.
Zamknęła księgę, ale nie odłożyła jej na miejsce.
Spojrzała przez otwór dziupli na drewniane deski, nad którymi właśnie pojawiało się pierwsze światło księżyca.
Ktoś do niej szedł.
Sądząc po sposobie, w jaki stawiał kroki, chyba bardzo potrzebował z kimś porozmawiać.