Podlaskie octy

Podlaskie octy Dane kontaktowe, mapa i wskazówki, formularz kontaktowy, godziny otwarcia, usługi, oceny, zdjęcia, filmy i ogłoszenia od Podlaskie octy, Zdrowie i medycyna, Białystok.
(1)

Pora na dobranoc, bo już księżyc świeci. Dzieci lubią bajki, bajki lubią dzieci. Mam nadzieję, że nie tylko dzieci. Zapr...
28/08/2026

Pora na dobranoc, bo już księżyc świeci. Dzieci lubią bajki, bajki lubią dzieci. Mam nadzieję, że nie tylko dzieci. Zapraszam Was wszystkich do magicznego miejsca...

Z zielnika Pani Sowy

Rozdział I — Pod Starym Dębem

Na środku łąki rósł ogromny, stary dąb, a jego potężne konary rozciągały się wysoko nad trawami i kwiatami. Gruby, spękany pień świadczył o tym, że drzewo musiało pamiętać czasy nieznane już nikomu. Szerokie gałęzie dawały schronienie ptakom, owadom i wszystkim tym, którzy w upalne dni szukali odrobiny cienia.

Niedaleko Dębu płynęła niewielka rzeczka. Wiła się łagodnie przez łąkę, omijając wystające z wody kamienie i porośnięte trawą zakola. Z jednego brzegu na drugi prowadził drewniany mostek, zbudowany z szerokich, nierównych desek. Z biegiem lat ich powierzchnia stała się gładka od deszczu i wiatru, a także od łap, racic, stóp i najróżniejszych nóżek, które po nim przechodziły.

Przy brzegach rosły kaczeńce, a pośród drobnej, zielonej rzęsy unosiły się dwie lilie wodne. Między ich liśćmi po tafli ślizgał się nartnik, a nad wodą przelatywały ważki, przysiadając czasem na przybrzeżnych roślinach. Motyle wciąż krążyły nad kwiatami rozsianymi po łące, jednak wraz ze zbliżającym się wieczorem było ich coraz mniej. Powoli ustępowały miejsca delikatnym jętkom, tańczącym nad wodą w ostatnich chwilach dnia.

W tym miejscu wszystko miało swój czas. Jedne rośliny pojawiały się wczesną wiosną, inne czekały na najcieplejsze dni lata. Były też takie, których należało szukać dopiero wtedy, gdy poranki stawały się chłodne, a nad wodą coraz dłużej utrzymywała się mgła.

Pani Sowa znała ten rytm bardzo dobrze.

Mieszkała w dużej dziupli wysoko w pniu Starego Dębu. Większość mieszkańców łąki widywała ją dopiero wieczorem, ale ona doskonale wiedziała, co działo się również podczas jej odpoczynku. Rozpoznawała głosy ptaków i odgłosy drobnych zwierząt ukrytych w trawie. Znała plusk wody pod mostkiem i szum liści poruszanych przez wiatr. Wiedziała nawet, że wiosną brzmią inaczej niż pod koniec lata.

Tego wieczoru obudziła się wcześniej niż zwykle.

Przeciągnęła najpierw jedno skrzydło, potem drugie, poprawiła kilka niesfornych piórek na piersi i podeszła do niewielkiego otworu w dziupli. Nad łąką wciąż było jasno, ale światła z każdą chwilą było coraz mniej. Pani Sowa przez chwilę obserwowała wodę, po czym spojrzała na kępę roślin rosnących nieopodal Dębu.

— Najwyższa pora — mruknęła do siebie.

Chwilę później bezszelestnie opuściła dziuplę.

Kiedy wróciła, niosła ze sobą kilka świeżo zebranych roślin. Nie odłożyła ich byle gdzie. Każdą uważnie obejrzała, delikatnie oczyściła i ułożyła osobno. Potem podeszła do niewielkiego drewnianego stołu stojącego pod ścianą dziupli.

Leżała na nim gruba księga.

Jej okładka była już mocno wytarta, a pomiędzy kartkami tu i ówdzie wystawały zasuszone listki oraz płatki kwiatów. Niektóre strony zapisano równym pismem od samej góry aż po dolny brzeg. Na innych widniał prosty rysunek, przepis oznaczony małą gwiazdką albo krótki zapisek.

Otworzyła księgę mniej więcej w połowie, odnalazła właściwą stronę i przez chwilę czytała jeden ze starych zapisków.

Uśmiechnęła się.

— No proszę… — powiedziała cicho. — O tym zupełnie zapomniałam.

Obok opisu rośliny Pani Sowa dostrzegła kilka zdań zapisanych drobniejszym pismem. Nie dotyczyły zbioru, suszenia ani żadnego z jej przepisów.

Był to początek pewnej historii.

Pani Sowa przesunęła końcem skrzydła po pożółkłej stronie i już miała zacząć czytać, gdy z zewnątrz dobiegł ją znajomy dźwięk.

Tup.

Po chwili drugi.

Tup. Tup.

Ktoś wszedł na drewniany mostek.

Pani Sowa znieruchomiała i przekrzywiła głowę, nasłuchując. Kroki były powolne i nierówne. Z pewnością nie przypominały wesołego biegu kogoś spieszącego do niej z dobrą wiadomością.

Zamknęła księgę, ale nie odłożyła jej na miejsce.

Spojrzała przez otwór dziupli na drewniane deski, nad którymi właśnie pojawiało się pierwsze światło księżyca.

Ktoś do niej szedł.

Sądząc po sposobie, w jaki stawiał kroki, chyba bardzo potrzebował z kimś porozmawiać.

28/08/2026

Trochę mnie tutaj nie było.
Najpierw był urlop, później powrót do codzienności, zaległości i wszystkiego, co przez te kilka tygodni cierpliwie czekało, aż znowu się tym zajmę. Ale w międzyczasie zaczęło powstawać coś zupełnie nowego. 🌿
Coś, czego do tej pory na tej stronie nie było i co chodziło mi po głowie już od dłuższego czasu. Od kilku dni siedzę nad tym, czytam, poprawiam, skreślam, dopisuję, znowu czytam… i jak to zwykle u mnie bywa — poprawiam jeszcze raz, bo ciągle gdzieś znajdzie się jedno słowo albo jedno zdanie, które mnie uwiera. 😁
Nie chcę Wam jeszcze zdradzać, co dokładnie powstaje. Powiem tylko, że będzie trochę inaczej niż dotychczas. Będą historie, będzie przyroda, będą zioła i będzie w tym wszystkim kawałek świata, który od dawna noszę w głowie.
Jeśli dzisiaj niczego już po drodze nie popsuję 😉, wieczorem pokażę Wam pierwszy jego fragment.
I jestem ogromnie ciekawa, czy spodoba Wam się tam tak samo jak mi. 🌿❤️

🍑 Pamiętacie mój dziadkowy sad?Ten sam, o którym ostatnio Wam opowiadałam. Ten, w którym jako mała dziewczynka wspinałam...
10/08/2026

🍑 Pamiętacie mój dziadkowy sad?
Ten sam, o którym ostatnio Wam opowiadałam. Ten, w którym jako mała dziewczynka wspinałam się na drzewa, czytałam książki pod ich cieniem i wracałam do domu z kieszeniami pełnymi jabłek.
A właściwie... nie tylko jabłek. 😄
Rosły tam również śliwy.
Dzisiaj część z nich to stare drzewa, pamiętające naprawdę wiele lat, a część to nowsze nasadzenia. Nie znam nazw odmian i chyba nigdy nie miałam potrzeby ich poznawać. Dla mnie to po prostu śliwki z naszego sadu. Dojrzewają swoim rytmem, z dala od ruchliwych dróg, w sercu Podlasia.
Mam tylko jeden problem...
Za każdym razem idę zbierać śliwki z wielkim koszykiem i ambitnym planem, że tym razem wszystkie trafią do octu.
Po czym wracam i okazuje się, że... coś się nie zgadza. 🤭
No bo przecież trzeba sprawdzić, czy są wystarczająco słodkie. Potem porównać z następną. I jeszcze z jedną... Wiecie, dla pewności. 😄
Do tych śliwek dodaję goździki. Ich na Podlasiu nie znajdę, więc wybieram takie, które sama z przyjemnością postawiłabym w swojej kuchni – aromatyczne i bardzo dobrej jakości.
Lubię też zaglądać do książek i publikacji o roślinach oraz przyprawach. Fascynuje mnie, że śliwki od dawna zajmują ważne miejsce w naszej kuchni, a goździki od wieków są cenione za swój intensywny aromat i obecność w tradycyjnych recepturach. To właśnie takie historie składników sprawiają, że jeszcze bardziej lubię tworzyć swoje octy.
Nie ukrywam też, że czasem zdarzy mi się zjeść o jednego pieroga za dużo. Albo skusić się na dokładkę, mimo że rozsądek od dawna macha rękami i mówi: „Monika... naprawdę wystarczy!” 😄
W takich chwilach najchętniej sięgam po smaki, które sama lubię i którym ufam od lat. Jednym z nich jest właśnie mój ocet śliwkowo-goździkowy.
Bo powstał przede wszystkim dla mnie.
A dopiero później postanowiłam podzielić się nim z Wami. 💛
🍑 A teraz powiedzcie mi...
Czy Wy też macie taki owoc, którego nigdy nie udaje się donieść do domu w całości, bo połowę zjadacie jeszcze podczas zbierania? 😄

🍎 Są miejsca, do których wraca się nie tylko po owoce.Wraca się po wspomnienia.Mój ocet jabłkowy zaczyna się w sadzie, k...
09/08/2026

🍎 Są miejsca, do których wraca się nie tylko po owoce.
Wraca się po wspomnienia.
Mój ocet jabłkowy zaczyna się w sadzie, który wiele lat temu posadził mój dziadek. Dziś ten sad ma już pewnie około siedemdziesięciu lat. Kiedy byłam małą dziewczynką, te drzewa wydawały mi się ogromne. A teraz uśmiecham się na samą myśl, że chyba bardziej mieszkałam na ich gałęziach niż biegałam po ziemi. 😊
Pamiętam, jak urządzałam wyprawy w poszukiwaniu najpiękniejszego jabłka. Oczywiście każde następne wydawało się jeszcze lepsze od poprzedniego. Bywało też, że siadałam pod rozłożystym konarem z książką, a po kilku stronach bardziej interesowało mnie podjadanie jabłek niż czytanie. 📖🍎
To miejsce do dziś pachnie dzieciństwem.
Pachnie trawą, starymi drzewami, ciepłym mlekiem prosto od krowy u babci i tą beztroską, której chyba wszyscy czasem nam brakuje.
Sad znajduje się z dala od ruchliwych dróg, w sercu Podlasia. Rosną tam stare odmiany jabłoni. Nie znam ich nazw. I szczerze mówiąc... chyba nigdy nie miało to dla mnie większego znaczenia. Dla mnie to po prostu jabłka z dziadkowego sadu.
To właśnie z takich dojrzałych owoców powstaje mój ocet.
Lubię również czytać o jabłkach i odkrywać, jak wiele dobra kryją w sobie owoce, które od wieków goszczą w naszych sadach i kuchniach. Nic dziwnego, że od pokoleń zajmują tak ważne miejsce w codziennym jadłospisie i do dziś pozostają symbolem prostoty oraz naturalności.
Może właśnie dlatego każda butelka tego octu jest dla mnie czymś więcej niż przetworem.
To kawałek mojego dzieciństwa zamknięty w szkle. 💛
🍎 A teraz jestem ciekawa...
Czy Wy też macie takie miejsce, które po latach wciąż pachnie wspomnieniami? Takie, do którego wystarczy wrócić na chwilę, żeby znowu poczuć się dzieckiem?

💛Są takie przepisy, których nie tworzy się z myślą o sprzedaży.Tworzy się je wtedy, kiedy chce się mieć w swojej kuchni ...
07/08/2026

💛
Są takie przepisy, których nie tworzy się z myślą o sprzedaży.
Tworzy się je wtedy, kiedy chce się mieć w swojej kuchni coś, po co samemu sięga się najchętniej.
Mój oxymel powstał właśnie w taki sposób.
Najpierw dla mnie. Później dla mojej rodziny.
Chciałam zamknąć w jednej butelce składniki, które od pokoleń są obecne w domowych spiżarniach i zielnikach. Kwiat lipy, tymianek, kwiat i owoce czarnego bzu, imbir, czosnek, cytrynę, miód… To właśnie po nie od lat sięgają kolejne pokolenia, przygotowując domowe receptury, kiedy za oknem robi się chłodniej.
Nie ma tu przypadku.
Każdy składnik znalazł się w tej kompozycji świadomie. Nie dlatego, że pięknie brzmi na etykiecie, ale dlatego, że od dawna zajmuje swoje miejsce w tradycji zielarskiej i kulinarnej.
Lubię o nich czytać. Fascynuje mnie, że współczesna nauka zainteresowała się wieloma roślinami, które nasze babcie znały od dawna. Tymianek, lipa, czosnek czy imbir od lat są przedmiotem badań, a ich obecność można znaleźć również w produktach dostępnych w aptekach. To tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że warto pielęgnować takie tradycyjne receptury i nie pozwolić im odejść w zapomnienie.
Ten przepis dojrzewał długo.
Próbowałam różnych proporcji, zmieniałam je, wracałam do nich i znowu zaczynałam od początku. Dopiero kiedy sama pomyślałam: „Tak, właśnie o to mi chodziło”, wiedziałam, że mogę przygotować go również dla innych.
Bo wierzę, że najlepsze rzeczy powstają wtedy, gdy najpierw robi się je z myślą o swoich najbliższych.
💛 Jestem ciekawa…
Czy Wy też macie w swojej kuchni składniki, bez których nie wyobrażacie sobie domowej spiżarni? Takie, po które sięgało się od zawsze i które do dziś kojarzą się z troską, spokojem i domem?

🥢 Są takie dni, kiedy mam ochotę na coś naprawdę dobrego...Lubię kuchnię azjatycką. Ten zapach, lekko chrupiące warzywa ...
06/08/2026

🥢 Są takie dni, kiedy mam ochotę na coś naprawdę dobrego...
Lubię kuchnię azjatycką. Ten zapach, lekko chrupiące warzywa i dania, które wydają się skomplikowane, a tak naprawdę potrzebują tylko kilku dobrych składników.
Tylko że... nie zawsze mam czas stać długo przy garnkach.
Właśnie dlatego powstała cukinia po koreańsku.
Najczęściej robię to bardzo prosto. Na patelnię trafia kawałek kurczaka albo wołowiny. W międzyczasie gotuję ryż. Potem otwieram słoiczek i dodaję jego zawartość.
I tyle.
Kilkanaście minut później na stole stoi obiad, który smakuje tak, jak miał smakować od początku. Bez pośpiechu, bez gotowych sosów i bez zastanawiania się, czego jeszcze brakuje.
W środku jest dokładnie to, co powinno się tam znaleźć: cukinia, papryka, cebula, marchew, czosnek, ocet, sos sojowy, sezam i przyprawy.
To jeden z tych słoiczków, które powstały nie dlatego, że czegoś brakowało na półce w sklepie.
Powstał dlatego, że sama chciałam mieć go w swojej spiżarni. 💛
🌿 A teraz jestem ciekawa...
Macie taki produkt albo danie, które zawsze ratuje Was, kiedy brakuje czasu, a mimo wszystko chcecie zjeść coś naprawdę dobrego?

🌼 Syrop z kwiatów czarnego bzu 🌼Są takie zapachy, które od razu przenoszą mnie do ciepłych, czerwcowych dni.Dla mnie wła...
02/08/2026

🌼 Syrop z kwiatów czarnego bzu 🌼
Są takie zapachy, które od razu przenoszą mnie do ciepłych, czerwcowych dni.
Dla mnie właśnie tak pachną kwiaty czarnego bzu.
Każdej wiosny czekam na ten krótki moment, kiedy zaczynają kwitnąć. Trzeba zdążyć w odpowiednim czasie, znaleźć czyste miejsce i zebrać kwiaty, zanim natura pójdzie dalej swoim rytmem.
Potem pozostaje już tylko cierpliwość.
Właśnie z takich kwiatów powstał ten syrop. Bez pośpiechu, tak jak robię wszystkie moje przetwory.
Lubię myśleć, że w każdej butelce zamknęłam odrobinę lata. I mam nadzieję, że kiedy otworzycie ją jesienią albo zimą, ten zapach choć na chwilę przypomni Wam czerwcowe spacery.
🌿 Ciekawostka
Niewiele osób wie, że czarny bez wymaga szacunku. Surowe owoce, nasiona, liście, kora oraz młode pędy zawierają sambunigrynę – naturalny glikozyd cyjanogenny. W większych ilościach może powodować dolegliwości ze strony układu pokarmowego, takie jak nudności czy wymioty.
Dlatego właśnie od pokoleń owoce czarnego bzu poddaje się obróbce cieplnej. Kwiaty, z których przygotowałam ten syrop, są tradycyjnie wykorzystywane do przygotowywania napojów i przetworów, a odpowiednie przygotowanie surowca jest podstawą bezpiecznego korzystania z darów natury.
💛 A teraz jestem ciekawa...
Czy u Was w domu robiło się kiedyś syrop z kwiatów czarnego bzu? Może pamiętacie, kto go przygotowywał – babcia, mama, a może robicie go sami do dziś?
Jeśli ten post przywołał Wam miłe wspomnienia, będzie mi bardzo miło, jeśli zostawicie ❤️, napiszecie kilka słów w komentarzu lub udostępnicie go komuś, kto również kocha smaki i zapachy natury.
Monika
Podlaskie Octy

🌼 Ocet z kocanki piaskowej 🌼Na ten ocet czekałam prawie rok.Kwiaty kocanki piaskowej zbierałam własnoręcznie na czystych...
31/07/2026

🌼 Ocet z kocanki piaskowej 🌼
Na ten ocet czekałam prawie rok.
Kwiaty kocanki piaskowej zbierałam własnoręcznie na czystych terenach Podlasia, wtedy gdy były w pełni kwitnienia. Później natura zrobiła swoje. Cierpliwość, czas i naturalna fermentacja zamieniły je w żywy ocet.
Kocanka piaskowa od pokoleń jest ceniona w ziołolecznictwie. Tradycyjnie stosowano ją jako wsparcie dla wątroby i pęcherzyka żółciowego oraz przy problemach z trawieniem. Znana jest również z działania wspomagającego wydzielanie żółci i prawidłową pracę układu pokarmowego.
Ja najbardziej lubię to, że w każdej butelce jest kawałek podlaskiego lata. Chwila, kiedy chodziłam po łąkach i zbierałam złote kwiaty z myślą, że kiedyś powstanie z nich właśnie taki ocet.
To nie jest produkt, który powstaje w jeden dzień. To efekt wielu miesięcy pracy, cierpliwości i szacunku do natury.
💛 Jeśli podobają Wam się takie historie i chcecie zobaczyć, jak powstają moje octy, zostawcie ❤️ lub napiszcie kilka słów w komentarzu. A jeśli znacie osoby, które interesują się naturalną fermentacją i ziołami, będzie mi bardzo miło, jeśli udostępnicie ten post.

Adres

Białystok

Godziny Otwarcia

Poniedziałek 10:00 - 18:00
Wtorek 10:00 - 18:00
Środa 10:00 - 18:00
Czwartek 10:00 - 18:00
Piątek 10:00 - 18:00

Telefon

+48784888645

Strona Internetowa

Ostrzeżenia

Bądź na bieżąco i daj nam wysłać e-mail, gdy Podlaskie octy umieści wiadomości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu i możesz zrezygnować z subskrypcji w dowolnym momencie.

Skróty

Udostępnij