17/09/2026
Pod poniedziałkowym postem o glicynie zebrało się kilkadziesiąt komentarzy i w kilkunastu wracało jedno zdanie: kupiłem, wziąłem, nic z tego nie było.
Rozumiem tę irytację. Wydajesz trzydzieści złotych, czekasz na cudowną noc, dostajesz zwykłą.
Zwykle są trzy powody.
Pierwszy i najczęstszy: dawka. W badaniach, na które się powołuję (Inagawa 2006, Yamadera 2007, Bannai 2012), ludzie brali 3 gramy na mniej więcej godzinę przed snem. Trzy gramy to około płaskiej łyżeczki proszku. Tymczasem większość gotowych preparatów na sen ma 500 mg glicyny doklejone do pięciu innych składników, żeby ładnie wyglądało na etykiecie. Przy takiej dawce naprawdę nie ma prawa nic się wydarzyć.
Drugi: problem siedzi gdzie indziej. Glicyna pomaga zasnąć i obniża temperaturę ciała na wejściu w sen. Jeżeli zasypiasz w dziesięć minut, a budzisz się o trzeciej z sercem walącym jak młot, to jest zupełnie inna historia, najczęściej kortyzol albo spadek glukozy w środku nocy. Glicyna pracuje na innym odcinku nocy i nie ma tam czego naprawiać.
Trzeci, najmniej lubiany: wieczór. Dwa kieliszki wina, trening o dwudziestej pierwszej, ostatni duży posiłek tuż przed snem. Przy takim wieczorze żaden suplement nie ma szans, bo pracuje przeciwko wszystkiemu, co robiłeś przez ostatnie cztery godziny.
Najczęstszy schemat z wiadomości, które dostaję: 1 gram w kapsułce, razem z melatoniną i magnezem, około dwudziestej drugiej, po lampce wina. I zdziwienie, że nic. Zmiana, którą proponuję, jest jedna: 3 gramy czystego proszku, godzina przed snem, bez alkoholu w tygodniu. Dwa tygodnie, potem ocena.
Jedna zmiana naraz. Inaczej nigdy nie wiesz, co zadziałało.
Ile bierzesz i o której? Napisz w komentarzu, bo w większości przypadków problem leży właśnie w dawce albo w godzinie.