Psycholog Psychoterapeuta- Maria Lipska Korbasiewicz

Psycholog Psychoterapeuta- Maria Lipska Korbasiewicz Dane kontaktowe, mapa i wskazówki, formularz kontaktowy, godziny otwarcia, usługi, oceny, zdjęcia, filmy i ogłoszenia od Psycholog Psychoterapeuta- Maria Lipska Korbasiewicz, Zdrowie i medycyna, Katowice.

22/07/2026

METAFORA JAKO NARZĘDZIE W PSYCHOEDUKACJI

Metafora to jedno z moich ulubionych narzędzi w ogóle i jako taka doskonale się sprawdza również w psychoterapii. Jest to można by rzec, narzędzie wytrych, wspaniałe, uniwersalne, a mądrze używane niesie z sobą szereg rozlicznych korzyści. Doskonale sprawdza się na niemal każdym etapie psychoterapii a w jednym z nich, pełni rolę iście królewską, a jest nią psychoedukacja.
Psychoedukacja, jest szczególnie istotnym obszarem psychoterapii poznawczo-behawioralnej. Bo wiedza, moi drodzy, równa się władza. Jeżeli wiem co się ze mną dzieje i dlaczego tak jest, to zyskuję nad tym możliwość kontroli, a co za tym idzie, możliwość zmiany. Szczególnie zatem istotne jest, aby zgłaszający się do nas pacjent zrozumiał.
Szczególny popłoch i dezorientację pośród pacjentów budzi jeden, konkretny winowajca o kilku malowniczych twarzach. Mianowicie, Jest to emocja. To wszak emocje właśnie są tym, co robi tak wiele zamieszania. Tak moi mili, ta sama emocja właśnie, która była już tu wcześniej wywoływana do tablicy, jako przykład celu nierealistycznego. Nasze sławetne “Nie chce się tak czuć.”
A emocje, moi drodzy, same w sobie zupełnie niczemu nie są winne, bo cóż one mogą za to, że po prostu istnieją, a gdy coś próbują przekazać, to nikt ich nie chce słuchać. No, nic dziwnego, że krzyczą. Prawda? A nawet czasem, można by rzec, że się drą.
Na początku mojej praktyki zawodowej więc, przez lata usilnie tłumaczyłam ludziom czym są emocje i po co je mamy. Z mądrą miną mówiłam o ewolucji, fizjologii i tak dalej. Moi biedni pacjęci kiwali ze zrozumieniem głowami, a w ich oczach była pustka. Bo cóż, że już rozumieli, jak wciąż tak ciężko im było zastosować.
W pewnym momencie, w swej bezbrzeżnej kreatywności, sięgnęłam do przykładów z życia. Muszę przyznać, że tu, efekt zrozumienia pojawia się znacznie szybciej i trafiał do dużo szerszej grupy. Odwoływanie się do przykładów z życia, jest świetną metodą obrazowania problemów i pomaga utożsamić się z omawianym zagadnieniem niemal każdemu. Co jednak z tymi, do których to nie przemawia? To pytanie spędzało mi sen z powiek. Gdy tak bardzo chciałam pomóc i wychylałam się tak bardzo, by uchwycić wyciągniętą ku mnie dłoń, a jednak wciąż dzieliła nas przepaść zrozumienia. I to wtedy właśnie, w moim gabinecie zawitała ona! Metafora. wkroczyła doń ubrana cała na biało i zaczęła żonglować, z iście akrobatyczną wprawą tworząc most porozumienia.
I tu, pozwolę sobie zaprezentować, mój ulubiony, stworzony przeze mnie przykład metafory, jako narzędzia psychoedukacji. I jeżeli chcecie, to możecie mnie oceniać. Możecie kręcić, z politowaniem i niesmakiem głową, i cmokać z przyganą, ale metoda ta działa i jest skuteczna. Możecie mówić “Oj Mario, Mario, jakież to grubiańskie, jakież płytkie.” Może i tak, ale cóż, potrzeba matką wynalazku. Zatem więc przedstawiam państwu metaforę p***sa.
P***s czym jest, każdy dorosły człowiek mniej lub więcej to wie. Każdy też, w jakimś stopniu, zdaje sobie sprawę, jak rzeczony p***s działa. I tu właśnie, zaczyna się doskonałość tego, jakże obrazowego porównania. Jak już wspominałam powyrzej, emocje często pośród moich pacjentów budzą niemały popłoch. Z mojego doświadczenia wynika, że Ludzie dość często kompletnie nie rozumieją swoich emocji, nie potrafią ich zidentyfikować ani regulować. Z ich perspektywy, można by rzec, że emocje się pojawiają, nagle i niespodziewanie i trwają w nieskończoność niewiedzieć czemu. Przyklejają się do nich, niczym wyżuta guma, do podeszwy buta i mimo ich usilnych starań, za żadne skarby nie chcą się odczepić. Na moje pytanie o to, co sprawia, że owa emocja tak trwa i trwa, często słyszę odpowiedź:
Po prostu tak jest, ja tak mam.
Yhym — Kiwam ze zrozumieniem głową a co robisz, że tak masz?
Nic nie robię — oburza się pacjent.
a jednak — mówię — emocja tyle nie trwa, coś ją podtrzymuje.
Moje tyle trwają.
Otóż, moi mili, nie. Niczyje emocje tyle nie trwają. Emocje poprostu tak nie działają. Bo emocje są jak p***s. Wyobraźmy sobie w tym miejscu jakiegoś młodego i zdrowego pana. Pan ów, dajmy na to, pomyślał sobie o pięknej dziewczynie. A, że pan jest heteroseksualny, a dziewczyna wyjątkowo powabna, to ów pan doświadcza wzbudzenia seksualnego. I kto wie co się wtedy dzieje? Pozwolę sobie to tak ładnie ująć, iż dochodzi do erekcji. Wyobraźmy sobie, że zmotywowany tym przyjemnym doświadczeniem pan postanawia w tej sytuacji, puścić sobię film dla dorosłych. Jak myślicie co się wtedy dzieje z jego p***sem? Pewnie jesteśmy w stanie sobie wyobrazić, że taka sytuacja może potrwać jakiś czas, i przez caly ten czas p***s pana pozostanie najpewniej wzwiedziony.
A teraz wyobraźmy sobie, nieco inny scenariusz. Początek pozostaje ten sam. Młody pan myśli o dziewczynie, a jego ciało na ową myśl reaguje, ale ów pan, miast puścić film bądź podjąć inny, spójne ze swym pobudzeniem działania zaczyna kroić, dajmy na to, pomidory. Jak myślicie co się wtedy stanie? No właśnie moi mili, no właśnie. Emocje są jak p***s, nie podtrzymywane, w końcu opadną i to dość szybko.
I to właśnie, jest potęga owej metafory. Kto raz ją usłyszy, już jej nie odusłyszy. Jej prostota jednocześnie pozwala głęboko zapaść w pamięć. Dzięki niej właśnie, pacjentom bardzo łatwo przychodzi zrozumieć mechanikę z jaką działają emocje i jaki jest rzeczywiście udział tego co oni robią w procesie ich podtrzymywania. Nie bójmy się więc metafor. Mogą być głupie, proste albo śmieszne, to nie istotne. ważne, że działają. 😉
Powyższy tekst nie jest artykułem naukowym, a jedynie zbiorem przemyśleń i wypowiedzią w danym temacie, za podstawę mającąc nabytą przeze mnie wiedzę i doświadczenie.

20/07/2026

PSYCHOTERAPIA TO PROCES 📋😉

Psychoterapia to proces. Niemal każdy to wie, ale co tak na dobrą sprawę to znaczy, to dla wielu pozostaje tajemnicą. Czym w istocie rzeczy jest ten proces? Jak wygląda? No i, dla wielu najistotniejsze, ile trwa? Są to doskonałe pytania, na które istnieje jedna stosunkowo uniwersalna odpowiedź. To zależy. Ulubiona odpowiedź nas, psychoterapeutów. Już tacy z nas figlarze.

Jednak taka odpowiedź ma swoją zasadność. Już mówię dlaczego. Ponieważ tak naprawdę co przypadek, to odpowiedź. Mimo iż psychoterapia opiera się na badaniach naukowych i jej skuteczność za ich pomocą jest potwierdzana, a cała rzesza naukowców usilnie stara się uczynić ów proces jak najbardziej ścisłym, to jednak, stety lub niestety, wciąż jest to pewnego rodzaju sztuka wymagająca pewnej elastyczności.

Dlaczego tak jest? Bo istnieje takie zjawisko jak różnice indywidualne. Krótko mówiąc: każdy z nas jest inny. I choć w psychoterapii poznawczo-behawioralnej, na przykład, istnieją bardzo dokładne protokoły leczenia, dość szczegółowo opisujące każdą sesję, to konia z rzędem temu, komu uda się poprowadzić pacjentów idealnie, odwzorowując każdy przecinek protokołu. Idealna terapia nie istnieje, bo też nie istnieje idealny pacjent.

Istnieją jednak pewne ogólne zasady, które mogą w pewien sposób naświetlić, cóż to się kryje pod tym tajemniczym stwierdzeniem, że psychoterapia to proces.

A więc, gdy pacjent zjawia się w gabinecie, psychoterapeucie jawi się on jako czysta karta. Nie wiemy o nim nic. Pierwszym więc krokiem jest dowiedzieć się jak najwięcej. Zbieramy więc wywiad. Słuchamy uważnie, co mówi i jak mówi, i zastanawiamy się usilnie, dlaczego to mówi. Obserwując przy tym wszystko to, co obserwowalne. Musimy bowiem nakreślić, cóż to za człowiek do nas przyszedł.

Drugim krokiem, który wydarza się niejako równocześnie, jest odpowiedź na pytanie: dlaczego? Cóż takiego wydarzyło się, że ktoś uznał, że potrzebuje pomocy psychoterapeuty?

Gdy już mniej więcej znamy odpowiedź na te pytania, nadchodzi czas na kolejne, wbrew pozorom wcale nieproste zadanie, jakim jest określenie problemu. Czyli próba w miarę dokładnego sprecyzowania, cóż w rzeczy samej jest problemem owego pacjenta. I muszę tu dodać, że on sam wcale nie zawsze zna odpowiedź na to pytanie. Owe trzy kroki składają się na proces zwany diagnozą, którą my, terapeuci poznawczo-behawioralni, z mozołem i uporem stawiamy.

Dobra, jeśli udało już nam się wspólnie przebrnąć przez te trzy kroki, czas na kolejny. Co byłoby miarą rozwiązania owego problemu, z którym zgłosił się do nas nasz pacjent? Nadchodzi więc czas na określenie celu psychoterapii. Tu zaczyna się walka, bo bynajmniej cele naszych pacjentów nie zawsze są możliwe do zrealizowania. Muszę przyznać, że dość często wcale nie. Więc trzeba wyciągnąć dłuto i zacząć rzeźbić, czasem w naprawdę twardej skale. I w tym momencie naprawdę istotny jest dobór narzędzi. Bo pamiętajmy wszyscy o kluczowej zasadzie, o którą się tu wszystko rozbija: JAKI MATERIAŁ, TAKIE NARZĘDZIE. Stąd między innymi moje początkowe przyrównanie procesu terapeutycznego do swojego rodzaju sztuki. Już tutaj właśnie na arenę wkracza jako pierwsza psychoedukacja.

Aby móc rzetelnie postawić cele psychoterapii, musimy kierować się kilkoma prostymi zasadami. Pierwsza z nich to: cel musi być REALISTYCZNY. Muszę przyznać, że ta zasada jest dość kluczowa. Najczęstszym celem zaliczającym się do zaszczytnego gremium celów nierealistycznych jest „Nie chcę czuć…” i to może być wiele rzeczy: nie chcę czuć lęku, smutku, złości czy bólu. Taki cel z założenia jest nierealistyczny, gdyż emocje są czymś, co się wydarza, wydarzało i wydarzać będzie, gdyż są one naturalnym zjawiskiem powstałym w procesie ewolucji. Tak samo ból często wynika z somatyki i nie zawsze możemy go usunąć w procesie psychoterapii. Naszym zadaniem więc, jako psychoterapeutów, jest w adekwatny sposób nakierowanie pacjenta na taki cel, który ma szansę w jakikolwiek sposób osiągnąć.

Gdy wreszcie dobrniemy do momentu, w którym pomyślnie przejdziemy przez postawienie diagnozy i celów terapeutycznych, wkraczamy na często dość grząski grunt rdzenia psychoterapii, jakim jest wprowadzanie zmian. I tu znów, moi drodzy, sięgamy po cały szereg narzędzi. Wciąż dzielnie w ręku dzierżąc psychoedukację, dokładamy do niej kolejne narzędzia, takie jak dialog sokratejski czy eksperymenty.

Ehhh… Brzmi mistycznie, prawda? Wcale jednak takie nie jest. Całe misterium polega na tym, żeby nasz kochany pacjent zweryfikował to, co sobie do tej pory myślał, i nauczył się bardziej adaptacyjnych, czyli, mówiąc inaczej, mniej kosztownych dla niego sposobów myślenia i reagowania na otaczającą go rzeczywistość oraz doświadczane przez niego stany.

Gdy nareszcie pomyślnie przejdziemy przez ten proces, możemy sobie wspólnie wszystko podsumować, tak by nasz pacjent opuścił ostatecznie gabinet jako prawdziwy ekspert w dziedzinie radzenia sobie z początkowo zgłaszanymi przez niego problemami. Widzicie, jakie to proste?

To teraz, żeby wszystko nie było tak łatwe i przejrzyste, jak nam się tutaj jawi, dodać muszę, iż wszystkie te powyżej nakreślone przeze mnie etapy przez cały czas się przenikają. Oznacza to, że wcale nie jest tak, że na początku gromadzimy wiedzę na temat pacjenta, bo tak naprawdę poszerzamy ją na każdym kolejnym spotkaniu. W innym wypadku sam proces diagnozy mógłby trwać nawet kilkadziesiąt sesji, zależnie od wglądu pacjenta, jego szczerości i doświadczenia terapeuty. Oznacza to, że już sam pierwszy etap, jakim jest diagnoza, może radykalnie zmienić się w toku procesu terapeutycznego, obracając go o sto osiemdziesiąt stopni. Proszę bardzo i zarazem nie ma za co. Tak właśnie bywa dość często i wcale nie wynika to z głupoty terapeuty i jego braku kompetencji ani z tego, że z pacjentem jest coś nie tak. Po prostu człowiek jest istotą złożoną. A pamiętajmy o tym, że w gabinecie spotyka się ich aż dwoje. Bo wychodzę z założenia, iż mimo swej doskonałości psychoterapeuta również jest człowiekiem.

Przechodząc do terapii samej w sobie, czyli, jak mówiłam, rdzenia będącego próbą zmiany, tutaj również natykamy się na całą moc przeszkód. Ileż to razy ja sama w swoim gabinecie słyszałam: „Ma pani rację, to by pomogło, ale nie zrobię tego”. No i cóż, tak też bywa. W tym momencie możemy się poddać albo szukać innych narzędzi, wciąż zdobywając kolejne szczyty kreatywności.

Jeżeli chodzi o ostatni etap, jakim jest podsumowanie, to szczerze radzę, aby go wplatać w cały proces. Tak, by podsumowywać przez cały czas trwania terapii, upewniać się, czy to, co robimy, działa i czy my rozumiemy pacjenta, i, co równie ważne, czy on rozumie nas. Bo nierzadko się zdarza, że pacjent, poczuwszy, że jego życie się poprawiło, po prostu zakańcza proces i tyle. Takie jego prawo. Gdy jednak zostawimy podsumowywanie wszystkiego na sam koniec, to może się okazać, że po pierwsze, sporo tego, po drugie, w wielu sprawach rozmijaliśmy się z pacjentem, a po trzecie, ten etap może wcale nie zaistnieć z powodu braku pacjenta w gabinecie.

Zatem, jak widać na podstawie powyższych rozważań, psychoterapia to proces wymagający czasem sporej cierpliwości i elastyczności, który, choć swe założenia ma dość ścisłe, jest jednak cały czas nieco humanistyczny i dopasowany do indywidualnych potrzeb.

Powyższy tekst nie jest artykułem naukowym, a jedynie zbiorem przemyśleń i wypowiedzią w danym temacie, za podstawę mającą nabytą przeze mnie wiedzę i doświadczenie.😉

Adres

Katowice
40-019

Godziny Otwarcia

Czwartek 09:00 - 13:00
16:00 - 19:00
Piątek 09:00 - 13:00
16:00 - 19:00
Sobota 10:00 - 13:00

Ostrzeżenia

Bądź na bieżąco i daj nam wysłać e-mail, gdy Psycholog Psychoterapeuta- Maria Lipska Korbasiewicz umieści wiadomości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu i możesz zrezygnować z subskrypcji w dowolnym momencie.

Skróty

Udostępnij