02/06/2026
Dziś, 2 czerwca, obchodzimy Światowy Dzień In Vitro.
Dla mnie to nie jest po prostu data w kalendarzu. To wspomnienie jednego z najważniejszych, najtrudniejszych i najbardziej formujących etapów mojego życia.
Kilka lat starań o rodzicielstwo. Kilka lat podporządkowanych nadziei na dziecko. Kilka lat badań, wizyt, procedur, decyzji, oczekiwania, niepewności i ogromnych emocji.
Kiedy człowiek przechodzi przez leczenie niepłodności metodą in vitro, bardzo szybko rozumie, że to nie jest „temat światopoglądowy”, slogan ani punkt w publicznej debacie. To konkretne ludzkie historie. To pary i osoby, które każdego dnia mierzą się z bólem, lękiem, kosztami, zmęczeniem, napięciem i nadzieją. To droga, na której bardzo często trzeba być silnym wtedy, kiedy człowiekowi najbardziej brakuje sił.
Ja tę drogę poznałam bardzo blisko. I wiem, jak ciężki kawałek chleba to jest.
Wiem też, że czasem ta droga nie kończy się tak, jak przez lata się marzyło…
Dlatego dziś myślę również o tych, którzy muszą albo musieli - tak jak my - „wiedzieć, kiedy ze sceny zejść”… O tych, którzy musieli pożegnać się z marzeniem o ciąży, o rosnącym brzuszku, o porodzie, o tej wyobrażonej wersji macierzyństwa, którą nosi się w sercu długo przed pojawieniem się dziecka… To pożegnanie też jest żałobą. Cichą, trudną, często niezrozumianą przez innych… Bo można kochać dziecko całym sercem, a jednocześnie opłakiwać drogę, którą nie było dane do niego dojść…
Właśnie dlatego moje własne doświadczenie nie zakończyło się wyłącznie na osobistej historii. Stało się również impulsem do działania społecznego. To był czas mojego zaangażowania w społeczność N97, walki o przywrócenie rządowego programu leczenia niepłodności metodą zapłodnienia pozaustrojowego i działań podejmowanych wraz z Stowarzyszenie In Vitro Bez Granic. To był ważny etap mojego życia. Czas rozmów, wsparcia, edukacji, działania i spotkań z ludźmi, którzy doskonale rozumieli, że in vitro to nie fanaberia. To leczenie. To szansa. To często jedna z najważniejszych dróg do upragnionego rodzicielstwa. Z wdzięcznością wracam myślami do działań z Roksaną Hermannovą i wszystkimi osobami, które miały odwagę mówić głośno o niepłodności, o potrzebie systemowego wsparcia i o prawie do leczenia.
Dziś szczególnie mocno przytulam do serca wszystkie Wojowniczki i wszystkich Wojowników.
Tych, którzy są w trakcie procedur.
Tych, którzy czekają na wynik.
Tych, którzy zaczynają kolejną próbę.
Tych, którzy tulą już swoje upragnione dziecko.
Tych, którym się udało.
Tych, którzy nadal idą tą drogą, choć czasem nadzieja bywa bardzo krucha.
I tych, którzy musieli się zatrzymać, odpuścić, zamknąć pewien rozdział i nauczyć się żyć dalej z miłością, która nie zniknęła, tylko zmieniła swój kształt.
Wiem, ile ta droga kosztuje - emocjonalnie, fizycznie, psychicznie i finansowo. Wiem też, jak bardzo potrzebne są: rzetelna medycyna, empatyczne wsparcie, edukacja społeczna i realne rozwiązania systemowe.
Dlatego dziś moje życzenie jest proste: aby jak najwięcej osób mogło skorzystać z leczenia niepłodności bez wstydu, bez samotności i bez poczucia, że muszą walczyć o coś, co powinno być dostępne jako element nowoczesnej opieki zdrowotnej.
A wszystkim, którzy dziś są w tej drodze, chcę powiedzieć: widzę Was, rozumiem, jestem z Wami sercem. 🤍