endo.ania - Ania Kwaśniewska - Ambasadorka zdrowia kobiet

endo.ania - Ania Kwaśniewska - Ambasadorka zdrowia kobiet Buduję świadomość na temat endometriozy we wszelkich środowiskach. Potrzebujesz wiedzy lub wsparcia? Chcesz się przyłączyć do działań? Zachęcam do kontaktu!

Dziś, 2 czerwca, obchodzimy Światowy Dzień In Vitro.Dla mnie to nie jest po prostu data w kalendarzu. To wspomnienie jed...
02/06/2026

Dziś, 2 czerwca, obchodzimy Światowy Dzień In Vitro.

Dla mnie to nie jest po prostu data w kalendarzu. To wspomnienie jednego z najważniejszych, najtrudniejszych i najbardziej formujących etapów mojego życia.

Kilka lat starań o rodzicielstwo. Kilka lat podporządkowanych nadziei na dziecko. Kilka lat badań, wizyt, procedur, decyzji, oczekiwania, niepewności i ogromnych emocji.

Kiedy człowiek przechodzi przez leczenie niepłodności metodą in vitro, bardzo szybko rozumie, że to nie jest „temat światopoglądowy”, slogan ani punkt w publicznej debacie. To konkretne ludzkie historie. To pary i osoby, które każdego dnia mierzą się z bólem, lękiem, kosztami, zmęczeniem, napięciem i nadzieją. To droga, na której bardzo często trzeba być silnym wtedy, kiedy człowiekowi najbardziej brakuje sił.

Ja tę drogę poznałam bardzo blisko. I wiem, jak ciężki kawałek chleba to jest.

Wiem też, że czasem ta droga nie kończy się tak, jak przez lata się marzyło…

Dlatego dziś myślę również o tych, którzy muszą albo musieli - tak jak my - „wiedzieć, kiedy ze sceny zejść”… O tych, którzy musieli pożegnać się z marzeniem o ciąży, o rosnącym brzuszku, o porodzie, o tej wyobrażonej wersji macierzyństwa, którą nosi się w sercu długo przed pojawieniem się dziecka… To pożegnanie też jest żałobą. Cichą, trudną, często niezrozumianą przez innych… Bo można kochać dziecko całym sercem, a jednocześnie opłakiwać drogę, którą nie było dane do niego dojść…

Właśnie dlatego moje własne doświadczenie nie zakończyło się wyłącznie na osobistej historii. Stało się również impulsem do działania społecznego. To był czas mojego zaangażowania w społeczność N97, walki o przywrócenie rządowego programu leczenia niepłodności metodą zapłodnienia pozaustrojowego i działań podejmowanych wraz z Stowarzyszenie In Vitro Bez Granic. To był ważny etap mojego życia. Czas rozmów, wsparcia, edukacji, działania i spotkań z ludźmi, którzy doskonale rozumieli, że in vitro to nie fanaberia. To leczenie. To szansa. To często jedna z najważniejszych dróg do upragnionego rodzicielstwa. Z wdzięcznością wracam myślami do działań z Roksaną Hermannovą i wszystkimi osobami, które miały odwagę mówić głośno o niepłodności, o potrzebie systemowego wsparcia i o prawie do leczenia.

Dziś szczególnie mocno przytulam do serca wszystkie Wojowniczki i wszystkich Wojowników.

Tych, którzy są w trakcie procedur.
Tych, którzy czekają na wynik.
Tych, którzy zaczynają kolejną próbę.
Tych, którzy tulą już swoje upragnione dziecko.
Tych, którym się udało.
Tych, którzy nadal idą tą drogą, choć czasem nadzieja bywa bardzo krucha.
I tych, którzy musieli się zatrzymać, odpuścić, zamknąć pewien rozdział i nauczyć się żyć dalej z miłością, która nie zniknęła, tylko zmieniła swój kształt.

Wiem, ile ta droga kosztuje - emocjonalnie, fizycznie, psychicznie i finansowo. Wiem też, jak bardzo potrzebne są: rzetelna medycyna, empatyczne wsparcie, edukacja społeczna i realne rozwiązania systemowe.

Dlatego dziś moje życzenie jest proste: aby jak najwięcej osób mogło skorzystać z leczenia niepłodności bez wstydu, bez samotności i bez poczucia, że muszą walczyć o coś, co powinno być dostępne jako element nowoczesnej opieki zdrowotnej.

A wszystkim, którzy dziś są w tej drodze, chcę powiedzieć: widzę Was, rozumiem, jestem z Wami sercem. 🤍

Dzień DzieckaDziś wracam myślami do tej małej dziewczynki, którą kiedyś byłam. Do dziewczynki z głową pełną pomysłów, ma...
01/06/2026

Dzień Dziecka

Dziś wracam myślami do tej małej dziewczynki, którą kiedyś byłam. Do dziewczynki z głową pełną pomysłów, marzeń i planów, która - prawdę mówiąc - nigdy nie potrafiła zdecydować, kim właściwie chce zostać w przyszłości.

Pamiętam, że kiedy w szkole podstawowej dostawaliśmy pracę domową o wymarzonym zawodzie, ja najchętniej rysowałam kilka zawodów naraz.

Bo jak tu wybrać tylko jeden?
Chciałam być nauczycielką. Taką jak moja wychowawczyni - ukochana Pani Dorotka, którą z ogromnym sentymentem wspominam do dziś. I nauczycielką zostałam. Co prawda nie w klasach 1–3, jak wtedy sobie wyobrażałam, ale najpierw nauczycielem przedszkola, a później nauczycielem akademickim. Ale jednak…

Chciałam być dziennikarką - i różne, mniejsze lub większe, przygody z pisaniem i dziennikarstwem również miałam… Bo od zawsze lubiłam pisać. Wymyślone historie, własne światy, opowieści, które rodziły się w dziecięcej głowie. Pamiętam jak jako kilkuletnia dziewczynka wymyślałam wiersz o tym, że „w studni - dudni”. I pamiętam, kiedy pierwszy raz napisałam swoje „opowiadanie”. Zapisałam niemal cały szesnastokartkowy zeszyt. Jaka ja byłam wtedy dumna z siebie. I jak bardzo czekałam, co powie moja ukochana Pani Dorotka.

Chciałam też być strażakiem - i to marzenie też się ziściło. Może nie zawodowo, ale jednak.

No i oczywiście chciałam być Natalią Oreiro.
Ale kto na początku lat dwutysięcznych nie chciał być Natalią Oreiro?

Najsilniej pamiętam te marzenia właśnie z okresu edukacji wczesnoszkolnej.

Dziś myślę sobie, że ta mała dziewczynka wcale nie była niezdecydowana.
Ona po prostu od początku czuła, że życie może mieć więcej niż jedną ścieżkę.

I chyba tak zostało mi do dziś.
Pedagog. Elektroradiolog. Nauczyciel akademicki. Doktorantka. Ambasadorka fundacji. Strażak…
Kobieta, która pisze, edukuje, działa i próbuje łączyć różne światy.

I ja naprawdę kocham to łączenie ról. Choć mówi się czasem, że „jak ktoś jest od wszystkiego, to jest od niczego”, zupełnie się z tym nie zgadzam.

Można mieć wiele dróg i nie być zagubionym. Można łączyć różne kompetencje i tworzyć z nich coś swojego. Można wykorzystywać różne umiejętności, furtki i możliwości, żeby działać szerzej, mądrzej i skuteczniej.

Dziś widzę, że każda z tych ról czegoś mnie nauczyła.

Pedagogika dała mi wrażliwość na człowieka.
Elektroradiologia - medyczną precyzję i szacunek do diagnostyki.
Praca akademicka - potrzebę szukania, pytania i rozumienia głębiej.
Działalność społeczna - poczucie, że wiedza ma sens dopiero wtedy, kiedy realnie pomaga ludziom.

Może właśnie dlatego tak bardzo wierzę, że dziecięcych marzeń nie powinno się lekceważyć. Nawet jeśli brzmią jak połączenie telenoweli, szkoły, remizy strażackiej, redakcji i zeszytu pełnego opowiadań.

Bo czasem dziecko naprawdę wie… Nie zawsze dokładnie, jaki zawód będzie wykonywać.
Ale wie, co je porusza. Co daje mu radość. W czym czuje swoją siłę.

W Dniu Dziecka życzę wszystkim dzieciom, aby miały wokół siebie dorosłych, którzy nie gaszą ich światła.

Takich, którzy słuchają. Którzy traktują poważnie. Którzy nie wyśmiewają marzeń. Którzy potrafią powiedzieć: „spróbuj”, „pisz dalej”, „to ma znaczenie”.

A nam, dorosłym, życzę, żebyśmy czasem wracali do tej małej wersji siebie.
Bo być może ona nadal przypomina nam, kim naprawdę chcieliśmy być.

Recepta na to, jak sobie zaszkodzić?Poczuć się lepiej.Pomyśleć „jest już dobrze”.I właśnie wtedy… odpuścić terapię.Brzmi...
19/05/2026

Recepta na to, jak sobie zaszkodzić?

Poczuć się lepiej.
Pomyśleć „jest już dobrze”.
I właśnie wtedy… odpuścić terapię.

Brzmi niewinnie?
A jednak to może być najprostsza droga do tego, żeby znowu wrócić do punktu bólu, napięcia i bezsilności.

Ja właśnie strzeliłam sobie w kolano. I to dość dotkliwie.

Na fizjoterapię uczęszczam od dawna. Długo, regularnie i z pełną świadomością, że moje ciało potrzebuje wsparcia. Od ubiegłego roku jestem pod opieką Pani Ani Stawiarz (Anna Stawiarz) i Pana Arkadiusza Smardzewskiego, którzy systematycznie pomagali mi wracać do formy, odzyskiwać sprawność i funkcjonować mimo bólu, napięć, przeciążeń oraz konsekwencji choroby.

I ostatnio naprawdę zaczęło być dobrze.
Zaczęłam wychodzić na prostą. Czułam się lepiej.
Miałam więcej siły.
Więcej oddechu. Więcej sprawczości. Więcej tej upragnionej „normalności”.

A potem przyszło życie…
Zajęcia. Komisja. Lekarz. Konferencja. Badania. Zbiórka. Obowiązki. Sprawy rodzinne. Terminy. Rzeczy ważne, pilne i „nie do przełożenia”.

Nie umówiłam kolejnych wizyt, bo nie wiedziałam, kiedy będę mogła. Bo grafik. Bo obowiązki. Bo za dużo się dzieje. Bo „jeszcze chwilę poczekam”. Bo „przecież już jest lepiej”. Wymówek były tysiące.

A prawda była jedna:
w tym wszystkim znowu zapomniałam o sobie.

Moje ciało jednak nie zapomniało.
I bardzo szybko wystawiło mi rachunek…

Od kilku dni ledwo chodzę. Ledwo siedzę. Ledwo śpię. Ból kręgosłupa, miednicy, całego ciała. Do tego krwawienie, dolegliwości żołądkowo-jelitowe i poczucie, jakby organizm wcisnął wielki czerwony przycisk z napisem: STOP.

Nie delikatnie.
Nie subtelnie.
Tylko tak, żebym wreszcie usłyszała.

Jak bardzo byłam szczęśliwa, kiedy wczoraj zobaczyłam, że na dziś zwolnił się termin w MMED Centrum Zdrowia - trudno opisać. Dziś jechałam na wizytę z płaczem. Z bólu, z ulgi, z wdzięczności i chyba też z tej zwykłej ludzkiej bezradności, kiedy ciało mówi „dalej już tak nie pociągnę”.

I najgorsze jest to, że ja przecież to wszystko wiem.

Wiem, że w chorobie przewlekłej poprawa nie zawsze oznacza koniec terapii.
Wiem, że ciało potrzebuje ciągłości, regularności i troski.
Wiem, że fizjoterapia nie jest luksusem ani dodatkiem „jak będzie czas”.
Wiem, że czasem to właśnie wtedy, kiedy zaczyna być lepiej, trzeba szczególnie pilnować tego, co do tej poprawy doprowadziło.

Wiem…

Ale wiedzieć to jedno. A umieć zastosować to wobec siebie - to zupełnie inna historia…

Dziś Ania czuła pod dłońmi, jak bardzo pospinane jest moje ciało. Jak bolesny potrafi być dotyk. Jak duże napięcie zbiera się wtedy, kiedy przez jakiś czas udajemy, że „jakoś damy radę”.

I można by powiedzieć „Kto jak kto, ale Ty tego nie wiedziałaś?”

Wiedziałam.
Tylko że szewc bez butów chodzi.

Największy błąd zrobiłam nie wtedy, kiedy zaczęło boleć.
Największy błąd zrobiłam wtedy, kiedy poczułam, że jest dobrze - i odpuściłam to, dzięki czemu było dobrze.

Dlatego piszę ten post nie po to, żeby się żalić.
Piszę go jako przypomnienie. Dla siebie i może dla kogoś z Was.

Jeśli jesteś w terapii.
Jeśli chodzisz na fizjoterapię.
Jeśli leczysz chorobę przewlekłą.
Jeśli długo walczyłaś o poprawę i wreszcie czujesz, że jest lepiej - nie traktuj tego automatycznie jako sygnału do przerwania procesu.

Czasem poprawa nie oznacza „możesz przestać”.
Czasem poprawa oznacza „to zaczyna działać - kontynuuj”.

Nie dopisuj siebie na koniec listy.
Nie czekaj, aż ciało zacznie krzyczeć.
Nie rób z własnego zdrowia sprawy „na później”.
Bo później czasem przychodzi szybciej, niż nam się wydaje…

Troska o siebie to nie egoizm.
To nie fanaberia.
To nie nagroda za wykonanie wszystkich obowiązków.

To fundament.

A ja dzisiaj dostałam od swojego ciała bardzo bolesne przypomnienie, że nawet jeśli człowiek wie dużo - czasem nadal musi nauczyć się najtrudniejszego:

żeby naprawdę zaopiekować się sobą…

PCOS → PMOS  To nie tylko zmiana nazwy. To zmiana sposobu myślenia o zdrowiu kobiet.W The Lancet opublikowano artykuł do...
13/05/2026

PCOS → PMOS
To nie tylko zmiana nazwy. To zmiana sposobu myślenia o zdrowiu kobiet.

W The Lancet opublikowano artykuł dotyczący zmiany nazwy zespołu policystycznych jajników - PCOS - na PMOS, czyli Polyendocrine Metabolic Ovarian Syndrome.

I bardzo dobrze, że ta dyskusja się pojawia.
Bo przez lata nazwa PCOS kierowała uwagę przede wszystkim na jajniki i „torbiele”. Tymczasem doświadczenia wielu kobiet pokazują coś znacznie szerszego: zaburzenia hormonalne, metaboliczne, problemy z cyklem, płodnością, skórą, masą ciała, samopoczuciem, a często także z poczuciem bycia niezrozumianą…

To nie jest „tylko problem jajników”.
To nie jest „taka uroda”.
To nie jest temat, który powinno się bagatelizować.

Język w medycynie ma ogromne znaczenie. Nazwa choroby wpływa na to, jak rozumieją ją pacjentki, lekarze, bliscy, a także całe społeczeństwo. Może ułatwiać edukację i diagnostykę - albo przez lata utrwalać uproszczenia.

Jako osoba zajmująca się edukacją zdrowotną kobiet uważam, że to bardzo ważny moment. Potrzebujemy języka, który nie pomniejsza kobiecych doświadczeń, ale pomaga je lepiej zrozumieć. Ciekawa jestem jakie będzie polskie stanowisko w tej kwestii…

PMOS pokazuje, że zdrowie kobiet wymaga spojrzenia całościowego: hormonalnego, metabolicznego, psychicznego, reprodukcyjnego i społecznego.

Bo kobiece objawy nie powinny być tłumaczone zdaniem „proszę się nie martwić, taka pani uroda”.

Potrzebujemy więcej wiedzy. Więcej uważności. Więcej słuchania kobiet.

Źródło: The Lancet
https://www.thelancet.com/journals/lancet/article/PIIS0140-6736(26)00717-8/fulltext

Większość z Was pewnie kojarzy albo zna lek. Daniela Kurczyńskiego - lekarza, który od lat pomaga pacjentkom z endometri...
11/05/2026

Większość z Was pewnie kojarzy albo zna lek. Daniela Kurczyńskiego - lekarza, który od lat pomaga pacjentkom z endometriozą i którego nazwisko bardzo często pojawia się w rozmowach kobiet szukających specjalistycznej opieki.

Dziś chciałabym wspomnieć o jego wyjątkowym osiągnięciu. Pan Doktor dołączył do elitarnego grona proktorów, czyli ekspertów uprawnionych do szkolenia innych lekarzy w zakresie chirurgii robotycznej.

Bardzo mnie to cieszy - nie tylko dlatego, że z Panem Doktorem mamy dobrą, życzliwą relację, ale przede wszystkim dlatego, że takie sukcesy realnie pokazują, że leczenie endometriozy w Polsce może iść w stronę coraz wyższych standardów!

Dla pacjentek to ważny sygnał. Chirurgia robotyczna to większa precyzja, nowoczesne podejście i szansa na dalszy rozwój leczenia operacyjnego endometriozy. A przecież każda z nas wie, jak bardzo potrzebujemy lekarzy, którzy nie tylko leczą, ale też uczą innych i wyznaczają kierunek zmian.

Panie Doktorze - jeszcze raz serdeczne gratulacje!
Cieszę się, że mogę obserwować Pana drogę i kibicować działaniom, które mają znaczenie dla tak wielu kobiet…💛

Niech takich dobrych wiadomości dla środowiska endometriozy będzie jak najwięcej.

Są wiadomości, które nie tylko smucą...One uderzają. Zatrzymują. Odbierają oddech. Rozbijają dzień na „przed” i „po”...C...
24/04/2026

Są wiadomości, które nie tylko smucą...

One uderzają. Zatrzymują. Odbierają oddech. Rozbijają dzień na „przed” i „po”...

Często poruszam tutaj temat bólu.

Najczęściej mówię o bólu fizycznym - tym, który mieszka w ciele, odbiera siły, plany, sen, codzienność... O bólu, który towarzyszy chorobie i którego nie zawsze widać, choć potrafi zniszczyć człowieka od środka.

Pisałam niejednokrotnie też o bólu psychicznym... O tym, który nie krwawi, ale rozrywa. O tym, który nie zostawia siniaków na skórze, ale zostawia ślady w człowieku...

Dziś pochylam się nad bólem po stracie...

Nad bólem szczególnym, trudnym do wytłumaczenia komuś, kto powie: „Przecież go nie znałaś”, „Przecież to tylko osoba z internetu”, „Przecież to nie był ktoś z twojej rodziny”...

A jednak boli.

Bo czasem człowiek, którego nigdy nie spotkaliśmy osobiście, staje się częścią naszego świata. Nie przez sensację... Nie przez hałas. Nie przez sztuczną popularność. Ale przez dobro, które konsekwentnie pokazuje…

Łukasz Litewka był dla wielu z nas właśnie takim człowiekiem.

Nie musieliśmy znać go prywatnie, żeby wiedzieć, że robił rzeczy ważne. Nie musieliśmy siedzieć z nim przy jednym stole, żeby czuć, że był po stronie tych, których świat zbyt często spycha na margines...
Nie musieliśmy znać wszystkich szczegółów jego życia, żeby widzieć, że miał w sobie coś, czego dramatycznie brakuje dzisiejszemu światu - uważność na drugiego człowieka...

Śledziłam jego działania od kilku lat.

Jeszcze w nocy ze środy na czwartek przeglądałam jego posty... Nad ranem czytałam wpis „chyba nic lepszego dziś nie zobaczycie” - o lekarzu pomagającym osobom bezdomnym. Uśmiechnęłam się wtedy w duchu. Pomyślałam, że dobrze, że są jeszcze tacy ludzie… dobrze, że komuś się chce...dobrze, że ktoś widzi tych, których inni nie chcą widzieć.

Potem przyszła codzienność.
Uczelnia. Zajęcia. Studenci. Obowiązki. Dom. Sprawunki. Zwykły dzień, który płynął swoim rytmem...

Sięgnęłam potem telefon. Nie wiem nawet po co… Włączyłam Facebook. Czarno-białe zdjęcia. Znicze. Czarne serca. Posty, których nikt nie chciałby nigdy przeczytać.

I pierwsza była złość.
Nie smutek. Złość.

Pomyślałam: Nie. Znowu jakiś wirus w sieci. Znowu ktoś bezmyślnie uśmierca człowieka.
Byłam autentycznie zła, że ktoś mógłby zrobić coś tak okrutnego - zwłaszcza tak dobrej osobie.

Bo są ludzie, przy których śmierć wydaje się szczególnie niesprawiedliwa.

Wiem, że śmierć nie wybiera. Wiem, że tragedie nie pytają o zasługi. Wiem, że świat nie działa według naszej potrzeby sprawiedliwości… I wiem to dotkliwie z autopsji...

Ale są takie odejścia, które wywołują w człowieku bunt.

Bunt przeciwko temu, że odchodzą ludzie potrzebni.
Ludzie, którzy nie byli obojętni.
Ludzie, którzy potrafili poruszyć tysiące serc.
Ludzie, którzy zamiast tylko mówić o dobru - czynili je. Konkretnie. Codziennie. Naprawdę.

Wpisałam jego nazwisko w wyszukiwarkę.

I wtedy nadzieja pękła.

To nie był wirus. To nie był fałszywy alarm. To nie była pomyłka.

To była prawda, której nie chciałam przyjąć.

Poczułam emocjonalne zamrożenie. Takie dziwne, ciężkie, nierealne. Jakby głowa wiedziała, ale serce jeszcze przez długi czas odmawiało przyjęcia tej informacji.

W nocy budziłam się i sprawdzałam, czy to naprawdę prawda.
Czy może ktoś coś sprostował?
Czy może jednak to jakiś koszmarny błąd? A może to jakaś kampania?
Może rano świat cofnie tę wiadomość…(?)

Nie cofnął.

I właśnie wtedy dotarło do mnie, jak bardzo można przeżywać stratę osoby, której nie znało się osobiście...

Bo to nie jest „tylko internet”.

Internet bywa miejscem hejtu, pustki, pozorów i hałasu... Ale bywa też miejscem spotkania. Miejscem, w którym czyjeś słowa, działania i wybory realnie wpływają na nasze myślenie. Na naszą wrażliwość. Na nasze poczucie, że dobro jeszcze istnieje. Sami również je tu tworzymy...

Łukasz jednoczył ludzi.

Nie deklaracjami. Nie wielkimi hasłami. Nie idealnym obrazkiem.

Jednoczył działaniem.

Pokazywał, że pomoc nie musi być abstrakcją. Że dobro może mieć numer konta, adres, imię, twarz, konkretną historię. Że człowiek w kryzysie nie jest problemem społecznym, tylko człowiekiem. Że bezdomny, chory, samotny, skrzywdzony, zapomniany - nadal ma godność...

I może właśnie dlatego ta śmierć tak boli...

Bo nie żegnamy tylko osoby publicznej. Nie żegnamy tylko posła.
Nie żegnamy tylko nazwiska znanego z internetu.

Żegnamy Człowieka, który przypominał nam, że jeszcze można być dobrym bez kalkulacji. Że można mieć wpływ i używać go nie do budowania własnego pomnika, ale do ratowania innych...
Że można być rozpoznawalnym i nie stracić serca. Że można gromadzić ludzi nie wokół nienawiści, ale wokół pomocy...

Dziś boli wiele polskich serc.

I nie pozwólmy nikomu unieważniać tego bólu.

Nie pozwólmy mówić, że „to przesada”.
Nie pozwólmy sobie wmówić, że żałoba przysługuje tylko po tych, których dotykaliśmy dłonią...
Nie każda bliskość rodzi się z codziennych rozmów... Czasem rodzi się z podziwu. Z wdzięczności. Z poczucia, że ktoś był ważnym punktem odniesienia w świecie, który coraz częściej gubi człowieka.

Pozwólmy sobie na smutek.
Pozwólmy sobie na niedowierzanie.
Pozwólmy sobie na złość.
Pozwólmy sobie na łzy.
Pozwólmy sobie na ciszę.

Bo ten ból mówi coś bardzo ważnego.

Mówi, że potrzebujemy dobra.
Mówi, że tęsknimy za ludźmi, którzy łączą, a nie dzielą.
Mówi, że wciąż umiemy rozpoznać autentyczność.
Mówi, że wciąż boli nas strata kogoś, kto dawał nadzieję.

Łukasz jednoczył za życia.

Niech jego śmierć nie stanie się tylko chwilowym smutkiem, który zniknie pod kolejną falą informacji.

Niech będzie zobowiązaniem...

Żebyśmy częściej reagowali.
Żebyśmy widzieli człowieka obok.
Żebyśmy nie odkładali dobra na później.
Żebyśmy nie czekali, aż ktoś inny pomoże.
Żebyśmy nie marnowali życia na podziały, pogardę i obojętność.

Bo jeśli po człowieku zostaje tyle poruszonych serc, tyle łez, tyle wdzięczności i tyle dobra uruchomionego w innych - to znaczy, że jego życie miało ogromny sens.

Za krótko. Zdecydowanie za krótko...

Ale bardzo znacząco.

Łukaszu, dziękuję… dziękuję za dobro, które zostawiłeś.

Za wrażliwość.
Za konkret.
Za serce po właściwej stronie.
Za przypominanie, że człowiek człowiekowi nadal może być ratunkiem, a nie zagrożeniem...

Niech dobro, które uruchamiałeś, nie zatrzyma się razem z Twoim odejściem.

Niech idzie dalej.

Przez nas.

🕯️

Wyrazy współczucia dla Rodziny, Bliskich, Przyjaciół, Współpracowników i wszystkich osób, które czują tę stratę bardzo osobiście...

🕯️

Europejski Dzień Praw Pacjenta to ważne przypomnienie, że pacjent nie powinien być biernym odbiorcą systemu, ale człowie...
18/04/2026

Europejski Dzień Praw Pacjenta to ważne przypomnienie, że pacjent nie powinien być biernym odbiorcą systemu, ale człowiekiem, który ma swoje prawa, godność, potrzeby i prawo do szacunku.

We wszystkich krajach Unii Europejskiej mówi się dziś o 14 prawach zawartych w Europejskiej Karcie Praw Pacjenta. I bardzo dobrze. Bo prawo do ochrony zdrowia nie może istnieć wyłącznie na papierze. Ono powinno być realnie odczuwalne w gabinecie, w szpitalu, w diagnostyce, w leczeniu i w rozmowie z drugim człowiekiem.

Pacjent ma prawo do informacji.
Pacjent ma prawo do godności.
Pacjent ma prawo do odpowiedniej diagnostyki i leczenia.
Pacjent ma prawo być wysłuchany.
Pacjent ma prawo nie walczyć samotnie o podstawowe rzeczy.

To temat szczególnie ważny wszędzie tam, gdzie droga do diagnozy jest długa, trudna i pełna niezrozumienia. Tam, gdzie objawy bywają bagatelizowane. Tam, gdzie pacjent miesiącami lub latami próbuje udowodnić, że naprawdę cierpi.

Dlatego dziś chcę powiedzieć jasno: prawa pacjenta to nie przywilej. To fundament opieki zdrowotnej.
To nie „dodatek”.
To nie „uprzejmość”.
To standard, który powinien obowiązywać każdego dnia.

Jako społeczeństwo nadal potrzebujemy większej świadomości, większej empatii i większego szacunku wobec osób chorych. Bo za każdą dokumentacją medyczną, za każdym wynikiem, za każdą historią leczenia stoi człowiek. Często zmęczony, przestraszony, cierpiący i po prostu chcący uzyskać pomoc.

Niech ten dzień będzie nie tylko przypomnieniem o prawach pacjenta, ale też zobowiązaniem, by naprawdę je respektować.

(Zdjęcie archiwalne)

Dzień Doceniania Męża to dla mnie piękny pretekst, żeby zatrzymać się na moment i powiedzieć coś ważnego o moim Krzyśku....
18/04/2026

Dzień Doceniania Męża to dla mnie piękny pretekst, żeby zatrzymać się na moment i powiedzieć coś ważnego o moim Krzyśku.

Jak każda relacja, również nasza miała swoje wzloty i upadki. Były lepsze i gorsze chwile. Były momenty piękne, lekkie i spokojne, ale były też takie, które wystawiały nas na próbę. I właśnie dlatego dziś jeszcze bardziej doceniam to, że potrafiliśmy się po tym wszystkim pozbierać. Że umieliśmy poukładać sobie życie na nowo. Mądrzej. Dojrzalej. Bardziej świadomie.

Bardzo doceniam to, jakim Krzysiek jest człowiekiem.
Jego siłę.
Jego odporność.
Jego wiedzę.
Jego podejście do życia.
Jego cierpliwość.

Im jestem starsza, im więcej przeżyłam, tym bardziej widzę, jak ogromną wartość ma człowiek stabilny, mądry i prawdziwy. I właśnie taki jest mój mąż.

Coraz bardziej lubię go obserwować. Coraz bardziej go podziwiam. Lubię patrzeć, jak myśli, jak działa, jak radzi sobie z codziennością. Lubię też naszą codzienność. Nasze drobne rytuały. Nasze wspólne momenty, które z pozoru są zwyczajne, a dla mnie znaczą naprawdę bardzo dużo.

I jest jeszcze coś, co zawsze wywołuje we mnie uśmiech - kawa od męża smakuje najlepiej… Nikt nie jest w stanie jej pobić. Jestem przekonana, że dlatego, że on dodaje do niej miłości... 🤍

Dziś chcę po prostu powiedzieć:
Krzysiek, doceniam Cię.
Za to, że jesteś.
Za to, kim jesteś.
Za to, że mimo wszystkiego nadal idziemy przez życie razem…

krzysztof_kwasniewski_

15 kwietnia obchodzimy Światowy Dzień Trzeźwości.Dla mnie to nie jest tylko data w kalendarzu. To także kawałek mojej os...
15/04/2026

15 kwietnia obchodzimy Światowy Dzień Trzeźwości.
Dla mnie to nie jest tylko data w kalendarzu. To także kawałek mojej osobistej historii.

Niespełna dwa lata temu zrezygnowałam z alkoholu. Na początku nie była to decyzja z kategorii „nowy styl życia”, ale konieczność - operacja, później leczenie, przyjmowane leki i mój stan zdrowia. A potem przyszedł moment, w którym pomyślałam: chcę zostać w tej trzeźwości... Chcę mieć trzeźwy umysł. Chcę żyć bardziej świadomie.

Nie było łatwo. Kiedyś byłam bardzo rozrywkowa, więc ta zmiana była dla mnie ogromna. Trudno było oswoić imprezy, towarzystwo osób, które poprawiały sobie humor alkoholem, i nauczyć się bawić inaczej. Dla mojego organizmu, głowy i codzienności był to prawdziwy szok.

Ale nauczyłam się tak żyć. Nauczyłam się tak funkcjonować.
I dziś mogę powiedzieć to z pełnym przekonaniem: jestem trzeźwa od 22 miesięcy i naprawdę bardzo dobrze mi z tym.

Nie chcę tego psuć. Nie chcę niszczyć swojego organizmu alkoholem. Dziś wiem, że można czuć radość, można śmiać się, tańczyć, spotykać z ludźmi i świetnie się bawić - bez picia. I to jest coś naprawdę niezwykłego.

Trzeźwość dała mi więcej spokoju, większą uważność i ogromną siłę. Dała mi też coś bezcennego: poczucie, że naprawdę dbam o siebie.

I może właśnie to jest dla mnie dziś najważniejsze - nie rezygnacja z czegoś, ale wybór siebie... 🤍

Adres

Kielce
25-366

Ostrzeżenia

Bądź na bieżąco i daj nam wysłać e-mail, gdy endo.ania - Ania Kwaśniewska - Ambasadorka zdrowia kobiet umieści wiadomości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu i możesz zrezygnować z subskrypcji w dowolnym momencie.

Skontaktuj Się Z Firmę

Wyślij wiadomość do endo.ania - Ania Kwaśniewska - Ambasadorka zdrowia kobiet:

Udostępnij