24/03/2026
„Czas, którego nie da się sprzedać.
Opowieść o króliku, który zgubił siebie w pośpiechu i nauczył się czekać, aż wróci"
W Baśniowej Krainie Zajączkowa czas nie płynął.
Czas był wydobywany.
Wydrapywano go spod korzeni drzew, wyciskano z marchewek, odsysano z popołudni i zagęszczano w kadziach. Miał różne konsystencje: poranki były lekkie i przezroczyste, wieczory ciężkie jak miód, a niedziele – jeśli się trafiły – miały zapach wilgotnej ziemi i coś w sobie, czego nie dało się sprzedać.
Więc niedziel prawie nie było.
W Fabryce Marchewkowych Cudów produkowano dni.
Nie całe – tylko te fragmenty, które nadawały się do użycia: odcinki wydajne, odtłuszczone z wahania, pozbawione zawieszeń. Resztę – spojrzenia bez celu, siedzenie bez powodu, ciszę między jednym zdaniem a drugim – odrzucano jako odpad.
Pan Królik był od przyspieszania.
Jeśli coś trwało zbyt długo, skracał to.
Jeśli coś się wahało, stabilizował.
Jeśli coś milczało – wypełniał.
Miał do tego talent.
W jego obecności nawet pauzy zaczynały się spieszyć.
W domu mówił „zaraz” z taką wprawą, jakby to było zaklęcie odraczające rzeczywistość.
– Tato, patrz – mówiła Kuleczka, unosząc coś kruchego i niedokończonego.
– Zaraz.
– Tato, posłuchaj – zaczynał Skoczek.
– Zaraz.
– Tato, pobądź – mówił najciszej Miękki Uszek.
– Zaraz.
„Zaraz” było cienkie i rozciągliwe. Można je było przeciągnąć przez cały dzień, a ono i tak się nie zrywało.
Dzieci nauczyły się nie zaczynać.
W pracy Pan Królik awansował na Kierownika Linii Rewitalizacji Czasu Zużytego.
Stare chwile – te zarysowane, nieefektywne, za długie – trafiały do niego. Mielił je na drobno, płukał, odwirowywał i nadawał im nową funkcję.
– Zobacz – mówił Dyrektor Lis, prowadząc go między zbiornikami, w których bulgotały czyjeś poranki. – To była kiedyś rozmowa. Teraz to trzy minuty produktywności.
– A to? – zapytał Królik.
– Oczekiwanie na kogoś. Bardzo drogi surowiec. Po obróbce świetnie działa jako motywacja.
Lis uśmiechał się uprzejmie, jak ktoś, kto nigdy nie czeka.
– Wkrótce ruszamy z nową linią – dodał. – Będziemy odzyskiwać dzieciństwo.
– Odzyskiwać?
– Oczywiście. Z tego, co zostało w dorosłych. Niewiele, ale wystarczy na limitowaną serię.
Pan Królik skinął głową. W jego głowie wszystko było na swoim miejscu. Miejsca było dużo, bo nie było w nim przerw.
Pewnego dnia coś się jednak nie zmieściło.
Kuleczka miała występ.
Nie główną rolę – drzewo. Stała nieruchomo, ćwiczyła tygodniami to nieruszanie się. Uczyła się, jak być obecnym bez działania.
Pan Królik miał przyjść.
Nie przyszedł.
W fabryce akurat kalibrowano nowy filtr do skracania ciszy.
Wieczorem Kuleczka zapytała:
– Byłeś?
– Zaraz – odpowiedział odruchowo.
I wtedy „zaraz” pękło.
Nie głośno. Bez huku. Raczej jak cienka warstwa lodu pod łapą.
Zobaczył w tym słowie coś, czego wcześniej nie widział: obietnicę bez ciała.
– Już było – powiedziała Kuleczka.
Nie płakała. To było gorsze.
Wyszedł z domu bez kierunku.
Biegł, jak zawsze – ale coś nie grało. Krok wpadał na krok, oddech wyprzedzał płuca, myśl potykała się o kolejną myśl.
Na rogu ulicy zobaczył swój cień.
Nie przystawał.
Skręcił wcześniej, jakby znał drogę lepiej niż on.
Pan Królik zwolnił.
Cień przyspieszył.
Jeszcze chwila i zniknął.
Został sam, bez siebie.
Plac był pusty jak niedziela, której nie ma.
Na środku siedziała Żółwica.
Nie patrzyła na niego. Zajęta była czymś, co wymagało całej uwagi: trzymała pusty słoik i bardzo powoli obracała go w palcach, jakby sprawdzała, czy pustka ma kształt.
Królik chciał zapytać, którędy wrócić do siebie.
Nie zapytał.
Żółwica odwróciła słoik do góry dnem.
Nic się nie wysypało.
– Za szybko nalany – powiedziała do nikogo.
Usiadła.
Czekała.
Czekanie miało ciężar. Osiadało na łapach, wchodziło pod futro, zaglądało pod powieki.
– Ja… – zaczął Królik.
Nie wiedział, co dalej.
Usiadł obok, jak ktoś, kto się potknął i jeszcze tego nie rozumie.
Najpierw słyszał tylko brak.
Brak zadań. Brak powiadomień. Brak kolejnego.
To było nieprzyjemne, jak cisza po hałasie, kiedy uszy jeszcze dzwonią.
Potem zaczęło się coś zbierać.
Nie wydarzenie. Raczej drobne fakty, które wcześniej nie miały prawa się wydarzyć:
Wiatr nie pchał – dotykał.
Liść nie przeszkadzał – opadał.
Oddech nie był środkiem – był czymś samym.
Zorientował się, że trzyma marchewkę.
Nie pamiętał, skąd.
Odgryzł.
Chrupnięcie było głośne.
Smak – nie.
Smak był powolny. Przychodził z opóźnieniem, jakby musiał nadrobić lata.
Żółwica nic nie mówiła.
To pomagało.
– Ile to trwa? – zapytał w końcu.
– Tyle, ile przestajesz liczyć – odpowiedziała.
– A jeśli nic nie zrobię?
– To nic się nie stanie.
Zamilkła.
– I to jest właśnie to – dodała po chwili.
Kiedy wstał, nie był lżejszy.
Był cięższy o to, co zobaczył.
Świat nie zwolnił. To on przestał go pchać.
Zegary nadal tykały, ale jakby w głąb, nie w przód.
Na rogu czekał cień.
Spóźniony.
Poczekał na niego.
To było nowe: czekać na coś, co zawsze czekało na niego.
W domu dzieci budowały.
Wieża z marchewek miała własne zdanie. Przechylała się, wracała, upierała.
– Pomóc? – zapytał.
– Nie – powiedział Skoczek. – Bo ty wtedy kończysz.
Usiadł.
Ręce położył na kolanach, jakby nie były jego.
Patrzył.
To było trudne.
Nie poprawić, kiedy się da.
Nie przyspieszyć, kiedy można.
Nie wiedzieć lepiej.
Kuleczka spojrzała na niego krótko, jak sprawdza się pogodę.
Nic nie powiedziała.
Miękki Uszek przysunął się i oparł.
Ciężar był konkretny. Ciepło – niewydajne.
Wieża runęła.
Cisza po niej nie była pusta.
Królik chciał powiedzieć „spróbujmy jeszcze raz”.
Nie powiedział.
Skoczek powiedział to sam.
Następnego dnia Pan Królik poszedł do pracy.
Filtry działały. Linie szumiały. Lis uśmiechał się tak samo.
– Musimy przyspieszyć – powiedział. – Popyt rośnie.
Królik skinął głową.
I na moment się zatrzymał.
Nie demonstracyjnie. Nie na pokaz.
Na trzy oddechy, których nie odsprzeda.
Potem ruszył dalej.
Czasem zapominał.
Czasem przypominał sobie, kiedy było już za późno.
Czasem mówił „zaraz”.
A potem wracał i mówił:
– Już.
Nie zawsze mu wierzono.
To też było nowe: że zaufanie ma własny czas.
W Zajączkowie nadal wydobywano czas.
Ale zdarzało się, że ktoś zostawiał go gdzieś przypadkiem:
na krawędzi stołu, w połowie zdania, w spojrzeniu, które nie prowadziło do niczego.
Nie dało się go wtedy zważyć ani zapakować.
Nie nadawał się do obróbki.
Nie był do użycia.
Był.
Jakub Półtorak