Prywatny Gabinet Logopedyczny Agnieszka Szulc

Prywatny Gabinet Logopedyczny Agnieszka Szulc "Oswajanie słów jest trudniejsze niż oswajanie tygrysów"
H. Poświatowska

03/06/2026

Dzieci z edukacji domowej (ED) to nowa elita intelektualna i emocjonalna tego kraju. Podczas gdy systemowa szkoła produkuje seryjnych wykonawców poleceń, zaszczutych ocenami i zamkniętych w ciasnych schematach, młodzi ludzie w ED wyrastają na wolnych, genialnie zorganizowanych tytanów pracy.

Sami planują dzień, chłoną wiedzę całościowo, a motywację mają wyrytą w DNA. Nie znają pojęcia ściąganie, bo naukę traktują jak pasję, a nie jak katorgę. Czyżbyśmy znaleźli przepis na dziecko idealne?

Mogłabym tak pisać, aby wywołać burzę w komentarzach, ale powyższe słowa to tylko kontrowersyjny początek, który napisała sztuczna inteligencja, gdy poprosiłam o najbardziej absurdalny stereotyp (pozytywny) dotyczący dzieci w edukacji domowej.

Niezależnie od tego, czy dziecko zakłada plecak i idzie do szkoły, czy siada na trawie z projektem zrobionym w ramach edukacji domowej, wciąż jest tylko (i aż) dzieckiem. Ma swoje kryzysy, chęci i niechęci.

Jako polonistka w szkole systemowej widziałam już chyba każdą strategię uczniowskiego unikania wysiłku. Jako matka dzieci będących w ED widzę dokładnie te same mechanizmy, tylko w skali mikro.

------------------------------------------------
Dzielę się swoimi doświadczeniami nauczycielki w szkole publicznej i matki dzieci w edukacji domowej, by inni rodzice - będący w ED oraz szukający informacji o ED - mogli znaleźć informacje o tej formie kształcenia i uwagi innych rodziców. Piszę, by upowszechniać temat edukacji domowej. Chcę tę formę edukacji odczarować.

Jeśli chcesz kogoś obrażać (mnie, moje dzieci, inne dzieci, innych rodziców, nauczycieli), idź sobie w inne przestrzenie internetu. Tu panują moje zasady i nie ma miejsca na hejtowanie i obrażanie. Blokuję tych, którzy wchodzą w moją przestrzeń i nie stosują się do zasad, których kulturalnemu człowiekowi tłumaczyć nie trzeba.
Jeśli chcesz się podzielić swoimi doświadczeniami i uwagami, zapraszam do dyskusji.

We wcześniejszych postach (piszę o ED od lutego) poruszam różne strony edukacji domowej. Zapraszam do lektury.
------------------------------------------------

W klasie (szczególnie 25-osobowej) łatwiej ukryć brak motywacji. Uczeń szybko uczy się kolorowania rzeczywistości, mechanicznego przepisywania notatek, robienia mądrej miny do złej gry, ściągania lub nieobecności dającej szansę napisania sprawdzianu w drugim terminie (po ustaleniu pytań w rozmowach z koleżankami i kolegami), byle tylko zaliczyć i zapomnieć.

Kiedy coś idzie nie tak, uczeń (często także rodzic) mają pod ręką cały katalog winnych. Łatwo powiedzieć: „Dostałem jedynkę, bo nauczyciel się uwziął/ w klasie był hałas/ plan lekcji jest fatalny". System staje się tarczą, która zdejmuje z ucznia odpowiedzialność za własne lenistwo czy nieprzygotowanie.

W ED znika cały szum tła. Zostają tylko dwie strony. Są uczeń i rodzic-edukator. Tutaj nie da się prześlizgnąć, zgłosić nieprzygotowania ani wmieszać w tłum trzydziestu innych osób.

Próby oszukiwania czy ściągania w ED natychmiast wychodzą na jaw, bo rodzic zna możliwości swojego dziecka na wylot. Kiedy brakuje motywacji, uczeń nie ma na kogo zrzucić winy. Nie ma złego nauczyciela, nie ma hałaśliwej klasy. Jest tylko on i jego pusta karta pracy. To psychologicznie o wiele trudniejsze i bardziej obnażające dla młodego człowieka.

Kiedy postawimy na szalach szkołę systemową i ED, od razu widać wyraźnie, że każdy znajdzie dla siebie jakieś plusy i minusy.

Szkoła stacjonarna sprzyja kombinowaniu, rozprasza odpowiedzialność i uczy strategii: jak się nie narobić, a zarobić.

Daje jednak dziecku naturalną przestrzeń do testowania ról społecznych w grupie, budowania odporności psychicznej na niesprawiedliwość i radzenia sobie w trudnych, narzuconych z góry warunkach.

Edukacja domowa może generować ogromne napięcie na linii rodzic-dziecko, gdy brak motywacji staje się tematem przy obiedzie. Brak zewnętrznego bata wymaga gigantycznej samokontroli, na którą młody mózg nie zawsze jest gotowy. Tu też jest pole do innego funkcjonowania. Innego podejścia do edukacji. Brak tego bata daje wolność i spokój, pozwala na podążanie za dzieckiem. Jest na to czas i przestrzeń.

ED moim zdaniem skraca drogę do dojrzałości. Uczy, że błąd lub lenistwo to osobisty rachunek, który trzeba zapłacić samemu, bez szukania wymówek.

Natura ludzka szuka linii najmniejszego oporu. To biologicznie normalne. Szkoła nie naprawi magicznie braku chęci do nauki, nie zaprogramuje nocnego marka na poranną aktywność. Będzie jedynie zmuszać do życia w konflikcie ze sobą. Przejście lub wybór ED nie zmieni leniuszka w tytana pracy z dnia na dzień.

Naszym (nauczycieli i rodziców) zadaniem nie jest stworzenie systemu idealnego, w którym dzieci nigdy nie kłamią. Musimy być wystarczająco uważnymi, by w porę zauważyć, kiedy to kolorowanie rzeczywistości wynika z lenistwa, a kiedy z lęku przed porażką.

02/06/2026

Co musiałoby się wydarzyć, aby edukacja domowa (ED) przestała być w Polsce traktowana jako kontrowersyjny eksperyment, a stała się w opinii społeczeństwa jedną z równorzędnych, normalnych ścieżek kształcenia?

Mimo że edukacja domowa w Polsce obchodzi w tym roku 35. urodziny, a liczba rodzin wybierających tę drogę stale rośnie, dla większości społeczeństwa nadal pozostaje ona zjawiskiem egzotycznym i budzącym niepokój. W niektórych budzi wręcz agresję wobec dzieci i rodziców wybierających ED.

Decyzja o wyjściu poza tradycyjne mury szkolne niemal automatycznie stawia rodziców w pozycji osób, które w ocenie społeczeństwa muszą tłumaczyć się ze swoich wyborów. Tłumaczyć się powinny przed rodziną, znajomymi i opinią publiczną.

Społeczeństwo często utożsamia naukę w domu z izolacją od rówieśników. Rodzice w ED regularnie słyszą obawy o to, jak ich dzieci poradzą sobie w prawdziwym, brutalnym świecie, jeśli nie przejdą przez tradycyjne klasowe struktury i hierarchie. Jak będą żyć, kiedy rozwijały się bez permanentnego stresu, strachu i ciągłego kontrolowania.

Często pojawia się sceptycyzm wobec zdolności rodziców do przekazania wiedzy z tak wielu dziedzin jednocześnie (matematyka, fizyka, języki obce). Krytycy rzadko dostrzegają, że rola rodzica w ED to bardziej rola mentora i organizatora procesu edukacji niż klasycznego nauczyciela wykładającego każdy przedmiot przy tablicy.

Często przyklejana nam, rodzicom, jest także łatka nadopiekuńczych. Opieka i troska w opinii ludzi przybiera miano klosza, parasola. Wybór ED bywa błędnie interpretowany jako próba nadmiernego chronienia dziecka przed trudami życia. Coraz częściej czytam komentarze, że wybór ED dla dzieci to realizacja własnych, skrajnych ambicji rodziców kosztem standardowego dzieciństwa.

Dziecko ze szkoły systemowej ma prawo mieć gorszy dzień, nie lubić jakiegoś przedmiotu lub zachować się głośno w miejscu publicznym i jest to uznawane za normę rozwojową lub wiekową. W przypadku dziecka w ED każda trudność, gorsza ocena na egzaminie czy chwilowy brak humoru bywa przez otoczenie interpretowany jako wina edukacji domowej, nadopiekuńczych rodziców i trzymania pod kloszem, choć to taki sam mózg, taki sam układ nerwowy, który ma płaczący obok na ławce w parku szkolniak.

Z komentarzy i wiadomości prywatnych od rodziców, którzy zaczynają podróż po ED wynika, że ci rodzice często czują podświadomą presję społeczeństwa, że ich dzieci muszą być we wszystkim wybitne, uprzejme i oczytane, aby udowodnić całemu światu, że ten system działa. Tak naprawdę niczego nie muszą dowodzić, mają prawo żyć po swojemu.

Opór materii i negatywne komentarze rzadko wynikają ze złej woli. Bywa, że są wynikiem niewiedzy, wiedzy wybiórczej, szczątkowej, niekompletnej. Najczęściej są jednak efektem lęku przed nieznanym oraz głęboko zakorzenionego przekonania, że jedyną właściwą ścieżką rozwoju jest ta, którą sami przeszliśmy jako dzieci. Chodziliśmy do szkoły, wstawaliśmy rano, nauczyliśmy się w systemie ścigać z innymi, sobą, światem, wymierzano nam kary i jakoś żyjemy.

JAKOŚ... słowo klucz ludzi wychowanych w latach 90.

Dla wielu osób alternatywne podejście do edukacji jest podważeniem powszechnie akceptowanego ładu społecznego, co naturalnie rodzi potrzebę obrony tradycyjnych instytucji.

Kiedy jako nauczycielka piszę, że system edukacji w Polsce jest patologiczny, śmiertelnie chory, zbudowany źle od fundamentu, muszę średnio z 50 osób zablokować, żeby moi bliscy nie musieli czytać dziesiątek komentarzy od ludzi, którzy z braku logicznych argumentów próbują zdyskredytować mnie jako nauczyciela. Metoda stara jak świat: skoro nie da się obalić faktów o zapaści oświaty, trzeba za wszelką cenę zniszczyć człowieka, który o nich mówi.

Szkoła, jaką znamy, próbuje dziś pudrować ściany budynku, którego fundamenty dawno już spróchniały. Czas przestać być tylko biernymi lokatorami tej ruiny. Stańmy się architektami nowej rzeczywistości, bo edukacja to żywy organizm, a nie skamielina z ministerialną pieczątką pokazana na tiktokowej rolce.

Zostawiam ten tekst jako rzuconą rękawicę, ale też zaproszenie do mądrego stołu. Gdzie leży granica między zdrowym konserwatyzmem a ślepym lękiem przed nowym? Zmieńmy te komentarze w przestrzeń, która zamiast dzielić, zacznie wreszcie uczyć.


Wybiórczość pokarmowahttps://www.facebook.com/share/1DyJA8tyVz/
02/06/2026

Wybiórczość pokarmowa
https://www.facebook.com/share/1DyJA8tyVz/

Skąd w ogóle bierze się wybiórczość pokarmowa?

Ogólnie wybiórczość pokarmowa nie bierze się „z kaprysu” ani z bycia „niejadkiem”. bardzo często ma związek z tym, jak układ nerwowy odbiera jedzenie.

Dla niektórych osób jedzenie to nie tylko smak, ale też zapach, tekstura, temperatura, wygląd i nawet dźwięk podczas gryzienia.

Jeśli coś jest zbyt intensywne (np. kwaśne, ostre, bardzo pachnące albo ma „dziwną” konsystencję), to organizm może to odbierać jako coś nieprzyjemnego albo wręcz stresującego.

Dlatego pojawia się potrzeba trzymania się „bezpiecznych” produktów, które są przewidywalne i znane.

U osób neuroatypowych (np. w spektrum autyzmu czy ADHD) takie reakcje mogą być po prostu częstsze, bo bodźce sensoryczne są silniej odczuwane.

Dla zabawy zrobiłam też bingo!
Oczywiście to nie jest żadna diagnoza ani oficjalna lista objawów. to bardziej moje obserwacje i codzienne sytuacje związane z wybiórczością pokarmową, które wiele osób może znać z własnego życia.

Dajcie znać ile macie punktów!!

ja mam 9/12, a ty?

01/06/2026

Jak wyglądają Wasi uczniowie w poniedziałki?

01/06/2026

Cała klasa wybuchnęła śmiechem, kiedy mój syn opowiedział o swoim marzeniu. Ja zrozumiałam wszystko dopiero wtedy, gdy przeczytałam jego kartkę.
To nie Mikołaj mi o tym opowiedział. Dowiedziałam się od jego wychowawczyni, pani Lenoir.
Zadzwoniła do mnie późnym popołudniem. Mówiła tym specyficznym, łagodnym głosem, jakiego nauczyciele używają, gdy nie chcą cię martwić, ale przez który i tak natychmiast zaczynasz się denerwować.
— Pani Marto, chciałabym porozmawiać o pewnym trudnym momencie, który wydarzył się dzisiaj na lekcji.
Mocniej zacisnęłam palce na telefonie. Mikołaj miał dziewięć lat. Nie był dzieckiem krzykliwym, nigdy nie szukał kłopotów. Rzadko zgłaszał się do odpowiedzi, ale kiedy już coś mówił, zawsze było to głęboko przemyślane.
— Co się stało? — zapytałam.
Pani Lenoir zawahała się przez chwilę.
— Rozmawialiśmy dzisiaj o zawodach, kim dzieci chciałyby zostać w przyszłości. Padały klasyczne odpowiedzi: lekarz, weterynarz, cukiernik, pilot, architekt… A Mikołaj powiedział, że chce zostać śmieciarzem.
Zapadła cisza.
— Kilkoro dzieci zaczęło się śmiać — kontynuowała nauczycielka. — Jeden chłopiec zatkał nos. Inny rzucił, że to przecież nie jest żadne prawdziwe wymarzone zajęcie.
Zamknęłam oczy. Nie wstydziłam się za mojego syna. Bolało mnie to, bo doskonale znałam ten rodzaj śmiechu. Ten cichy, jadowity chichot, który brudzi ludzi, nawet ich nie dotykając. Śmiech celowany w zawody pożyteczne, które nie pachną czystym biurem i idealnie wyprasowanym garniturem.
Cisza za zamkniętymi drzwiami
Kiedy wróciłam do domu, Mikołaj siedział przy kuchennym stole. Jego plecak opierał się o krzesło, buty stały równo poukładane przy drzwiach. Wszystko wyglądało zupełnie normalnie. Oprócz jego twarzy.
Postawiłam na stole dwa talerze z zupą.
— Dzwoniła do mnie pani Lenoir — powiedziałam cicho.
Nawet nie uniósł wzroku.
— Aha.
Usiadłam naprzeciwko niego.
— Opowiedziała mi o tym, co wydarzyło się dzisiaj w szkole.
Jego łyżka znieruchomiała w powietrzu. Chciałam być delikatna. Chciałam być dobrą matką. Ale czasem rani się własne dziecko zdaniem, które uważa się za zupełnie proste.
— Dlaczego to powiedziałeś, Mikołaju?
Gdy tylko te słowa opuściły moje usta, natychmiast pożałowałam. To nie brzmiało jak: „opowiedz mi o tym”. To brzmiało jak: „dlaczego sam wpakowałeś się w takie kłopoty?”.
Mikołaj spojrzał mi prosto w oczy.
— Bo to prawda.
Przełknęłam ślinę z trudem.
— Wiesz przecież, że w przyszłości możesz zostać kimkolwiek zechcesz.
— Wiem.
— Chodziło mi tylko o to… Może inne dzieci lepiej by cię zrozumiały, gdybyś wybrał coś bardziej…
Nie dokończyłam. On zrobił to za mnie.
— Coś ładniejszego?
Odebrało mi mowę.
— Nie, nie to miałam na myśli.
Spuścił głowę.
— Tak. Wszyscy to mają na myśli.
Po czym wstał, odniósł talerz do zlewu i poszedł do swojego pokoju. Nie trzasnął drzwiami. Zamknął je cicho, z ogromną delikatnością. I to właśnie zabolało mnie najbardziej.
Słowa ukryte w plecaku
Później, kiedy sprzątałam jego plecak, z jednego z zeszytów wysunęła się kartka. Na samej górze widniał nagłówek: „Mój wymarzony zawód”.
Mikołaj narysował wielką śmieciarkę. Koła były gigantyczne, a ludziki stojące na podeście wyszły trochę krzywo, ale widać było, że włożył w ten rysunek całe swoje serce. Obok ciężarówki stali trzej mężczyźni w odblaskowych kamizelkach. Jeden z nich machał ręką.
Pod rysunkiem Mikołaj napisał:
„Chcę zostać pracownikiem oczyszczania miasta, ponieważ oni pracują bardzo wcześnie rano, kiedy większość ludzi o nich w ogóle nie myśli. Wykonują pracę, z której korzystają wszyscy, ale na którą prawie nikt nie patrzy.”
Usiadłam ciężko na krześle i czytałam dalej.
„Moja mama też wstaje bardzo wcześnie do pracy. Sprząta klatki schodowe w blokach. Ludzie mijają ją na schodach i udają, że jej nie widzą. Ale panowie ze śmieciarki zawsze mówią jej ‘dzień dobry’. Jeden pan mówi czasem do niej: ‘Dzień dobry, koleżanko po fachu’. Wtedy moja mama zawsze się uśmiecha.”
Położyłam kartkę na stole. Gardło ścisnęło mi się tak mocno, że ledwo mogłam oddychać. Mikołaj nie chciał jeździć śmieciarką dlatego, że podobała mu się wielka ciężarówka. Chciał nią jeździć, bo dostrzegł szacunek i ludzką godność tam, gdzie większość widzi tylko czarne worki i brudne chodniki.
Głos na środku sali
Następnego dnia rano poszłam do szkoły i poprosiłam o rozmowę z panią Lenoir. Podatłam jej tę kartkę. Czytała ją powoli, linijka po linijce. Potem przez dłuższą chwilę milczała.
— Nie miałam pojęcia — wyszeptała.
— Ja też nie — odpowiedziałam szczerze.
Spojrzała na mnie z ogromnym ciepłem.
— Czy Mikołaj zgodziłby się przeczytać ten tekst przed całą klasą? Oczywiście tylko wtedy, jeśli sam będzie miał na to ochotę.
Ogarnął mnie strach. Bałam się, że dzieciaki znowu zaczną chichotać. Bałam się, że mój syn zamknie się w sobie już na zawsze. Ale kiedy po powrocie do domu zapytałam go o to, po prostu pokiwał głową.
— Dobrze — powiedział. — Ale obiecujesz, że już nigdy nie zapytasz mnie ‘dlaczego’?
Obiecałam.
Wieczorem pani Lenoir opowiedziała mi, jak wyglądała ta lekcja. Mikołaj wyszedł na środek sali, trzymając w dłoniach pogniecioną kartkę. Nie przeczytał wszystkiego. Tylko kilka zdań. A potem uniósł głowę, spojrzał na rówieśników i powiedział:
— Nie chcę zostać śmieciarzem dlatego, że nie poradziłbym sobie z niczym innym. Chcę nim zostać, bo wszyscy lubią, kiedy ulice są czyste, ale prawie nikt za to nie dziękuje.
Nikt w klasie się nie zaśmiał. Chłopiec kontynuował:
— Kiedy śmieci nie są odbierane, nagle wszyscy to zauważają. Wtedy to staje się ważne. Ale prawda jest taka, że to było ważne już wcześniej.
W sali lekcyjnej zapadła absolutna cisza. Wtedy jedna z dziewczynek podniosła rękę i zapytała cicho, czy jej babcia, która pracuje na szkolnej stołówce, też wykonuje ważny zawód. Mikołaj odpowiedział z powagą:
— Jeśli dzięki niej ludzie nie są głodni, to tak.
Pani Lenoir przyznała, że po tym wszystkim miała ogromny problem, by wrócić do normalnego toku lekcji.
Prawdziwa duma
Wieczorem Mikołaj znowu siedział przy kuchennym stole. Usiadłam tuż obok niego, blisko, jak tylko mogłam.
— Mikołaju, jeśli któregoś dnia naprawdę zostaniesz pracownikiem oczyszczania miasta, będę z ciebie ogromnie dumna.
Popatrzył na mnie uważnie, jakby swoimi wielkimi oczami sprawdzał, czy mówię prawdę.
— Nawet jeśli inni ludzie będą się śmiać?
Skinęłam głową.
— Zwłaszcza jeśli będą się śmiać.
Zastanawiał się przez chwilę nad moimi słowami.
— A jeśli wybiorę inny zawód?
Uśmiechnęłam się ciepło.
— Wtedy też będę dumna.
I wtedy na jego twarzy pojawił się uśmiech. Malutki, delikatny. To nie był uśmiech zwycięstwa. To był uśmiech dziecka, które wreszcie poczuło się całkowicie zrozumiane.
Tamtego wieczoru dotarła do mnie prosta prawda. Nasze dzieci wcale nie potrzebują, abyśmy upiększali ich marzenia tylko po to, by zyskały akceptację w oczach otoczenia. One potrzebują jedynie tego, byśmy stali twardo tuż obok nich, gdy świat naśmiewa się z czegoś, co w rzeczywistości zasługuje na najwyższy szacunek.
Bo czasem w marzeniu małego chłopca, który chce po prostu sprzątać świat, kryje się o wiele więcej godności niż we wszystkich mądrych i wielkich słowach dorosłych.

27/05/2026

"Jestem przekonana, a moje życiowe (i kliniczne) doświadczenie to potwierdza, że tak zwane "dobre matki" nie występują w przyrodzie. Jest to konstrukt intelektualny, który służy do trzymania matek w szachu. Która z nas od czasu do czasu nie czuje się "matką niedobrą"?
Dobre matki nie istnieją. Istnieją natomiast matki zwyczajne i wystarczające, czyli te, które przez większość czasu starają się rozumieć swoje dzieci i być dla nich emocjonalnie dostępne - zainteresowane tym, co się z tymi dziećmi dzieje i mające pojemność na ich emocje.
Warto jednak dodać, że matką nie jesteś, tylko się nią stajesz, a w dodatku co jakiś czas przepoczwarzasz się: inną matką jesteś dla pierwszego dziecka, inną dla drugiego, inną dla córki, inną dla syna, inną dla niemowlęcia, inną dla nastolatka czy dla dorosłej córki.
Patrzę na macierzyństwo jak na relację, a nie jak na (napisaną przez kogoś) rolę. Można tę relację budować na wiele różnych sposobów, bo w Sèvres pod Paryżem nie istnieje wzorzec matki idealnej."
Justyna Dąbrowska, fot Jade Beal

27/05/2026

Kiedy dziecko jest w silnych emocjach, często nie mamy wiele do zrobienia w relacji z nim/w kontakcie z nim. I to bywa, że rodzice zgłaszają, że to najtrudniejsze: bo jak tu nic nie robić, kiedy wokół szaleje burza?

Niezależnie od tego, czy to bunt dwulatka, frustracja nastolatka czy autystyczny meltdown, najsensowniejszym, co możemy zrobić jest:
💧 czuwać nad bezpieczeństwem,
💧nie dołączać do chaosu,
💧 pozostać przewidywalni,
💧 nie starać się, by to natychmiast minęło,
💧 nie dołączać do walki, nawet jeśli trudno nam zinterpretować sytuację inaczej niż zaproszenie do walki.

27/05/2026

Za każdym razem, gdy widzę w autobusie trzylatka przyklejonego do telefonu z bajką odpaloną „żeby był spokój”, uspokajam się na myśl, że za jakieś 10 lat, kiedy szkoła magicznie nie naprawi wszystkich skutków wychowania na autoplayu, ja już będę na emeryturze i nie usłyszę, że to nauczyciele zawiedli.

Kara za złe zachowanie, czy aby na pewno?! https://www.facebook.com/share/1BQBPVnYRp/
19/05/2026

Kara za złe zachowanie, czy aby na pewno?!
https://www.facebook.com/share/1BQBPVnYRp/

Dostaliśmy taką wiadomość:
„Dzień dobry! Czy mogliby Państwo utworzyć post na temat karania dziecka z Zespołem Aspergera? Szkoła ciągle się nas czepia i proszą, żeby dostawał kary za swoje zachowanie w domu. Syn jest bardzo pamiętliwy – jeśli ktoś go niesłusznie oskarży albo nakrzyczy bez powodu, on już nie słucha się tej osoby. Wyzywa nauczycieli, odnosi się do nich brzydko. W domu nie mówi brzydkich słów, chyba że ma ten swój atak – wtedy jakby nie kontaktował, ale następnego dnia nie pamięta tego. Jak to jest z tymi karami? Ja mam inne podejście, bo widzę, że karanie wzmacnia trudne zachowania. Ale wychowawczyni namówiła męża i pozabierał dziecku ulubione rzeczy. Nie mogę znaleźć żadnych artykułów odnoszących się do tych kwestii."

Pytanie do wszystkich – czy spotykacie się z tego typu podejściem, czy to rzadki wyjątek?

To, że są jeszcze nauczyciele i wychowawcy, którzy uważają, że karą można nauczyć prawidłowego zachowania, jest dla mnie zdumiewające. Kończyłem studia bardzo dawno i już wtedy uczono mnie, że kara nie uczy prawidłowego zachowania. Może zahamować na chwilę trudne zachowanie, ale tylko na chwilę – bo się dewaluuje i działa coraz słabiej. Dziecko pod groźbą kary może nam ulec, ale utrzymywanie go w takim reżimie jest straszliwie męczące dla osób zajmujących się dzieckiem. Poza systemem kar dziecko wraca do zachowania, które wcześniej próbowano wygasić, lub zaburza się jeszcze bardziej. Kara wymaga dominowania dziecka, więc dziecko, ucząc się od nas, zaczyna dominować np. swoich kolegów – stosując wobec nich różne konsekwencje.
To droga donikąd.

Jessica Minahan, amerykańska behawiorystka, zauważa, że kary i nagrody są bezużyteczne, bo nie rozwiązują żadnego problemu dziecka (jej książka: „Kod zachowania. Jak rozszyfrowywać i zmieniać najtrudniejsze zachowania").

Jest tu ktoś, kto zgadza się z tym stwierdzeniem?

Jacek Kielin

Adres

Ulica Wyszyńskiego 6
Lubin
59-300

Telefon

+48603646402

Strona Internetowa

Ostrzeżenia

Bądź na bieżąco i daj nam wysłać e-mail, gdy Prywatny Gabinet Logopedyczny Agnieszka Szulc umieści wiadomości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu i możesz zrezygnować z subskrypcji w dowolnym momencie.

Udostępnij