Poradnia Żywieniowa Akaja

Poradnia Żywieniowa Akaja Jestem dietetykiem klinicznym i biologiem. Pracuję z osobami z zaburzeniami metabolicznymi i nie tylko. Stacjonarnie przyjmuję w Nakle ul. Lidia Lasik 660288730

Nowa 7 i w Wyrzysku ul. 22 Stycznia 41c. Prowadzę konsultacje online i projekty edukacyjne.

MIĘŚNIE TO NIE DEKORACJAOn jest kowalem gatunku, a my losu. Dziś kontynuujemy temat aktywności. Co warto, kiedy, w jakie...
21/05/2026

MIĘŚNIE TO NIE DEKORACJA

On jest kowalem gatunku, a my losu. Dziś kontynuujemy temat aktywności. Co warto, kiedy, w jakiej kolejności i po co? No to lecimy... w plejotropowe kierunki :)

Trening oporowy, po co w ogóle zawracać sobie głowę? Zacznijmy bez zbędnych ozdobników i bez „magicznych spalaczy tłuszczu”. Czy warto robić trening oporowy? Tak. I nie, to nie jest „dla chętnych”. To jest jak oddychanie, tylko mniej oczywiste.

Mięśnie to nie dekoracja. To narząd endokrynny w przebraniu bicepsa. Produkują miokiny (białka sygnałowe wydzielane przez mięśnie, które wpływają na metabolizm, stan zapalny i komunikację między tkankami), takie małe listy polecone do reszty ciała. Jedna z nich, iryzyna (miokina związana m.in. z regulacją metabolizmu i przemianą tkanki tłuszczowej), zachowuje się jak instrukcja: „halo, metabolizm, ogarnij się”.

Więcej mięśni (FFM - fat free mass, czyli beztłuszczowa masa ciała, wszystko oprócz tłuszczu) to większy bufor dla glukozy, lepsza wrażliwość insulinowa i mniej dramatów metabolicznych po posiłku. Czyli nie tylko budujesz sylwetkę, ale również regulujesz fizjologię.

Mięśnie nie są dla organizmu wrogiem, ale są tkanką kosztowną metabolicznie. To znaczy, że ich utrzymanie wymaga energii, białka i przede wszystkim stałego bodźca. Jeśli tego bodźca brakuje, organizm nie „walczy” o mięśnie, tylko robi to, co jest dla niego najbardziej opłacalne, upraszcza system i redukuje koszt.

Dlatego właśnie trening oporowy ma tak kluczowe znaczenie: jest sygnałem, że mięśnie są potrzebne i nie należy ich redukować. Szczególnie po 40. roku życia, kiedy spada wrażliwość anaboliczna, a utrata beztłuszczowej masy ciała przyspiesza, ten sygnał staje się jeszcze ważniejszy. Organizm utrzymuje mięśnie tylko wtedy, gdy dostaje wyraźną informację, że mają funkcję. Bez niej nie będzie o nie zabiegał.

Czy wystarczy sam oporowy? Nie. To jakby mieć silnik bez układu chłodzenia.

Masz trzy filary:
oporowy - struktura i metabolizm,
kardio - serce, naczynia i mitochondria (czyli fabryki energii),
rozciąganie wpływa na mobilność, zakres ruchu i kontrolę napięcia.

Te ćwiczenia nie konkurują. One się uzupełniają. Jak trio, które nie zawsze się lubi, ale razem gra koncert.

Zatem jak ustabilizować harmonię i wykluczyć fałszowanie? Czy robić razem, czy osobno?

Jeśli masz czas, rozdziel. Jeśli nie masz, łącz, ale z głową. Bo w tle dzieje się cicha wojna: mTOR (szlak metaboliczny odpowiedzialny za syntezę białek i budowę mięśni) mówi „buduj mięśnie”, AMPK (enzym aktywowany przy deficycie energii, wspierający procesy wytrzymałościowe i oszczędzanie energii) mówi „oszczędzaj energię, rób wytrzymałość”.

To się nazywa efekt interferencji. Nie dramat, ale warto wiedzieć, że organizm nie zawsze lubi wykonywać sprzeczne zadania jednocześnie.

Wykonujemy trening w sekwencji:
oporowy około 20 minut → kardio około 30 minut → około 5-10 minut rozciągania.

Ma sens? Ma. Ale nie dlatego, że „tak się przyjęło”. Oporowy najpierw, jeśli chcesz, żeby mięśnie pracowały jak należy, a nie były zmuszone do pracy w trybie przymusowego wolontariatu.

Proponuję zrozumieć mitologię.

Mit pierwszy:
„najpierw kardio, żeby spalić tłuszcz”.

Fakt:
najpierw jakość pracy mięśni, potem spalanie.

Kardio po oporowym i tu zaczyna się ciekawiej. Zużywasz część glikogenu (czyli zapasu energii w mięśniach), więc podczas kardio organizm chętniej sięga po tłuszcz. Czyli tak, udział spalania tłuszczu rośnie. Ale to nie jest magia. To nie znaczy, że nagle „spalasz więcej tłuszczu w tygodniu”. Organizm liczy całość, nie pojedynczy moment.

Na pewno w tej kolejności efektywniej wykorzystujesz tłuszcz jako źródło energii w trakcie wysiłku. Dzięki temu biologia przyznaje Ci pół punktu więcej, a resztę dopisze bilans energetyczny.

A rozciąganie? Czemu 5-10 minut i dlaczego na końcu?

Bo mięsień zimny to mięsień uparty, a ciepły współpracuje lepiej. Na końcu masz większą podatność na rozciąganie, mniejsze ryzyko mikrourazów i sytuację, w której układ nerwowy nie stoi już na straży napięcia.

Dlaczego tylko 5-10 minut? Bo to higiena, nie rytuał uzdrawiania. Jeśli chcesz na tydzień wykluczyć się z aktywności przez ból, możesz rozciągać się godzinę, ale najprawdopodobniej następnego dnia odczujesz to bardzo wyraźnie i nie wykonasz planowanej aktywności.

Mit:
„im dłużej się rozciągasz, tym lepiej budujesz mięśnie”.

Nie. Rozciąganie nie buduje mięśni. Może poprawić zakres ruchu, ale nadmiar po treningu siłowym może pogłębiać mikrouszkodzenia.

A rolowanie? Trzeba czy nie trzeba?

Nie trzeba, ale warto. To nie jest sakrament fitnessu. Rolowanie zmniejsza odczuwanie bólu mięśniowego, poprawia chwilowo zakres ruchu i działa głównie przez układ nerwowy, a nie przez „rozbijanie powięzi”, co jest jedną z ulubionych opowieści branży.

Możesz. Nie musisz. To plaster, nie operacja.

A jeśli posiadasz masażer zamiast rolki, to również dobre rozwiązanie. Organizm nie czyta etykiet sprzętu. Reaguje na bodziec.

Z kolei masaże rozluźniające mogą wpływać na ryzyko kontuzji. Masaż obniża napięcie i chwilowo zmniejsza zdolność generowania siły. Jeśli zrobisz głęboki masaż i od razu pójdziesz dźwigać ciężary jak wiking, możesz zrobić sobie krzywdę.

Ale jako element regeneracji? Bezpieczny, sensowny i ludzki.

Podsumowując, bez poezji:
trening oporowy to istotny element metabolizmu, a nie fanaberia.
Kardio wspiera serce i mitochondria.
Rozciąganie reguluje napięcie, nie buduje mięśni.
Kolejność ma znaczenie:
oporowy → kardio → krótkie rozciąganie.

Rolowanie i masaże to narzędzia, nie obowiązki.

A jedzenie? Co przed, co po i dlaczego? Moi klienci wiedzą, a jeśli jesteś podobnie ciekawy siebie, zapraszam na konsultację. Tu nie mogę wszystkiego zdradzać.

Lidia Lasik
biolog, dietetyk, praktyk

☆ WYZWANIE: „WIOSENNE PORZĄDKI W CIELE”Nie sprzątamy mieszkania. Ustawiamy organizm. Bez ekstremów. Bez zajeżdżania się....
06/05/2026

☆ WYZWANIE: „WIOSENNE PORZĄDKI W CIELE”

Nie sprzątamy mieszkania. Ustawiamy organizm. Bez ekstremów. Bez zajeżdżania się. Z głową.

Wyzwanie trwa 2 tygodnie! Ja też w nim uczestniczę.

● NA CZYM POLEGA WYZWANIE?
Twoim zadaniem jest wykonać minimum 2 treningi w tygodniu. Możesz więcej, ale nie musisz.

● SCHEMAT TRENINGU
Każdy trening dzielisz na 3 części:
• oporowy, np. praca z prostym obciążeniem, gumami albo z ciężarem ciała, ćwiczenia izometryczne, brzuszki
• kardio, np. spacer, rower, bieg itp.
• rozciąganie, np. skłony, wymachy itp.
•• Na drugi dzień wrzucasz informacje, ile czasu poświęciłaś na każdą część, np. 10 min oporowy / 30 min kardio / 8 min rozciąganie.

☆ DRUGI DZIEŃ
Następnego dnia sprawdzasz, co ten trening zmienił w Tobie. Jedno zdanie: jak się czujesz fizycznie i psychicznie. Np.: napięcie, energia, lekkość lub ciężkość, czy czujesz mięśnie, o których trochę zapomniałaś lub zapomniałeś. Czy sprawiło ci to przyjemność? Nie chodzi o sprawozdanie czy filozofię, tylko o krótką autorefleksję, którą się podzielisz.

● JEDZENIE
Wrzucasz minimum 1 posiłek dziennie lub chociaż co 2 dzień (ale można więcej) - fotka z życia żywieniowego.

☆ NAGRODA
Jeśli zrobisz wyzwanie i wrzucisz swoje obserwacje, dostaniesz ode mnie coś więcej niż motywację. Dostaniesz konkretne wyjaśnienie, dlaczego ten układ treningu działa, co realnie dzieje się w Twoim organizmie i co z tym zrobić dalej.

To jest wiedza, z którą pracuję w gabinecie, oparta na obserwacji, wywiadach klinicznych i realnych efektach.

I taka ciekawostka: kompetencje budujemy na trzech poziomach: wiem, rozumiem, wykorzystuję w praktyce. My zrobimy odwrotnie. Zaczynamy od działania i nie schodzimy w dół, tylko idziemy w głąb siebie.

● WAŻNE
Nie chodzi o perfekcję, restrykcję ani czyste jedzenie. Chodzi o świadomość i autonomię, która wzmacnia wewnętrzną motywację.

● DLACZEGO TO DZIAŁA?
Bo mięśnie dostają sygnał, że są potrzebne, metabolizm przestaje działać chaotycznie, umysł wchodzi w tryb naturalnej uważności, a ciało zaczyna współpracować.

☆ TO NIE JEST WYZWANIE FITNESS
To jest praktyczny wstęp do zmiany.

● CEL
Nie sylwetka na lato. Tylko ciało, które czujesz każdego dnia. Sprawdzasz jedną ważną rzecz: czy ciało zaczyna reagować inaczej niż zwykle.

☆ PO CO TO ROBISZ?
Nie po to, żeby zacząć od poniedziałku. Chodzi o to, żeby doświadczyć, zaobserwować siebie i uruchomić zmianę, która nie jest narzucona, tylko Twoja. Albo, jeśli już działasz, wzmocnić to, co działa.

♡ W grupie jest większa energia. Nie ścigamy marchewki. Nie robimy show, żeby komuś było głupio.

Kładziemy tę przysłowiową marchewkę na talerzu zamiast zostawiać ją w głowie, w planach i w „wiem, że powinnam”, które nigdy nie staje się działaniem.

KTO SPRÓBUJE?

Ja już zaczęłam. Wczoraj zrobiłam: oporowy 40 min, kardio 30 min, rozciąganie 8 min. Dziś czuję moje mięśnie, nie są to zakwasy ani dyskomfort. Jako że dawno nie robiłam takiego typu treningu, poczułam przyjemną różnicę fizyczną i psychiczną. A dziś dla relaksu i regeneracji 50 min kardio.

Czemu dla relaksu? Bo do tego jestem już przyzwyczajona. Ten nawyk jest tak silny, że niewykonanie kardio jest większym dyskomfortem niż jego realizacja. Na tym polegają nawyki. Organizm lubi powtarzalność, a układ nerwowy szybko uznaje regularny ruch za coś normalnego, więc zamiast zmuszać się do działania, zaczynasz odczuwać brak, gdy go nie ma.

Nie każdy ruch zaczyna się od wyniku. Czasem od decyzji. Czasem od ciszy. Pamiętaj, nie musisz wszystkiego udowadniać zdjęciem. Twoja fizjologia i tak to zarejestruje. Rusz się czasem z miejsca wygody, w którym jeszcze nie widać kierunku.

Wchodzisz w to? To tylko eksperyment na 2 tygodnie.

:) No chodź...

???

Koniec wyzwania, ale nie koniec aktywności!

Dziękuję za wszystkie komentarze, wiadomości i dyskusje pod ostatnimi wpisami. Naprawdę świetnie patrzy się na ludzi, którzy chcą rozumieć swoje ciało, a nie tylko z nim walczyć.

I ogromny szacunek dla wszystkich, którzy próbują, wracają po przerwie albo dopiero zaczynają. Organizm nie oczekuje perfekcji. Dużo bardziej ceni konsekwencję.

W następnym poście wyjaśnię szczegóły tego doświadczenia, więc zapraszam do czytania każdego, kto tu zagląda, każdego, kto wziął udział w wyzwaniu i każdego, kto nie chce męczyć się na próżno.

Bo organizm naprawdę lubi, kiedy zaczynamy rozumieć, co i dlaczego robimy :)

Lidia Lasik
biolog, dietetyk, praktyk

MIKROBIOTA JEST EKOSYSTEMEM. ALE BŁĘDNI RYCERZE STRASZĄ NAS MARCHEWKĄ.Cena kapsułki nie zmienia zasad biologii... W osta...
28/04/2026

MIKROBIOTA JEST EKOSYSTEMEM. ALE BŁĘDNI RYCERZE STRASZĄ NAS MARCHEWKĄ.

Cena kapsułki nie zmienia zasad biologii... W ostatnich latach jelita awansowały do rangi panaceum. Przestały być narządem trawienia, a stały się sceną metafizyczną, na której rozgrywa się odporność, nastrój, masa ciała, a niemal i sens życia. Tyle że ewolucja nie działa jak marketing. Ona nie zmienia dogmatów co sezon. To, co mamy w jelitach, nie jest magicznym regulatorem wszystkiego. To dynamiczna wspólnota mikroorganizmów funkcjonujących według zasad ekologii, nie ideologii.

W jelitach nie mieszka „armia dobrych bakterii”, lecz złożona społeczność mikroorganizmów konkurujących o nisze i zasoby. Ich interesem nie jest nasze samopoczucie, lecz przetrwanie, które zależy od środowiska, jakie im stworzymy. Dlatego mikrobiota nie jest projektem do jednorazowej modyfikacji kapsułką, lecz krajobrazem, który kształtuje się poprzez powtarzalne bodźce: dietę, sen, stres, antybiotyki, sposób narodzin.

Moment startu ma znaczenie. Poród drogami natury sprzyja kolonizacji bakteriami matki, cesarskie cięcie inicjuje inny zestaw pierwszych kolonizatorów, a antybiotyk okołoporodowy zmienia trajektorię tego wczesnego ekosystemu. To nie jest dramat ani powód do winy. To biologia. Biologia, która uczy nas jednego: jeśli ingerujemy w początek, warto świadomie wspierać dalszy rozwój. Karmienie piersią nie jest tu romantycznym symbolem, lecz selektywną strategią żywieniową dla określonych grup bakterii. Natura rzadko jest sentymentalna, częściej bywa precyzyjna.

Antybiotyki są jednym z największych osiągnięć medycyny i równocześnie jednym z najsilniejszych czynników zmieniających mikrobiotę. Część parametrów wraca do równowagi w ciągu tygodni, inne potrzebują miesięcy, a niektóre zmieniają się trwale. To nie jest argument przeciw leczeniu. To argument przeciw pochopności. Presja „proszę coś mocnego” bywa społeczna, nie medyczna, a lekarze nie funkcjonują w próżni, tylko w systemie oczekiwań.

Warto tu jednak jasno powiedzieć: probiotykoterapia zalecona po antybiotyku nie jest błędem ani przejawem naiwności. W określonych sytuacjach klinicznych, przy konkretnych szczepach i dawkach, ma uzasadnienie i potrafi zmniejszać ryzyko niektórych powikłań, jak biegunka poantybiotykowa. Problem zaczyna się nie tam, gdzie medycyna korzysta z narzędzia, lecz tam, gdzie narzędzie sprzedaje się jako uniwersalne panaceum, bez rozróżnienia szczepów, wskazań i bez świadomości, że liczba miliardów na etykiecie nie jest równoznaczna z jakością dowodów.

W tym miejscu pojawia się probiotyk, często drogi, wieloszczepowy, opatrzony obietnicą „regeneracji mikroflory”. Tyle że jelito posiada mechanizm, który ekolodzy nazwaliby oporem kolonizacyjnym. Ugruntowana społeczność mikroorganizmów nie przyjmuje każdego przybysza tylko dlatego, że został zamknięty w eleganckiej kapsułce. Wąsko dobrany szczep, w konkretnym wskazaniu klinicznym, bywa uzasadniony i udokumentowany. Preparat „na wszystko”, bez kontekstu, bez diagnozy, bez zmiany środowiska, jest raczej produktem opowieści niż ekologii.

Fundament mikrobioty buduje się nie tylko przez „doszczepianie”, lecz przez klimat, w którym ta społeczność funkcjonuje. Różnorodna dieta roślinna, fermentowana żywność, stopniowo zwiększany błonnik, sen i rozsądne podejście do antybiotyków to działania, które zmieniają warunki środowiskowe, a nie tylko skład chwilowych gości. Zbyt szybka „przebudowa” mikrobioty kończy się zwykle wzdęciem, dyskomfortem i rozczarowaniem, bo ekosystem nie reaguje dobrze na gwałtowne reformy.

Jeśli chcemy mówić o probiotykach uczciwie, powinniśmy mówić o szczepach, dawkach i wskazaniach, a nie o liczbie miliardów. Nauka coraz wyraźniej pokazuje, że personalizacja ma sens, lecz komercyjne interpretacje mikrobiomu często wyprzedzają dowody. Między możliwością biologiczną a kliniczną użytecznością bywa długa droga.

Mikrobiota nie potrzebuje wiary ani zachwytu. Nie jest moralna ani dobra. Jest systemem zależności. Jeżeli coś w niej zmieniamy, ingerujemy w równowagę, która kształtowała się latami pod wpływem środowiska, diety i naszej historii biologicznej. Kapsułka może być narzędziem, ale nie jest architektem. Architektem pozostaje środowisko, które tworzymy każdego dnia. I dopóki nie zrozumiemy tej hierarchii, będziemy wciąż szukać cudownej interwencji tam, gdzie potrzebna jest cierpliwa zmiana warunków. Problem w tym, że znacznie łatwiej kupić interwencję, niż zmienić środowisko.

A to dopiero początek rozmowy. Bo jeśli mikrobiota jest ekosystemem, to nie jest biernym krajobrazem. Komunikuje się z nami nie tylko poprzez metabolity, lecz także przez nerw błędny, główne połączenie aferentne między jelitem a mózgiem. Coraz więcej badań pokazuje, że bakterie wpływają na produkcję neuroprzekaźników, na przetwarzanie nagrody i regulację łaknienia. Pytanie więc nie brzmi już tylko: „co jemy?”, lecz także: „kto podpowiada nam, na co mamy ochotę?”. Dlaczego jedni spontanicznie sięgają po warzywa, a inni po pizzę? Czy to wyłącznie kwestia wiedzy i silnej woli? A może smak, to, co odczuwamy jako „naturalną preferencję”, jest w części efektem sygnałów płynących z jelit do mózgu.

Jeśli mikrobiota zmienia środowisko chemiczne w jelicie, wpływa na sytość, nagrodę i percepcję smaku, to przestajemy mówić wyłącznie o wyborze. Zaczynamy mówić o biologicznym dialogu. Niektórzy jedzą warzywa nie dlatego, że są bardziej zdyscyplinowani czy zanurzeni w wiedzy, lecz dlatego, że ich wewnętrzny ekosystem nauczył się je preferować. A smak, ten który uznajemy za najbardziej osobisty i intymny, okazuje się współtworzony przez mikroorganizmy, których nawet nie widzimy.

To już nie jest prosty temat. Jednak jest to temat zarówno ważny, jak i modny. A zalecenia samozwańczych specjalistów, którzy jako jedyny argument mają badania naukowe, których próżno szukać, tworzą dziś własne narracje, często z dietami eliminującymi nawet warzywa. Pojawiają się tezy, że mikrobiom „atakuje jelita”, a błonnik, zamiast wspierać, nasila stan zapalny. Nie zgadzam się z tym. Jeśli pojawią się solidne, powtarzalne dowody, zmienię zdanie. Na tym polega nauka. Uważajcie na tych, którzy opowiadają wybiórczo i nigdy tych badań nie pokazują pod własnymi wypowiedziami.

To są błędni rycerze, czyli tacy, którzy wybierają niewłaściwe drogowskazy. Strzałka w prawo mówi, że kto pojedzie tą drogą, będzie bogaty, szczęśliwy, sławny i zdrowy, natomiast drogowskaz w lewo głosi, że kto pojedzie w tę stronę, tego po prostu porąbie. Błędny rycerz był szczęśliwy, bogaty i w świetnej formie, więc postanowił zaryzykować i pojechać w lewo. A tam smok z siedmioma głowami. Wziął więc zamach, obciął sześć głów i już chciał ściąć ostatnią, gdy wtem smok przemówił ludzkim głosem: „Porąbało cię, rycerzu?! Ja tylko jem marchewkę.



Lidia Lasik, dietetyka kliniczna.

KREATYNA I BIAŁKO. KIEDY DZIAŁAJĄ, A KIEDY TYLKO KARMIĄ ZŁUDZENIA?Suplementacja w sporcie jest dziś promowana tak agresy...
21/04/2026

KREATYNA I BIAŁKO. KIEDY DZIAŁAJĄ, A KIEDY TYLKO KARMIĄ ZŁUDZENIA?

Suplementacja w sporcie jest dziś promowana tak agresywnie jak sztucznie ostrzyknięte usta w świecie mediów. Czy to jest problem? Niekoniecznie. Usta są wyborem estetycznym i nie mają żadnego związku z uwagą ani jakością tego, co przez nie zostaje wypowiedziane. Problemem jest to, jak rozumiemy tę treść i czy w ogóle.

Pod lupę weźmiemy kreatynę i białko hydrolizowane, ale punkt ciężkości będzie po stronie kreatyny, bo to właśnie ona najczęściej jest źle rozumiana, a potem niesłusznie oskarżana. Jeśli chcesz wiedzieć więcej, zapraszam na wizytę. U mnie „niewidzialne” składniki efektu są obowiązkowe. Nie z uwagi na kaprys, ale dlatego, że uczę autonomii, a nie rozdaję martwych przepisów, które prowadzą człowieka na smyczy. Nasza psychika prędzej czy później, bez autonomii i kompetencji, odrzuci tę zewnętrzną motywację.

Czasem przychodzi do mnie ktoś, kto wprowadza suplementację białka i kreatyny bez świadomości i głębszej refleksji nad tym, co i jak działa. Mówię „bez większej”, bo każdy wie, że białko „jest na mięśnie”. Trenerzy polecają kreatynę, gdy chodzisz na siłownię. I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie jeden szczegół. Waga idzie w górę.

I wtedy zaczyna się kontemplacja: coś jest nie tak. Bo „coś się bierze”, więc „to coś musi tuczyć”. Problem polega na tym, że często obwiniamy niewłaściwy mechanizm. Czasem wręcz coś, co z przyrostem tkanki tłuszczowej nie ma nic wspólnego, robi za winnego numer jeden. I warto tłumaczyć, uświadamiać... bo jeszcze czasem słyszymy w mediach, że kilogram mięśnia waży więcej niż kilogram tłuszczu. Nie mam wątpliwości, że tam edukacja zatrzymała się gdzieś po drodze.

Zanim ocenimy kreatynę, trzeba wyjaśnić jedną rzecz. CPM, czyli całkowitą przemianę materii. To Twoje dzienne zapotrzebowanie energetyczne. Ilość energii, którą organizm zużywa na życie, oddychanie, pracę narządów, ruch, myślenie i trening. Jeśli dostarczysz dokładnie tyle, ile wynosi CPM, masa ciała się utrzymuje. Jeśli więcej, nadwyżka jest magazynowana. To nie moja opinia, to fizjologia. I dopiero na tym tle widać różnicę między białkiem a kreatyną. Białko ma kalorie. 1 gram to 4 kcal. Jeśli jesz go więcej, niż potrzebujesz, dokładasz energię do bilansu i możesz przekroczyć CPM.

Kreatyna nie ma kalorii. Nie jest źródłem energii i nie może zostać przekształcona w tłuszcz.

Jeśli więc masa ciała rośnie przy suplementacji kreatyny, nie wynika to z „tycia”. Powód jest inny.
Kreatyna zwiększa zawartość wody wewnątrz komórek mięśniowych. Nie pod skórą i nie „między”, tylko w środku. Zmienia się środowisko komórki, rośnie jej uwodnienie, a wraz z tym objętość mięśnia. Dlatego sylwetka może wyglądać pełniej, a masa ciała wzrosnąć o 1 do 2 kg. To nie jest tłuszcz i nie jest to „zalanie”. To efekt fizjologiczny.

Co więcej, korzystny. Lepsze uwodnienie komórki oznacza lepsze warunki do syntezy białek mięśniowych, większą zdolność generowania siły i sprawniejszą regenerację. Kreatyna wspiera system fosfokreatynowy, czyli szybkie źródło energii dla pracy mięśni.
Dawkowanie jest proste. 3 do 5 g dziennie. Istnieje też faza ładowania, około 20 g dziennie przez 5 do 7 dni. Jej celem jest szybsze nasycenie mięśni kreatyną. Nie jest obowiązkowa. Działa, ale ten sam efekt można osiągnąć bez niej, tylko wolniej, w ciągu kilku tygodni.

Większe dawki nie dają dodatkowych korzyści, ponieważ mięśnie mają ograniczoną pojemność magazynowania. Nadmiar jest wydalany.

Kreatyna działa nie tylko na mięśnie. Mózg zużywa około 20 procent całkowitej energii organizmu, mimo że stanowi niewielką część jego masy. Neurony mają uprzywilejowany dostęp do glukozy i korzystają nawet z transporterów niezależnych od insuliny. Jednak sama dostępność glukozy to nie wszystko, liczy się tempo odtwarzania ATP.

Kreatyna zwiększa dostępność fosfokreatyny, a tym samym przyspiesza regenerację ATP w komórkach nerwowych. Efektem jest mniejsze zmęczenie mentalne, lepsza koncentracja i sprawniejsze funkcje poznawcze.

W badaniach, szczególnie u osób starszych, obserwuje się poprawę pamięci, lepsze funkcje poznawcze oraz mniejszą utratę masy beztłuszczowej, nawet bez treningu.

To nie jest cudowny środek. To wsparcie fizjologii tam, gdzie zaczyna brakować energii. Dlatego jeśli masa ciała rośnie, warto zadać sobie jedno pytanie. Czy to nadmiar kalorii, czy efekt zwiększonego uwodnienia mięśni?

Tłuszcz rośnie od nadwyżki energetycznej. Kreatyna tej nadwyżki nie tworzy.
I pamiętaj, że bez informacji zwrotnej możesz zupełnie niechcący być za rok 3650 km od domu, choć perfekcyjnie zastosujesz zalecenie pt. „jeśli chcesz wrócić do właściwej wagi, rób każdego dnia marsz o długości 10 km”. Wiedza nie składa się z urwanych truizmów, tylko z podszewki stojącej za ramowym planem działania.



Lidia Lasik, dietetyk, biolog, praktyka kliniczna i praca 1:1

GLP-1, GIP i SCFA - trio, które nagle stało się celebrytą medycyny metabolicznej.Jeszcze kilka lat temu te skróty brzmia...
12/04/2026

GLP-1, GIP i SCFA - trio, które nagle stało się celebrytą medycyny metabolicznej.

Jeszcze kilka lat temu te skróty brzmiały jak szyfr z podręcznika biochemii, który zna tylko garstka wtajemniczonych. Dziś? Są na ustach wszystkich. Od gabinetów lekarskich, przez rozmowy przy kawie, po pytania, które padają w aptekach egipskich podczas zakupów dyktowanych zwykłym katarem. W celu reklamy, o randze prostych suplementów: „wzięła pani Gripex, plastry na pęcherze, środek do dezynfekcji, a może Mounjaro?”. Tak, są kraje, gdzie nie potrzeba na te leki nawet recepty.

Środki farmaceutyczne, które zyskały popularność, stoją za jedną z najbardziej spektakularnych zmian w leczeniu otyłości ostatnich dekad. Ale zatrzymajmy się na chwilę. Czy trend pokroju: ‘FACK THE DIET’ z neonowego obrazu w tle mojego zdjęcia jest słuszny? Bo chudniesz z lekiem bez schematu dietetycznego. Czy aby na pewno???

Czy wiesz w ogóle, co to jest GLP-1, GIP i SCFA? Jak działają? I skąd wziął się lek, który „nagle” zaczął działać na masę ciała?
Bo to wcale nie jest historia o cudownym odkryciu. To historia podsłuchiwania biologii. Organizm człowieka od zawsze miał swoje własne systemy kontroli energii. Jelito nie jest tylko rurą transportową. To jeden z najbardziej wyrafinowanych narządów „decyzyjnych” w naszym ciele.

Kiedy jesz, GIP jako pierwszy wysyła sygnał: „energia nadchodzi, przygotuj się”. GLP-1 wchodzi chwilę później i mówi: „zwolnij, uporządkuj, nie przesadzaj”. A gdzieś głębiej, w jelicie grubym, mikrobiota produkuje SCFA, które szepczą: „to, co jesz na co dzień, ma znaczenie: regulujemy system od środka”. To nie są dodatki. To jest system operacyjny metabolizmu.

Farmakologia nie stworzyła niczego od zera. Ona tylko postawiła problem badawczy: „a co, jeśli wzmocnimy sygnał, który już istnieje?” Tak powstały leki oparte na GLP-1, a później także GLP-1 i GIP. Nie jako magia, lecz jako amplifikacja fizjologii. Problem w tym, że popularność wyprzedziła zrozumienie.

Dziś wiele osób wie jedno: „działa na odchudzanie”. I to prawda. Ale to tylko wierzchołek góry lodowej. Bo te leki zmieniają sygnały sytości, wpływają na układ nerwowy, modyfikują odpowiedź metaboliczną i „przestawiają” organizm z trybu napływu energii na tryb kontroli. To nie jest spalacz tłuszczu. To jest zmiana sterowania systemem.

I tu dochodzimy do sedna. Możesz mieć lek GLP-1. Możesz mieć farmakologię, która „ustawia” apetyt. Ale jeśli Twoja dieta nie generuje SCFA, jeśli jelito nie dostaje sygnałów z błonnika, jeśli ciało nie jest częścią tej układanki, to próbujesz sterować systemem, ignorując jego fundament.
GLP-1, GIP i SCFA to nie moda. To trzy warstwy tej samej historii: jak organizm zarządza energią.

W tym wsparciu nie chodzi o to, żeby „schudnąć szybciej”. Nie chodzi o to, by tylko zrozumieć, kto naprawdę podejmuje decyzje w naszym ciele. Ważne jest, jaka środowiskowa kaskada zdarzeń, zachowań i wyborów żywieniowych buduje kluczową siłę nacisku na spust mechanizmu, który w sposób molekularny „krzyknie” bez słów, ale z wyraźną treścią: „nie żryj, kochanie”. Jednak kontekst jest kluczowy w efektywności każdego celu, jaki sobie wyznaczamy, bo on uświęca środki, ale bez prawidłowego zastosowania tylko na chwilę.
Więc przychodząc do apteki z pytaniem: „Macie jakiś naprawdę skuteczny środek na odchudzanie?”, możemy uzyskać odpowiedź na poziomie strzelania sobie w kolano, żeby przestał boleć palec. Pani lub Pan za ladą może odpowiedzieć:

„Tak. Plastry.”

„A gdzie się je przykleja?”

„Na usta.”

Efekt będzie, ale czy chciałbyś zapłacić aż tyle? Chodzi o koszty, jakie kreuje dany środek. W przypadku GLP-1 i GIP może to być brzydki efekt jojo, a w przypadku plastra na usta milczenie przy każdej biesiadzie. A przecież nie po to siadamy do stołu, żeby blokować wartość społeczną komunikacji werbalnej. I wiadomo, że mówię to trochę ironicznie, choć temat jest popularny jak celebryta, który mam czasem wrażenie jest tak promowany, z taką częstotliwością i agresją medialną w podszewce, że śmieję się i mówię: zaraz ten sławny ktoś wyskoczy mi z lodówki.

Jeśli jesteś ciekawy i chcesz wiedzieć więcej, to na moich konsultacjach na pewno się dowiesz, bo nie omijam edukacji, zasłaniając się rozpiską dietetyczną. Świadomość fizjologiczna jest integralną częścią mojej działalności i dotyczy zarówno spotkań indywidualnych, jak i wykładów czy warsztatów, które prowadzę w obszarach dietetycznych.



Lidia Lasik, dietetyk kliniczny, biolog

Magnez w diecie, konieczność czy fanaberia? Podobno diabeł tkwi w szczegółach. Tylko gdzie one są, gdy rozpatrujemy tema...
09/04/2026

Magnez w diecie, konieczność czy fanaberia?

Podobno diabeł tkwi w szczegółach. Tylko gdzie one są, gdy rozpatrujemy temat tak popularnego suplementu jak magnez?

To mikroelement, który nie uczestniczy w metabolizmie w sposób dekoracyjny. On go umożliwia. Każda cząsteczka ATP, czyli waluta energetyczna, którą nasz organizm wydaje na życie, potrzebuje magnezu. Bez magnezu nie ma uwalniania energii. Jest jedynie chemiczna potencjalność, która nie potrafi się zaktualizować.

A jednak właśnie ten pierwiastek pozostaje niemal niewidzialny. Nie dlatego, że jest rzadki. Dlatego, że jego brak trudno dostrzec w standardowym badaniu krwi. Niedobór nie wywołuje jednego, wyraźnego objawu. Zamiast tego rozprasza się w systemie: w spadku tolerancji na wysiłek, w napięciu bez uchwytnej przyczyny, w śnie, który bardziej przypomina zawieszenie niż regenerację. To biologia w trybie „prawie działa”.

I tu zaczyna się pierwszy błąd poznawczy. Utożsamiamy brak katastrofy z obecnością równowagi. Tymczasem środowisko, w którym funkcjonujemy, działa konsekwentnie przeciwko magnezowi. Rafinacja żywności nie służy zdrowiu, tylko wydłuża trwałość produktu. To, co nazywamy jakością, często nie ma nic wspólnego z wartością biologiczną. Zostaje kaloria, znika kofaktor. Organizm dostaje paliwo, ale traci możliwość jego efektywnego wykorzystania.

Stres nie jest metaforą. To konkretny proces biologiczny: aktywacja osi HPA, wzrost kortyzolu, przyspieszenie filtracji nerkowej. Magnez zaczyna być tracony szybciej właśnie wtedy, gdy jest najbardziej potrzebny. Powstaje paradoks: im większe obciążenie organizmu, tym mniej zasobów do jego stabilizacji.

Insulina tylko pogłębia ten problem. W warunkach hiperinsulinemii rośnie wydalanie magnezu, a jego niedobór dodatkowo pogarsza działanie receptorów insulinowych. To nie przypadek, tylko mechanizm, który sam się napędza. Do tego dochodzi farmakologia codzienności. Diuretyki, inhibitory pompy protonowej, alkohol. Wiadomo, że nie u wszystkich tło jest takie samo, ale wszystkie te czynniki wpływają na gospodarkę magnezem. Nawet gleba, od której zaczyna się łańcuch troficzny, zawiera go dziś mniej niż kiedyś. Jedzenie wygląda tak samo, ale nie działa już tak samo.

Pewien problem pojawia się również w diagnostyce. Najczęściej badamy magnez w surowicy, czyli tam, gdzie organizm broni jego poziomu najdłużej. Tymczasem większość magnezu znajduje się wewnątrz komórek. Wynik „w normie” nie oznacza, że wszystko jest w porządku. Oznacza tylko, że organizm jeszcze sobie radzi.

Efekty niedoboru nie są spektakularne, ale są spójne. Gorsza aktywacja witaminy D, słabsza wrażliwość insulinowa, większa pobudliwość układu nerwowego, niższy próg skurczu mięśni, większa niestabilność pracy serca. Do tego przewlekły stan zapalny o niskim nasileniu, który działa powoli, ale konsekwentnie.

To nie jest historia o jednym pierwiastku. To jest historia o systemie, który zaczyna tracić swoją precyzję. Bo biologia nie działa w trybie zero-jedynkowym. Działa na poziomie jakości. A magnez jest jednym z tych elementów, które tę jakość stabilizują.

Pytanie więc nie brzmi tylko, czy warto badać magnez, ale gdzie i jak interpretować wynik. Badanie z surowicy daje ograniczoną informację. Znacznie ważniejsze jest spojrzenie szerzej, na objawy, styl życia, dietę i obciążenia organizmu. Podobnie jest z suplementacją. Nie każda forma działa tak samo, nie każda dawka ma sens i nie każdy organizm potrzebuje tego samego. Są formy, które realnie wspierają układ nerwowy, metabolizm i takie, które pozostają głównie marketingiem.

Dlatego różnica nie polega na tym, czy bierzesz magnez, tylko czy bierzesz wszystko pod uwagę.

Magnez to nie jest tylko tabletka. To element układanki, którą trzeba najpierw zobaczyć, a dopiero potem świadomie uzupełnić.

Jeśli chcesz wiedzieć, czy to u Ciebie realny problem, co ma sens badać i jak dobrać formę, która faktycznie działa, to jest już przestrzeń pracy indywidualnej. Nie wszystko da się powiedzieć ogólnie. Ale można to zrozumieć, jeśli patrzy się we właściwym kierunku.

Brak katastrofy to jeszcze nie jest zdrowie. A magnez nie sprawi, że zaczniesz przyciągać pożądaną płeć jak magnes. Ale jego brak bardzo skutecznie sprawi, że zaczynasz działać na nerwy. A komu? To się okaże szybciej, niż pokażą wyniki.

Lidia Lasik
dietetyk kliniczny/ metabolizm/ edukacja żywieniowa

Adres

Ulica Nowa 7
Nakło
89-100

Telefon

+48660288730

Strona Internetowa

Ostrzeżenia

Bądź na bieżąco i daj nam wysłać e-mail, gdy Poradnia Żywieniowa Akaja umieści wiadomości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu i możesz zrezygnować z subskrypcji w dowolnym momencie.

Udostępnij