15/07/2026
Dzisiaj zrobiliśmy coś dużego.
SERIO
Wyobraźcie sobie ugotowane j***o zamknięte w butelce po winie. Trzeba od środka zdjąć z niego twardą skorupkę, nie uszkadzając białka, mając do dyspozycji jedynie patyczek do szaszłyków i podgląd przez mały otwór. Mniej więcej tak wyglądała dzisiejsza operacja.
Przepukliny krążków międzykręgowych w odcinku piersiowym są rzadkie. Objawowe występują jeszcze rzadziej. A takie, które wyraźnie powiększają się w kolejnych badaniach i zaczynają realnie zagrażać rdzeniowi kręgowemu, to już prawdziwa rzadkość.
Właśnie wtedy pojawia się jeden z najtrudniejszych dylematów chirurga kręgosłupa: operować teraz, podejmując duże ryzyko, czy czekać na pierwsze poważne objawy neurologiczne, wiedząc, że wtedy może być już za późno na pełny powrót do sprawności?
Pan Zbyszek objechał pół Polski. Mimo wyraźnej progresji zmiany w kolejnych badaniach rezonansu nikt nie zdecydował się podjąć leczenia operacyjnego. Długo biliśmy się z myślami, ale ostatecznie wspólnie podjęliśmy decyzję, że podejmiemy to ryzyko. Zostaliśmy obdarzeni ogromnym zaufaniem.
I sprostaliśmy. W całkiem niezłym stylu.
Zwapniałe przepukliny na poziomie Th3/Th4 należą do zmian wyjątkowo trudnych technicznie. Według naszego przeglądu piśmiennictwa nie znaleźliśmy dotąd opisu leczenia takiej zwapniałej zmiany metodą pełnoendoskopową na tak wysokim poziomie kręgosłupa piersiowego.
To był zabieg z kategorii tych, które lubię określać jako przysparzające chirurgowi zaburzeń erekcji na dłuższy czas. Po kilku godzinach niezwykle precyzyjnego wiercenia udało się bezpiecznie odbarczyć rdzeń.
Nie bez powodu piszę: udało nam się. To nie jest zasługa jednej osoby.
Kiedy masz zespół pracujący jak szwajcarski zegarek, możesz podejmować się rzeczy naprawdę trudnych. Neurofizjolog reaguje na każdy, nawet najmniejszy spadek potencjałów. Instrumentariuszka podaje właściwe narzędzie, zanim zdążę o nie poprosić, doskonale rozumiejąc, co dzieje się w polu operacyjnym. Anestezjolog i pielęgniarka anestezjologiczna pilnują ciśnienia, bezpieczeństwa pacjenta i, co nie mniej ważne podczas wielu godzin napięcia, odpowiedniej atmosfery. A potem pałeczkę przejmują nasze pielęgniarki z oddziału, które dopieszczają pacjenta, pilnują każdego szczegółu, szybko wychwytują nawet drobne nieprawidłowości i robią wszystko, żeby bezpiecznie stanął na nogi i jak najszybciej wrócił do domu.
To jest wartość, której nie da się przecenić.
Dzisiaj naprawdę wiele mogło pójść nie tak. Poszło doskonale. Pan Zbyszek już chodzi, a jeśli wszystko nadal będzie przebiegało zgodnie z planem, jutro wróci do domu.
Nie była to pierwsza przepuklina piersiowa, którą zaopatrzyliśmy endoskopowo. Jakimś trafem przypadki, których nikt specjalnie nie chce, często trafiają właśnie do nas. Ta operacja była jednak inna. Trudniejsza. Bardziej ryzykowna. I zwyczajnie ważna.
Kiedy politycy i media próbują przedstawiać lekarzy jako złodziei i hochsztaplerów, takie dni przypominają, po co naprawdę wykonujemy ten zawód. Nieważne, co mówią. Trzeba robić swoje.
„Jakość zawsze się obroni”, jak mawiał jeden z moich mistrzów.
Dziewczyny, chłopaki, dziękuję. Działamy dalej.