09/05/2026
Nie każdy utożsamia się z moimi wpisami.
Pojawiają się też komentarze, których staram się nie oceniać najczęściej po prostu je usuwam, żeby nie nakręcać kolejnych niepotrzebnych emocji.
W skrajnych przypadkach blokuję, kiedy ktoś przekracza granice.
Ten komentarz zostawiłam.
Nie po to, żeby dziś publicznie odpowiadać Pani Ilonie i narażać ją na ocenę.
Zostawiłam go, bo uświadomił mi coś, czego wcześniej chyba nie chciałam dostrzec.
Zadałam sobie pytanie dlaczego tak wielu ludzi utożsamia się z tym, co mówię?
Przecież poza tym, że walczę o Kubę, tak naprawdę niewiele osób wie, kim jestem i przez co musiałam przejść, żeby dziś mieć siłę o tym mówić.
I właśnie dzięki temu, że Pani Ilona napisała mi, że „pierd*lę” i że „ma mi być lepiej”, postanowiłam pierwszy raz powiedzieć głośno swoją historię.
Dzisiaj pierwszy raz w życiu napiszę Wam, dlaczego wierzę, że każda kobieta, każdy człowiek, każdy rodzic czy opiekun osoby z niepełnosprawnością może być silny, że może dokonać rzeczy, które dziś wydają mu się niemożliwe, że może podnieść się po wszystkim, co go złamało, zawalczyć o siebie i swoje życie, i mimo ran dalej iść do przodu.
Silniejszy, niż kiedykolwiek myślał o sobie wcześniej.
Dlaczego dziś wspieram kobiety, rozumiem je, buduję i próbuję dawać dobre słowo właśnie wtedy, kiedy najbardziej go potrzebują.
Odpowiedź jest prosta.
Bo mimo że mam dopiero 31 lat, wiem, czym jest życie.
Wiem, jak bardzo potrafi człowieka złamać.
Wiem, czym jest strach, ból i przeszłość, której nie da się wymazać.
Wiem, czym jest życie bez kolorów w głodzie, chłodzie, biedzie i poczuciu kary za samo istnienie.
Wiem też, czym jest przemoc rówieśnicza.
Wiem, jak bardzo słowa potrafią zostać w człowieku na lata i jak trudno później odbudować poczucie własnej wartości.
Wiem również, czym jest hejt w internecie.
Przeżyłam go, doświadczyłam i przetrwałam.
Wiem, jak bardzo anonimowe słowa potrafią ranić człowieka, szczególnie wtedy, kiedy i tak walczy każdego dnia o przetrwanie.
Wiem to wszystko.
Mając 18 lat zostałam mamą.
Byłam sama, z małym dzieckiem, pracą na nocne zmiany oddaloną o dwie godziny drogi w jedną stronę i szkołą średnią kończoną w weekendy.
Mając 20 lat straciłam córkę w wysokiej ciąży. Wtedy zawalił mi się cały świat.
Przez 11 lat żyłam w związku, w którym doświadczałam każdej znanej przemocy. Odeszłam.
Wiem, co znaczy nie mieć za co wykarmić dzieci.
Wiem, co znaczy żyć bez prądu, bez ciepłej wody, bez poczucia bezpieczeństwa.
Wiem, czym jest samotność i wykluczenie.
Jeszcze zanim zostałam mamą, przeszłam cztery operacje kręgosłupa z powodu progresywnej skoliozy idiopatycznej.
Lekarze mówili mi, że nigdy nie urodzę dzieci, że moje ciało tego nie wytrzyma.
A dziś mam ich dwoje i przeżyłam dwa porody.
Wiem też, czym jest walka o życie własnego dziecka.
Jechałam karetką z Kubą, kiedy przestawał oddychać.
Patrzyłam, jak leży pod tlenem kilka dni i modliłam się, żeby przeżył.
Od drugiego miesiąca życia walczyłam też o zdrowie mojej córki urodziła się z wadą serca, anemią i silną żółtaczką.
Miała przetaczaną krew.
Wyszła z plamicy Schönleina-Henocha, leżąc w szpitalu jako małe dziecko przykuta do łóżka. Później przyszły problemy z układem moczowym, ciągłe zakażenia i pobyty w szpitalach.
Dziś jestem też pierwszą linią frontu, kiedy zdrowie mojej mamy odmawia posłuszeństwa. Opiekuję się nią najlepiej, jak potrafię.
Wiem, co to wszystko znaczy.
Po śmierci córki przeżyłam próbę samobójczą.
Przeżyłam to.
Nie wiem, czym jest studenckie życie, imprezy i beztroska młodość.
Bardzo wcześnie weszłam w buty zwane odpowiedzialnością i nigdy tego nie żałowałam.
Dziś, tak jak wielu rodziców, walczę po prostu o jak najlepsze życie dla swoich dzieci.
Walczę o pomoc dla mojego niepełnosprawnego syna, szukam możliwości, terapii i środków, które pozwolą mu żyć lepiej i godniej.
Ale w tym wszystkim w tej ciągłej walce, zbiórkach, szukaniu pomocy i codziennym zmęczeniu staram się przede wszystkim pozostać dobrym człowiekiem.
Staram się dawać od siebie chociaż dobre słowo.
Bo wiem, że czasami jedno dobre słowo może uratować komuś życie.
To właśnie to życie zbudowało mnie na człowieka, którym dziś jestem.
Nie odpuściłam.
Nigdy.
I wierzę, że moja historia może być inspiracją dla kogoś, kto dziś siedzi i myśli, że już nie da rady.
Że jest za słaby.
Że życie go pokonało.
Może ktoś przeczyta ten wpis i pomyśli:
„Skoro ona mogła wstać, to może ja też jeszcze dam radę”.
Może nawet Pani Ilona.
Bo prawda jest taka, że jesteśmy do siebie bardziej podobni, niż nam się wydaje.
Nikt nie jest lepszy.
Nikt nie jest gorszy.
Każdy niesie swój własny ciężar i przechodzi życie na swój sposób.
Zawsze mówiłam, że siłą kobiety jest druga kobieta.
Bo tylko kobieta naprawdę rozumie drugą kobietę.
I właśnie dlatego powinnyśmy siebie wspierać, budować i podnosić a nie odbierać sobie siłę słowami.
Pani Ilono, wierzę, że nawet w swojej tragedii znajdzie Pani jeszcze coś, co nie pozwoli się Pani poddać.
Wierzę, że przyjdzie spokój.
Że ból kiedyś stanie się lżejszy.
I że kiedyś napisze mi Pani, że życie jednak potrafi być trochę łatwiejsze.
Proszę o wyrozumiałość wobec tego wpisu.
Nigdy wcześniej nie odsłoniłam się tak bardzo. Wie o tym wszystkim bardzo niewiele osób.
Chciałabym tylko, żebyśmy nauczyli się nie oceniać siebie powierzchownie.
Bo za każdym zdjęciem, wpisem i uśmiechem stoi człowiek i historia, której często nawet sobie nie wyobrażamy.
A nawet najtrudniejsza historia nadal zasługuje na szacunek.
A na zdjęciu jestem ja z moją córka Oliwcia kiedy miałam lat 19.
K ❤️