26/06/2026
Jak ja lubię naukę i obalanie mitów - dziękuję!
A co Państwo na to, że zaprezentuję świeżutki fragment naszej nowej książki (właśnie się pisze wraz z Tomasz Dzieciątkowski - Trust me I'm a Virologist) o różnych wersjach mitów dotyczących profilaktyki przed kleszczami i boreliozą?
Zapraszam - tym razem bez źródeł, bo te będą w książce.
Pierwsza wersja: „Naturalne repelenty są bezpieczniejsze niż DEET”. To jest najczęstszy mit, oparty na podwójnym nieporozumieniu. Po pierwsze — DEET jest jedną z najlepiej przebadanych substancji na świecie i ma świetny profil bezpieczeństwa potwierdzony przez wszystkie liczące się agencje regulacyjne (EPA, ECHA, CDC, NIZP-PZH) [47]. Po drugie — „naturalne” nie znaczy „bezpieczne”. Olejki eteryczne potrafią silnie podrażniać skórę (zwłaszcza u dzieci), wywoływać reakcje alergiczne i być fototoksyczne (powodować przebarwienia w słońcu, szczególnie olejek bergamotowy). To, co jest naprawdę niebezpieczne, to nie DEET używany rozsądnie, tylko olejki kupowane „w aptece zielarskiej” bez kontroli stężenia i czystości, oraz preparaty bez pozwolenia na obrót, o czym ostrzega Główny Inspektorat Sanitarny [61].
Druga wersja: „Bursztynowe opaski, ultradźwięki i bransoletki działają”. Nie działają. Żaden z tych produktów nie ma dowodów skuteczności w niezależnych badaniach. NIZP-PZH-PIB w swoich opracowaniach wprost stwierdza, że niektóre z tych form ochrony „nie gwarantują wystarczającej ochrony przed kleszczami” [47]. Bursztyn nie wydziela żadnych substancji odstraszających kleszcze. Ultradźwięki w częstotliwościach emitowanych przez bransoletki nie wpływają na zachowanie kleszczy (kleszcze w ogóle nie mają narządów słuchu w sensie, w jakim ma je owad). Bransoletki z olejkami uwalniają substancję w bardzo lokalnym promieniu wokół przegubu, nie chronią reszty ciała. To nie są produkty szkodliwe (poza wyzwoleniem złudnego poczucia bezpieczeństwa), to po prostu nieskuteczne produkty, sprzedawane jako ochrona równoważna repelentom.
Trzecia wersja: „Witamina B (lub czosnek, lub witamina D w mega-dawkach) odstrasza kleszcze od środka". To jest szczególnie popularne w internecie. Nie istnieje żadne wiarygodne badanie pokazujące, że jakiekolwiek doustnie przyjmowane suplementy wpływają na atrakcyjność człowieka dla kleszczy. Kleszcze szukają żywiciela głównie po cieple, dwutlenku węgla i kwasie mlekowym z potu — żaden z tych sygnałów nie zmienia się pod wpływem witamin ani czosnku. Witamina B i czosnek są w tej kwestii po prostu nieskuteczne — nie pomagają, ale też nie szkodzą [47].
Inaczej jest jednak z „megadawkami” witaminy D, i tu mit przestaje być niegroźny. Polskie wytyczne dawkowania witaminy D z 2023 roku jednoznacznie określają stężenie 25(OH)D powyżej 100 ng/ml jako stwarzające ryzyko zatrucia, a przewlekłe przyjmowanie dawek 10 000 IU/dobę i wyższych — jako prowadzące do hiperwitaminozy D [62]. Toksyczność witaminy D nie jest abstrakcją: opisane przypadki obejmują hiperkalcemię z wymiotami, wielomoczem, odwodnieniem i sennością, ostre uszkodzenie nerek, kalcyfikacje tkanek miękkich, a u dzieci również zahamowanie wzrostu i zmiany kostne [62]. Przyjmowanie megadawek witaminy D „przeciw kleszczom" nie chroni przed boreliozą ani o jeden procent, ale realnie naraża pacjenta na zatrucie, którego objawy bywają mylone z innymi chorobami. To niebezpieczny mit, bo ma realne ofiary w gabinetach endokrynologów i nefrologów.
Czwarta wersja: „Profilaktyczna doksycyklina przed każdym wyjazdem do lasu”. To jest nadużycie chemoprofilaktyki, opisanej w podrozdziale 16.2, i stoi w sprzeczności ze wszystkimi liczącymi się światowymi wytycznymi. Jednorazowa dawka 200 mg doksycykliny ma rację bytu wyłącznie po udokumentowanym ukłuciu kleszcza spełniającym ścisłe kryteria (potwierdzony gatunek, ≥36 godzin od wkłucia, ≤72 godziny od usunięcia, obszar wysoko endemiczny), a polskie wytyczne PTEiLChZ są jeszcze bardziej restrykcyjne; dopuszczają ją tylko w przypadku mnogiego pokłucia dorosłej osoby spoza terenu endemicznego [14]. „Profilaktyczne” branie doksycykliny „na wszelki wypadek” przed każdym wyjazdem do lasu to nie profilaktyka, to nadużycie antybiotykoterapii, prowadzące do zaburzeń mikrobioty jelitowej, alergii, fototoksyczności i selekcji opornych szczepów bakterii. Żadne towarzystwo naukowe na świecie tego nie zaleca [14,35].
Piąta wersja, coraz częściej spotykana: „Nie ma szczepionki, bo lobby antybiotykowe nie pozwala”. Historia LYMErix pokazuje, że jest dokładnie odwrotnie. Pierwsza szczepionka była skuteczna, miała rekomendację FDA i zniknęła z rynku pod naciskiem aktywistów „chronic Lyme”, kampanii medialnych i pozwów zbiorowych, opartych na teoretycznej, niepotwierdzonej hipotezie immunologicznej [55,56]. Powstrzymanie szczepionki kosztowało Stany Zjednoczone 20 lat zwiększonej zapadalności na chorobę, której można było zapobiec. Drugie podejście, VLA15, pokazuje 73-procentową skuteczność i prawdopodobnie trafi do użytku w ciągu kilku najbliższych lat. „Lobby antybiotykowe” nie ma z tym nic wspólnego. Przeciwnikami szczepionki są ci sami, którzy promują „przewlekłą boreliozę” i przedłużone kuracje, a ekonomicznie więcej tracą na każdej skutecznej szczepionce niż na każdej dwutygodniowej kuracji doksycykliną.