01/03/2026
Odwołane loty. Jedno powiadomienie na tablicy odlotów i świat nagle traci grunt pod nogami.
Siedzimy na lotnisku w Bangkoku. Wojna gdzieś daleko, ale jej konsekwencje bardzo blisko – w naszych telefonach, w systemach rezerwacyjnych, w komunikatach linii lotniczych. Loty anulowane. Przesiadki niepewne. Brak jasnych informacji od naszego przewoźnika Qatar Airways - zupełnie się nie sprawdzili. Niczego nam nie zapewnili, oprócz doprowadzenia po odbiór bagażu. Nawet członkowie ze złotą kartą, nic więcej niż my, nie otrzymali. Trzeba było sobie radzić samemu. Lekarz z Hiszpanii, który miał z nami lecieć, szybko zabukował lot przez Dubaj, a za chwilę dowiedział się od nas, że te loty też już są odwołane z powodu bombardowań.
Nam udało się kupić bilety lotnicze chyba za około ósmym razem. Kiedy wydawało się, że wystarczy tylko pyknąć ZAPŁAĆ, okazywało się - lot niedostępny… terminy kolejnych lotów oddalały się, a ceny wzrastały. Szukaliśmy lotów już na dwa telefony!
I wtedy zaczyna się prawdziwy stres.
Nie tylko logistyczny. Egzystencjalny.
Bo oprócz pytania „jak wrócimy do domu?” pojawia się drugie, bardziej przyziemne i brutalne: „za co?”.
Za kolejny nocleg.
Za przedłużony pobyt.
Za nowy bilet, którego cena w kryzysie potrafi wzrosnąć kilkukrotnie.
Widziałam dziś młodych ludzi w histerii.
Ataki paniki. Płacz. Drżące ręce przy próbie płatności kartą, która odmawia autoryzacji.
Telefony do rodziców. Cisza po drugiej stronie.
Bezradność.
Podróż w mediach społecznościowych wygląda jak wolność. W rzeczywistości w takich momentach jest testem odporności psychicznej, sięgania do swoich zasobów i zaradności.
Najbardziej poruszyła mnie młoda dziewczyna, sama w podróży. Stała z boku, z plecakiem większym od niej. Oczy pełne łez, kompletny paraliż decyzyjny. Nie wiedziała, co robić, gdzie iść, z kim rozmawiać. Bała się.
W kryzysie człowiek wraca do podstawowych potrzeb: bezpieczeństwa i czyjejś obecności.
Usiadłyśmy razem.
Najpierw oddech. Powolny, świadomy.
Potem plan – krok po kroku.
Sprawdzenie alternatywnych połączeń. Kontakt z linią. Telefon do bliskich. Analiza opcji.
Kiedy lęk dostaje strukturę, przestaje być chaosem.
W takich chwilach widać wyraźnie, jak cienka jest granica między „radzę sobie” a „rozpadam się”. I jak ogromne znaczenie ma zwykła ludzka obecność.
Wojna to nie tylko nagłówki.
To też ludzie na lotniskach, w zawieszeniu.
To stres finansowy, który potrafi ścisnąć gardło mocniej niż komunikat o anulowaniu lotu.
To młodzi podróżni, którzy po raz pierwszy konfrontują się z realną nieprzewidywalnością świata.
A jednocześnie to przypomnienie, że w kryzysie najważniejsze są trzy rzeczy:
informacja, plan i drugi człowiek.
Czasem nie mamy wpływu na geopolitykę.
Ale mamy wpływ na to, czy ktoś obok nas będzie w tym sam.
I to robi różnicę.
Załączam zdjęcie śpiącego Marka - podłoga to też dobre miejsce, aby przymknąć oczy i się zregenerować, aby móc dalej działać.
Dziękujemy za zapytania i telefony czy dotarliśmy do Polski ♥️ Jeszcze nie. Pobyt w Bangkoku przedłużony…