Renia walczy z rakiem

Renia walczy z rakiem Dane kontaktowe, mapa i wskazówki, formularz kontaktowy, godziny otwarcia, usługi, oceny, zdjęcia, filmy i ogłoszenia od Renia walczy z rakiem, Zdrowie i medycyna, Przemysl.

Czy mogę poprosić o twoją nogę?- Renata, daj mi nogę – profesor wyciąga rękę, łapie za stopę Trutki i… i napotyka na opó...
31/05/2026

Czy mogę poprosić o twoją nogę?

- Renata, daj mi nogę – profesor wyciąga rękę, łapie za stopę Trutki i… i napotyka na opór, który szybko przeradza się w zamaszyste uderzenie łydką o kozetkę.

Chwila konsternacji, lekarz odsuwa się z podniesionymi do góry rękami, Truj lekko unosi kończynę.

- Renata, czy mogę poprosić o twoją nogę? – pyta grzecznie ortopeda i ponownie delikatnie bierze w dłonie prawe odnóże Najzaciętszej z Córek. – A teraz gdybyś mogła zgiąć kolano i przyciągnąć je do siebie – kontynuuje badanie.

- W zasadzie prawidłowa reakcja – profesor odwraca się do mnie i komentuje wcześniejszy akt dywersji Trutki na próbę łapania jej za nogi. Potem następuje jeszcze kilka machnięć, trochę pracy rękami, jakieś skłony, zgięcia, zdjęcia kręgosłupa – ogólnie pełna gimnastyka w gabinecie ortopedycznym.

Wizyta u profesora Latalskiego miała pokazać, czy skolioza progresuje, czy też gorset trzyma ją w ryzach. Na szczęście skrzywienie nie powiększyło się, nawet jest ciut mniejsze, lepiej też wygląda oś pionowa ciała.

Najcierpliwsza z Córek kończy spotkanie z uśmiechem na ustach, zwłaszcza po otrzymaniu obietnicy, że po 17. urodzinach pożegna się z gorsetem. Grunt, że widmo operacji pozostaje w sferze widm i nie usiłuje się materializować.

Przed nami jeszcze konsultacja endokrynologiczna, wizyta w poradni onkologicznej i możemy myśleć o wakacjach.
I oby nic „ciekawego” nie wyskoczyło po drodze. Bardzo wszyscy byśmy chcieli w tym roku zaznać medycznej nudy.

Czego też wszystkim życzymy.

Pertraktacje- Jeszcze zajęcia dziś i jutro – odlicza Truj, zerkając na krzyżyki zaznaczone na grafiku.Rozkład zna już na...
14/05/2026

Pertraktacje

- Jeszcze zajęcia dziś i jutro – odlicza Truj, zerkając na krzyżyki zaznaczone na grafiku.

Rozkład zna już na pamięć. I dobrze, bo ja zaczynam schodzić z utartych ścieżek i zamiast na stymulację chodu - pędzę na kinezę, zamiast na przestrzenną - skręcam na powięźniówkę, zamiast na terapię neurologopedyczną - prowadzę Renatę na dodatkową kinezę na kręgosłup.

– Mamo, nauczyłabyś się!
- Po zajęciach sprawdzimy twój angielski – odgryzam się i przeliczam, ile zestawów czystych kart pracy mam jeszcze ze sobą.
- To powinno być zabronione! – fuczy Trutka i przyspiesza kroku.

Powoli dobiega koniec turnusu w Ośrodku Rehabilitacji Smile 💞. Nie, nie udało nam się zamęczyć Najlepszej z Córek, choć faktycznie te dwa tygodnie były dociśnięte na maksa. Znalazł się jednak też czas na drobne przyjemności: włóczenie się po parku w Rogalinie, wydeptywanie ścieżek w kórnickim arboretum oraz na poznańskim Rynku, wizytę Krewnych i Znajomych Zająca, smakowanie kawiarnianych pyszności. Skoro jest kijek, musi też być przestrzeń dla marchewki.

Cierpliwie uzupełniamy szkolne zaległości i planujemy logistykę upychania rzeczy w walizkach. Przed nami jeszcze półtora miesiąca szkoły, a potem czas na odpoczynek i kolejny turnus.
- Jak to w wakacje?! – oburza się Najsprawiedliwsza z Córek. – Wakacje są do odpoczynku!
- Od szkoły – dopowiadam. - Ćwiczyć by się przydało.
- Może tak, ty sobie biegaj, ćwicz, ale ja w wakacje nigdzie nie jadę!

Widzę, że prócz wakacyjnego odpoczynku czeka mnie jeszcze meandrowanie po zawiłych ścieżkach dyplomacji i negocjacji.

Eh, trudne są pertraktacje z dojrzewającą nastolatką.

Fundacja Dzieciom "Zdążyć z pomocą"
KRS 0000037904
cel szczegółowy 33202 Zając Renata
https://www.siepomaga.pl/renia

Nauka jest niesamowita- Patrz, te dęby nazywają się L**h, Czech i Rus - Trutka wskazuje mi tablice umieszczone przy ogro...
10/05/2026

Nauka jest niesamowita

- Patrz, te dęby nazywają się L**h, Czech i Rus - Trutka wskazuje mi tablice umieszczone przy ogrodzonych olbrzymach. - Ale nie przypominają ludzi. Na Rusie widzę kota. Tu ma ogon, tu łapę, tu głowę. Widzisz?
- Nie... - przyznaję zgodnie z prawdą, choć naprawdę się staram znaleźć ogon.
- No tu, patrz: ogon, łapa, głowa - Najspostrzegawcza z Córek kreśli palcem wzory w powietrzu, jednak okazuję się mało pojętną towarzyszką.
- Ja widzę potwora. Ta dziura to paszcza, która chce cię pożreć, mniejsza to prawe oko, ciemna plama - lewe a konary skręcają się w rogi.
- Tak, ale to wtedy, gdy przesuniesz się w prawo. Po lewej jest kot - Renata próbuje mnie nadal przekonać, choć bez skutku. - Nieważne. Te dęby coraz bardziej niszczeją. Czech jest już chyba uschnięty.

Legendarne postacie naszej państwowości zamknięte w drzewach oraz wszystkie immaginacje kotów i potworów zostawiamy za plecami i schodzimy do łęgów. Po drodze mijamy Edwardów. Jeden jest dębem, drugi stulatkiem na wózku. Razem z towarzyszącymi mu (Edwardowi II) członkami rodziny próbujemy objąć Edwarda I. Potrzeba sześciu osób.

- Ciekawe, ile osób będzie trzeba za dwadzieścia lat, gdy tu przyjedziemy? - rozmyśla Truj.
- Nie wiem, ale za dwadzieścia lat mogę nie być w stanie dojechać do Rogalina - komentuję, mając z tyłu głowy widok mapy z zaznaczoną odległością 650 km i mój PESEL.

Pan Edward (II) się śmieje, dąb Edward (I) poważnie milczy. Idziemy łęgami w stronę pałacu, wspominamy nasz pobyt w tym miejscu sprzed dwóch (lub więcej) lat, kiedy trudno było wdrapać się na górę i iść po schodach. Truj zadaje się być młodsza, bo przebiera żwawo nogami jak wszędobylskie dzieci. Rehabilitacja - nawet jeśli żmudna i czasem mozolna - daje konkretne efekty. Wychodząc za bramy kompleksu, dostrzegamy kolejną tablicę:

- Drugi Rus! Można nazwać tak samo dwa drzewa?
- W zasadzie nie dwa. To klon Rusa. Dokładnie taki sam, tylko osiemset lat młodszy.
- Czyli dziecko-niedziecko? Jak to wytłumaczyć?
-Ten sam, ale odmłodzony. - Podchodzimy do tablicy, na której szczegółowo pokazano i opisano rozmnażanie in vitro w celu zachowania naszych zasobów narodowych. Czytam Renacie tekst i wskazuję zdjęcia.
Młoda przygląda się mini-Rusowi i rzuca:

-Nauka jest niesamowita.

Fakt, jest niesamowita. Potrafi zdziałać cuda, powrócić do zdrowia, zachować życie.

Apparatus miraculumMinęło kilka dni od śmierci Łukasza Litewki - dla mnie przede wszystkim zaangażowanego działacza, nie...
07/05/2026

Apparatus miraculum

Minęło kilka dni od śmierci Łukasza Litewki - dla mnie przede wszystkim zaangażowanego działacza, nie posła, w tym samym niemal czasie zakończyła się zbiórka - człowieka, który wprawił w ruch machinę cudów. Temat niesamowitości tej akcji powoli schodzi z ust, jeszcze przez jakiś czas zostaną porównania, wątpliwości, może jakieś niesnaski, bo przecież nie wszystko i nie wszystkim się podoba. Krytyka - taki nasz sport narodowy.

Patrzę, jak Renata dzielnie ćwiczy na turnusie rehabilitacyjnym - kolejnym w tym roku, na który możemy sobie pozwolić między innymi dzięki życzliwości i wsparciu ludzi. Często ich nie znamy, ale w naszym odczuciu funkcjonują jako bliscy ze względu na empatię, potrzebę niesienia pomocy, dobroć, życzliwość.

Jakiś czas temu odezwał się Przemysław Wilczyński, żeby porozmawiać na temat zbiórki dla cancer FIGHTERS. Pytał o akcję, jej potrzebę, znaczenie, o Renatę, której problemy nie są mu obce od kilku dobrych lat. W tym tygodniu w Tygodnik Powszechny ukazał się artykuł autorstwa Przemka o Łatwogangu, darczyńcach pokoleń Z i Alfa, psychologii pomagania (oczywiście, polecamy lekturę). Każdy zapewne będzie miał swoje spostrzeżenia, przemyślenia. Ja mam jedno: nie ważne kto i w jaki sposób czy w jakich warunkach pomaga, piękne jest to, że potrafimy to robić bez względu na wiek i upodobania. I na tym dobrze by było się zatrzymać. Na pomocy, bez komentowania, krytykowania, porównywania. Po co psuć coś pięknego...

„W streamie Łatwoganga zetki i alfy pokazały nam kawał swojego świata. W świecie boomersów, iksów i igreków szok i niedowierzanie: oto bliżej nieznani ponad połowie społeczeństwa influencerzy przebili w dwa tygodnie tkany latami dobroczynny sukces Jerzego Owsiaka. Co tu się stało? dziwienie. To ono musiało dominować i – niczym zmieniające się jak szalone cyferki licznika pieniędzy – narastać z każdym dniem zbiórki influencera Łatwoganga na chore onkologicznie dzieci. Wraz z pytaniem życzliwie zdumionej „Polski 40 plus”: jak to w ogóle możliwe?
Jakim to socjologicznym prawem dwaj młodzi ludzie – r***r i influencer – o których istnieniu nie mieliśmy pojęcia, porwali do ponadpokoleniowego działania Polaków, zbierając ćwierć miliarda złotych? Jak to się stało, że zrobili to bez konsultacji z „uznanymi autorytetami”? W małym pokoiku z kamerką, który w niczym nie przypomina naszych stacji telewizyjnych? Bez przygotowań? Akcji promocyjnych? Armii wolontariuszy? Udziału powszechnie rozpoznawalnej organizacji dobroczynnej?”



Tekst w pierwszym komentarzu. Fot. Filip Naumienko / Reporter

Padalec zwyczajny- Nie ograniczaj mnie! - protestuję, po którymś z rzędu zablokowaniu fajnej inicjatywy.- Nie ograniczam...
07/05/2026

Padalec zwyczajny

- Nie ograniczaj mnie! - protestuję, po którymś z rzędu zablokowaniu fajnej inicjatywy.
- Nie ograniczam, tylko powstrzymuję, bo ty - jak Szczęsny od Konrada z „Małego Licha” - emocjonujesz się, nakręcasz, gubisz i odgubiasz, panoszysz się i przeginasz. I podoba ci się chaos, a dla większości ludzi chaos jest utrapieniem - argumentuje swoje stanowisko Trutka, ciągiem słów wcale nie gorszym niż „Ałtorka” historii małego Licha - Kisielowa.

Kilka dni temu przyjechaliśmy na rehabilitację. Wydaje się, że razem z nami przyjechały w to miejsce wszystkie chrabąszcze majowe, żaby, płazy i zaskrońce, bo wychodząc nad pobliskie jezioro człowiek musi mieć oczy dookoła głowy i nóg. Jako że Trutka nie jest pozytywnie nastawiona do latająco-bzykajacych, spacery popołudniowe są niezwykle szybkie i dynamiczne. Angażują ręce i zmysły wzroku oraz słuchu - mamy taki maraton sensoryczny. Pomimo totalnie pacyfistycznego charakteru latających bombowców, nie przypadły jej do gustu. Nawet moje próby naturalizacji i porównania do cyklu życiowego ulubionych cykad nie przyniosły efektu. Zupełnie.

- Cykada to cykada, chrabąszcz wygląda jak zmutowany szerszenio-trzmielo-komar. Nie będzie miziania! Nie chcę! -przy tych słowach Najzwinniejsza z Córek odskoczyła zwinnie ze ścieżki w chaszcze, bo na dróżce wylegiwał się padalec. - Fuj! Wąż! – zabrzmiało z krzaka, na co odpowiedziałem, że nie wąż a padalec oraz że wlazła w potencjalne siedlisko kleszczy. To zaskutkowało ponownym szybkim skokiem na ścieżkę, w kierunku zdezorientowanego padalca.
- Weź mnie stąd! I idziemy uczyć się angielskiego!

Biologia w naturze przegrała ze słówkami i wyrażeniami. Świat się kończy!

Rehabilitacja zastała nas w pakiecie z przywiezionym hormonem wzrostu. Endokrynolog jest przekonana, że kontynuacja dawki pomoże w odbudowie organizmu. Po leczeniu medulloblastomy, napromieniowaniu przysadki i problemach z napięciem mięśniowym często pojawia się niedobór hormonu wzrostu. Terapia rhGH ma na celu poprawę wzrostu, składu ciała i jego wydolności, a także wsparcie jakości życia i funkcjonowania codziennego. Leczenie zwykle trwa do zakończenia wzrostu, ale też po jego zakończeniu rozszerza się na wiele lat jako wsparcie dla organizmu i prowadzone jest pod ścisłym nadzorem endokrynologa oraz onkologa. Hormon wspiera leczenie i rehabilitację, poprawiając energię i samopoczucie. (I nie mi wolno dotykać!)

Emocje są mieszane: radość z centymetrów, ale i tęsknota za normalnością bez igieł. Energii niewątpliwie przybywa, czego byłem naocznym świadkiem. Padalczy „skok w bok” był imponujący. Godny zająca, rzekłbym.

W komentarzu poniżej link i broszura "Powikłania endokrynologiczne po leczeniu przeciwnowotworowym" - przygotowana pod kierunkiem prof. Anny Wędrychowycz z Uniwersytecki Szpital Dziecięcy w Krakowie.

Fundacja Dzieciom "Zdążyć z pomocą"
KRS 0000037904
cel szczegółowy 33202 Zając Renata
https://www.siepomaga.pl/renia

Stowarzyszenie Koliber Guzy mózgu u dzieci Ośrodek Rehabilitacji SMILE

Niewidzialne rodzeństwo – cisza po latach- Tata, a potem co będzie? No, co będzie jak już zda, bo na razie to zachowuje ...
05/05/2026

Niewidzialne rodzeństwo – cisza po latach

- Tata, a potem co będzie? No, co będzie jak już zda, bo na razie to zachowuje się jak przedszkolak. Warczy, fuczy, gryzie, przychodzi po aferze jakby nigdy nic, normalnie karuzela z emocji.
Śmieję się w ramię, bo Trutka obrazowo przedstawiła stan emocjonalny naszego tegorocznego maturzysty. Bez ciastka w jednej ręce i czegoś słonego w drugiej lepiej się nie zbliżać.
- Wiesz, to taki egzamin-przepustka, w świat, na studia, w dorosłe życie…, więc ma prawo być zestresowany.
- A ile jeszcze takich egzaminów będzie miał? – rzuca w eter Renata, a ja zastanawiam się, co chciała przez to powiedzieć, bo mam wrażenie, że najważniejszy egzamin życia młody już dawno zdał. Egzamin z życia prawdziwego, nie ten wymyślony i utrzymywany respiratorem CKU, tylko ten z bycia Człowiekiem. Tego nie uczą w szkołach. Albo uczą, ale nie na doświadczeniu. Ten egzamin zdaje się w sytuacjach skrajnych, kryzysowych, kiedy musisz się dostosować do pisanej przez los historii twojego świata.

Dzieci cienia, niewidzialne rodzeństwo, opisują słowa, które kiedyś przeczytałem na stronie Fundacja Gajusz: „Ala świetnie rysuje, a poza tym bezbłędnie obsługuje koncentrator tlenu, który pomaga oddychać jej starszemu bratu. Janek ma 12 lat, w styczniu wybrał trumnę dla swojej 3-letniej siostry. To dzieci cienia, bo cień na ich codzienność rzuca choroba siostry lub brata”. Bo rodzeństwo dziecka chorego na nowotwór często staje się „niewidzialne” – takie dzielne, samodzielne, bezproblemowe. W cieniu intensywnego leczenia siostry czy brata pakują walizki, gotują zapasy na dobę, uczą się biologii na poziomie medycznym i udają, że wszystko gra.

„Ciągle tutaj jestem” - szepcze w tle, ale nikt nie pyta, co czuje.
To rodzeństwo cierpi w ciszy. Przerażone lękiem swoim i rodziców o brata czy siostrę, osamotnione bez podwórka, szkoły, przyjaciół. Beztroska kończy się z pierwszą walizką pod łóżkiem. Rodzice pochłonięci terapią nie widzą, jak rodzeństwo buduje mur: „Jestem dzielny, nie przeszkadzam”. Albo widzą, ale i tak nie mogą za dużo z tym zrobić. Izolacja w razie kataru, oczy dookoła głowy, poczucie opuszczenia – to ich codzienność. Statystyki? W Polsce około 25 procent rodzeństwa dzieci leczonych onkologicznie rozwija PTSD, depresję czy lęki.

A po latach? To „dzielne” dziecko dorasta i pęka. Trauma wraca: nawroty wspomnień, problemy z relacjami, karierą, zaufaniem. Nagle samo dziecko cienia potrzebuje ciężkiego leczenia, terapii psychologicznej, czasem farmakologicznej. Rodzice, którzy kiedyś skupili się na chorym dziecku, muszą się zmierzyć z drugim kryzysem: „Dlaczego nie widzieliśmy?”, „Dlaczego nie udało nam się zażegnać tego kryzysu?”. „Ciągle tutaj jestem” nie kończy się z remisją, trwa przez pokolenia. Czas przestać ignorować ciszę dzielnych bohaterów.

Czas zacząć dostrzegać tych, którzy zdają matury, budują pierwsze nieśmiałe związki, mających w swoim życiu historie, których lepiej nie napisaliby King czy Masterton. Oni wiedzą, czym jest bliskość nieodwracalnego, paraliżujący strach, telefon, który przestał odpowiadać, książka telefoniczna, w której znajduje się pół medycznego światka … Matura jest ważna. Owszem. Ale nie najważniejsza.

A na zdjęciu rodzeństwo. Kocie.

Fundacja Dzieciom "Zdążyć z pomocą"
KRS 0000037904
cel szczegółowy 33202 Zając Renata
https://www.siepomaga.pl/renia

Ciągle tutaj jestem- Pamiętasz, Tomku, jak kilka lat temu rozmawialiśmy o chorobie Renaty – pyta przez Przemek, a ja, ow...
29/04/2026

Ciągle tutaj jestem

- Pamiętasz, Tomku, jak kilka lat temu rozmawialiśmy o chorobie Renaty – pyta przez Przemek, a ja, owszem, pamiętam, choć wolałbym nie mieć tych wspomnień.
- Jasne, że pamiętam, choćbym chciał, trudno jest o tym zapomnieć.

- Dziś chciałbym zapytać cię o akcję internetową i to, co wydarzyło się w ciągu ostatnich dni – Przemysław Wilczyński, jak to zawodowy dziennikarz, grzebie w mojej pamięci, łuska teraźniejszość, kompiluje, rozdziela, szuka sedna. A ja chętnie się z nim dzielę. Jedna rozmowa kilka lat temu, u tuż po operacji w Poliklinice Gemelli, a została świetna znajomość, pomocna dłoń, nie tylko głos, ale prawdziwy człowiek po drugiej stronie słuchawki, który nie tylko mówi, ale i słucha. Rozmawiamy więc, a po rozłączeniu się nasz dialog nadal trwa, tyle że w mojej głowie…

Słowa refrenu piosenki diss na raka „Ciągle tutaj jestem” w kontekście leczenia i wyleczenia, remisji choroby, czasem wznowy, w kontekście powikłań, niosą w sobie ciężar znacznie większy niż proste stwierdzenie obecności. To nie informacja, to deklaracja przetrwania.

W doświadczeniu choroby nowotworowej ja odnoszę się do jednostki chorobowej, którą znam, czyli do guza mózgu medulloblastoma i jego agresywnego leczenia. Tu „bycie” przestaje być takie oczywiste. Każdy etap terapii coś odbiera: sprawność, pamięć, energię, czas, poczucie bezpieczeństwa. Organizm zostaje wyniszczony, a powikłania - zarówno natychmiastowe, jak i odległe - stają się codziennością, z którą trzeba nauczyć się żyć.

Dlatego „Ciągle tutaj jestem” oznacza:
- to, że ciało - mimo bólu, zmęczenia, blizn i ograniczeń - nie poddało się,
- to, że umysł - nawet jeśli zmieniony, wolniejszy, przeciążony - wciąż próbuje składać świat na nowo,
- to, że życie - choć inne niż przed chorobą - nadal trwa.

W tym zdaniu brzmi echo utraconego dzieciństwa. Leczenie często dotyka dzieci, które - zamiast beztroski - poznają szpitalne sale, izolację i lęk. „Ciągle tutaj jestem” może więc znaczyć: zabrano mi część mojego początku, tego, co mnie konstruowało, ale nie zabrano mnie całkowicie.

To zdanie o tym, że młody człowiek zostaje sam, wyrwany ze środowiska szkoły, podwórka, grupy rówieśniczej i wrzucony w przestrzeń szpitala, krzyczy całym sobą: „Wciąż tutaj jestem!".
Ale to zdanie nie należy tylko do jednej osoby, dziecka w chorobie onkologicznej. Ono rozciąga się na całą rodzinę.
W domu pojawia się napięcie, którego nie widać na zewnątrz. Rodzice często nie mają wyboru jak skupić się na leczeniu dziecka - system i intensywność terapii pochłaniają wszystko inne. A obok przecież jest rodzeństwo, które uczy się być „dzielne”, „niewidzialne”, „bezproblemowe”. I ono też mogłoby powiedzieć: „Ciągle tutaj jestem” - choć nikt go o to nie zapytał.
Rodzina próbuje trwać razem, ale zmienia się jej struktura, rytm, relacje. To zdanie zaczyna znaczyć tyle co: widzę, co choroba zrobiła z nami wszystkimi — i mimo to próbujemy nadal być rodziną, choć już inną niż wcześniej. Każde z małżonków czy partnerów krzyczy do drugiego: „Wciąż tutaj jestem!”.

Równolegle rozpada się coś jeszcze - poczucie stabilności. Życie zawodowe rodziców często zostaje zawieszone albo zniszczone. Ktoś rezygnuje z pracy, ktoś inny pracuje ponad siły. Pojawia się ciągłe liczenie: pieniędzy, dni urlopu, opieki, możliwości, perspektyw. „Ciągle tutaj jestem” brzmi wtedy jak: musimy utrzymać się na powierzchni, choćby grunt usuwał się spod nóg.
Nie pomaga system ochrony zdrowia, który często nie jest elastyczny. Kiedy kończy się leczenie onkologiczne, zaczyna się długa droga życia z jego skutkami - rehabilitacją, kontrolami, dostosowaniami w szkole, wsparciem psychicznym. I nagle okazuje się, że trzeba o to wszystko walczyć osobno, w strukturach, które nie widzą całego człowieka. „Ciągle tutaj jestem” staje się więc także cichym sprzeciwem: przetrwałem leczenie, ale nadal muszę walczyć, żeby naprawdę żyć.

Jednym z najtrudniejszych momentów jest granica dorosłości. Gdy dziecko kończy 18 lat, zostaje przeniesione do systemu dla dorosłych - często mniej przygotowanego na takie historie. Rodzice tracą część wpływu, a młody człowiek zostaje sam z dokumentacją, konsekwencjami leczenia i pytaniem: co dalej? „Ciągle tutaj jestem” w tym momencie brzmi jak: spróbuję się odnaleźć, choć wszystko znowu się zmienia.

A nad tym wszystkim unosi się strach. Nie jednorazowy, ale stały. Przed nawrotem, przed pogorszeniem, przed przyszłością, która nigdy nie będzie w pełni przewidywalna. To życie w cieniu pytania „A co, jeśli…?”. Dlatego „Ciągle tutaj jestem” oznacza też: żyję obok lęku, nie zamiast niego.

Przyszłość bywa niepewna. Edukacja przerwana lub utrudniona, ograniczenia zdrowotne, pytania o samodzielność - wszystko to sprawia, że planowanie czegokolwiek wymaga odwagi. To zdanie niesie więc również zgodę na niewiadomą: nie wiem, co będzie — ale nadal jestem częścią tego „co będzie”.

I są jeszcze relacje. Przyjaciele, którzy nie zawsze zostają. Niektórzy nie potrafią unieść tej historii, inni znikają po cichu. To boli, bo choroba nie zabiera tylko zdrowia, ale też ludzi. Dlatego w „Ciągle tutaj jestem” gości czasem samotność: zostałem, choć nie wszyscy zostali ze mną.

A jednak - mimo bólu, zmęczenia, utraty, napięć w rodzinie, niewydolności systemu, strachu i niepewności — to zdanie nadal wybrzmiewa. „Ciągle tutaj jestem” nie oznacza, że wszystko jest dobrze. Oznacza, że mimo tego wszystkiego ktoś wciąż wybiera, by być. I czasem to jest największa możliwa forma siły.

Tak więc, Przemku, to: „Wciąż tutaj jestem” rozbrzmiewa wśród 18 ośrodków onkologii dziecięcej i wśród młodych dorosłych wyleczonych z choroby nowotworowej, próbujących wrócić do świata. Dla mnie jest krzykiem o zauważenie szerokiego problemu onkologii nie tylko podczas zbiórki - obojętnie czy Wielkiej Orkiestry, czy Łatwoganga, czy jakiejkolwiek innej Fundacji. To krzyk rozpaczy o systemowe zmiany nie tylko w leczeniu, ale w codzienności. Nowotwór to nie tylko choroba, to także konsekwencje leczenia, alienacji w środowisku, zapomnienie przez system…

Fundacja Dzieciom "Zdążyć z pomocą"
KRS 0000037904
cel szczegółowy 33202 Zając Renata

Bedoes 2115 Tygodnik Powszechny Stowarzyszenie Koliber Fondazione Policlinico Universitario Agostino Gemelli IRCCS Guzy mózgu u dzieci Ministerstwo Zdrowia Agnieszka Dziemianowicz-Bąk

Waga- Tato, mamie zepsuła się waga – oznajmia Trutka, a ja milknę.Milknę przepisowo, bo o wadze kobiet w tym domu się ni...
26/04/2026

Waga

- Tato, mamie zepsuła się waga – oznajmia Trutka, a ja milknę.
Milknę przepisowo, bo o wadze kobiet w tym domu się nie dyskutuje. Wcale. Nigdy. No chyba że ktoś chce zginąć śmiercią tragiczną.
- Tato, słyszysz, jak do ciebie mówię? Waga. Ta, której mama używa, gdy robi ciasto. – uzupełnia Najlepsza z Córek a mnie kamień spada z serca, bo widzę szanse na przeżycie.

„Plum” – gdzieś z oddali dobiega mnie dźwięk przychodzącej wiadomości. Sprawdzam telefon a tam ropucha. To znaczy nie ropucha zamiast telefonu i nie ropucha w lub na telefonie, ale zdjęcie ropuchy w trawie. Pod spodem wiadomość od Najukochańszej z Żon:
„Mamy nową lokatorkę. Szłam na zakupy, gdy zobaczyłam, że Fama niezdrowo interesuje się naszą juką. Podeszłam a tam ropucha. Wyniosłam ją nad oczko. Mam nadzieję, że właśnie tam szła.”
Nie minęła godzina i znowu słyszę „Plum”. Sprawdzam (każde z "Plum" – na wypadek, gdyby było ważne, szybko należy odczytywać. To było od Najlepszej z Żon, więc zyskało status priorytetowy) – druga wiadomość:
„Ropucha chyba jednak nie szła nad oczko, tylko w drugą stronę. Gdy wracałam z zakupów, spotkałam ją kroczącą przez trawnik w kierunku juki. Biedna, musiała zrobić więcej kroków.”

Zakupy odbywały się w sklepie warzywnym. Nic wielkiego: papryka, pomidory, kapusta. Na obiad zupa pieczarkowa (ugotowana w ilości na kilka dni). Widać zarządzenie Najwspanialszej z Córek, że po powrocie z Rzymu ma być zupa, nadal obowiązuje.
I na co komu waga?
Kuchenna.

Zanim sprawdzicie swoje wagi... Warto też zerknąć w Internet. Tam właśnie niesamowici ludzie prowadzą zbiórkę, która jest spektakularnym aktem ludzkiej dobroci. cancer FIGHTERS i , jesteście niesamowici! Link znajdziecie w komentarzu.

Fundacja Dzieciom "Zdążyć z pomocą"
KRS 0000037904
cel szczegółowy 33202 Zając Renata

"A co z powikłaniami? Czy nie są gorsze niż sam problem?"- Dlaczego weekend znowu minął tak szybko? – skarży się Truj ju...
25/04/2026

"A co z powikłaniami? Czy nie są gorsze niż sam problem?"

- Dlaczego weekend znowu minął tak szybko? – skarży się Truj już w niedzielę rano.
- Jeszcze masz całą dobę weekendu – uściślam, choć myślą też wybiegam w przód i szereguję w głowie zadania do ogarnięcia.
- Dobę? Przecież noc się nie liczy, bo śpię – nie daje się przekonać Renata i żadne tłumaczenie, że podczas snu właśnie się odpoczywa, do niej nie przemawia.
- Widać wchodzisz w dorosłość. Tak właśnie mamy. Czekasz na wolne a tu koniec.

Faktycznie, wiosna tego roku jest bardzo żywiołowa: MRI, wizyta w poradni onkologicznej, TK, RTG, wizyta kontrolna w Poliklinice Gemelli, wizyta w poradni ginekologicznej, USG, poradnia endokrynologiczna, turnus rehabilitacyjny. W tym wszystkim szkoła i praca, konferencja w Lublinie a całość zanurzona w gęstej atmosferze nadciągającej matury starszej latorośli.

No właśnie. Konferencja.
W minioną sobotę w Lublinie odbyła się już III Konferencja Ogólnopolska Oswoić Skoliozę skierowana do rodziców, lekarzy i fizjoterapeutów. Wydarzenie to zorganizowane zostało przez Fundacja POMOC Daje MOC oraz Ortopedia Dziecięca Lublin. Ponieważ od jakiegoś czasu temat skoliozy jest nam bliski jak gorset ciału, wybraliśmy się na rodzicielskie dokształcanie. Oczywiście, w trakcie wystąpień specjalistów, pojawiły się całe serie pytań i wniosków, które powoli dojrzewają w naszych głowach i pewnie będą chciały pączkować na zewnątrz. Niektóre już wychodzą z siebie. Specjaliści rzucali faktami jak confetti: o wczesnej diagnozie, ćwiczeniach, nowoczesnych stabilizatorach kręgosłupa, także tych, które są w fazie badań i wymagają długoletnich obserwacji.

Jedna z prelegentek – Diana Wiśniewska - dzieląca się swoim doświadczeniem choroby, diagnozy i operacji zadała pytanie, które głęboko wdrukowało się w moją pamięć:
„A co z powikłaniami? Czy nie są gorsze niż sam problem?”

Ta myśl towarzyszy nam nieustannie od czasu pierwszej operacji. Za każdym razem, od czasu pierwszej operacji, kiedy decydujemy się na jakąkolwiek rozmowę o zabiegu, mamy przed sobą widmo powikłań. U nas po leczeniu jest ich cała lista. Niektórych należało się spodziewać, bo są wliczone w koszty. Inne były dla nas zaskoczeniem. Tylko dlaczego? Czy dlatego, że Renata ma zwyczajnego pecha, który - gdy tylko może - zaznacza swoją obecność donośnym: „Halo, to znowu ja! Nie zapomnijcie o mnie!”?

Leczenie skoliozy zależy od wieku pacjenta, kąta skrzywienia i tempa progresji, ale zawsze zaczyna się od dokładnej diagnozy RTG w zdjęciu posturalnym (i nie dajcie sobie wmówić, że to nieistotne) oraz oceny specjalisty. Standardy międzynarodowe podkreślają podejście kompleksowe i zachowawcze, by uniknąć operacji.
Przy kątach poniżej 10 - 20° u dzieci w okresie wzrostu wystarczy regularna kontrola ortopedy co 4-6 miesięcy, by monitorować rozwój. Wczesne wykrycie pozwala na prostsze działania, zanim deformacja się utrwali – im szybciej, tym lepiej, bo do około 18 roku życia kręgosłup jest plastyczny.
Podstawą jest też terapia ćwiczeniami specyficznymi dla skoliozy. Ćwiczenia korygują trójpłaszczyznowo, uczą autokorekcji i oddechu derotacyjnego. Poprawiają stabilizację, zmniejszają kąt nawet o kilka stopni. Przy 20 - 45° u rosnących dzieci stosuje się gorsety noszone 16-23h/dobę, by zatrzymać progresję skrzywienia. Jest to leczenie skuteczne w 70-90% przypadków przy dobrej współpracy pacjenta, rodzica, lekarza i technika. Łączy się je z rehabilitacją dla uzyskania lepszych efektów a gorsety są zdejmowane po zakończeniu wzrostu i dojrzewania. Ostatnia opcja przy skrzywieniu powyżej 45 - 50° i ciągłej progresji pomimo stosowania terapii zachowawczej to stabilizacja implantami, ale tylko po wyczerpaniu innych metod.

W przypadku dzieciaków po leczeniu onkologicznym zawierającym w protokole naświetlanie osi kręgosłupa, nasza czujność powinna być podniesiona do najwyższego poziomu. Warto się upominać u prowadzących o konkretne wytyczne w monitorowaniu organizmu po zakończeniu leczenia. Nadal kłania się brak „podsumowania” leczenia, które oceniałoby stan pacjenta, ryzyko powikłań późnych, które mogą (choć nie muszą) wystąpić i wskazywałoby plan dalszych badań. Coś, co według nas powinno być standardem wychodzącym ze szpitala, w dalszym ciągu często zostaje zrzucone na rodziców (którzy nie są fachowcami) i fundacje, bo w NFZ ciągle nie ma na to pieniędzy, a kosztów społecznych nikt nie liczy. Marzeniem jest poradnia późnych powikłań, biorąca na siebie koordynację wielospecjalistycznego zespołu lekarskiego dla poprawy jakości życia młodego wyleczonego. W związku z czym trzymamy kciuki za działania Stowarzyszenie Koliber które prężnie działa w tym kierunku.

Fundacja Dzieciom "Zdążyć z pomocą"
KRS 0000037904
cel szczegółowy 33202 Zając Renata
https://www.siepomaga.pl/renia

Guzy mózgu u dzieci

"Ja to tu tylko zostawię..." 💔"Ja to tu tylko tak zostawię" i od razu  "nie da się" przestawało istnieć. Niby całego świ...
23/04/2026

"Ja to tu tylko zostawię..." 💔

"Ja to tu tylko tak zostawię" i od razu "nie da się" przestawało istnieć.

Niby całego świata zmienić nie można ale można zmieniać pojedynczych ludzi we wspaniały team, zmieniający kolejnych i kolejnych. I wtedy okazuje się, że ten świat jest już troszeczkę lepszy.

💔

Adres

Przemysl
37-700

Ostrzeżenia

Bądź na bieżąco i daj nam wysłać e-mail, gdy Renia walczy z rakiem umieści wiadomości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu i możesz zrezygnować z subskrypcji w dowolnym momencie.

Skontaktuj Się Z Firmę

Wyślij wiadomość do Renia walczy z rakiem:

Udostępnij