27/07/2026
Zgadzam się.
"Nie jesteś wystarczająca” to nie jest prawda o kobiecie, ale model biznesowy.
"Usprawnianie własnej urody z poziomu zdrowego poczucia wartości jest dla psychiki bezpieczne, bo wynika z realizacji preferencji, a nie z ucieczki przed sobą. Różnica jest w tym, z jakiego miejsca się to robi. Maskowanie defektu wygina do góry usta, które pod spodem i tak zostają smutne"
Nie ma nic złego dbać o swoje samopoczucie i wygląd i mamy cała gamę naturalnych sposobów, tak jak właśnie masaż KOBIDO, który działa nie tylko na głębokie warstwy skóry ale pomaga uwolnić napięcia z głowy i głębi serca. Tak aby Twój uśmiech po był prawdziwy.
Bardzo wartościowy post Dr Mateusza Grzesiak, zobacz jak się z tym masz.
Model biznesowy o nazwie „Jesteś niewystarczająca”
Rok po operacji liftingu Julia von Stein publikuje nagranie. Mówi, że kiedy próbuje się uśmiechnąć, znikają jej oczy. Że przeszczepiony w policzki tłuszcz spłynął nie wiadomo gdzie. Że w lustrze i na zdjęciach widzi obcą osobę. Cytuje komentarze, w których ludzie piszą jej, że wygląda jak potwór, jak kosmita, i dodaje, że zgadza się z nimi w stu procentach. Na koniec apeluje: nigdy w życiu nie operujcie sobie twarzy. Rok wcześniej weszła na salę po kilka zabiegów naraz, operacja ciągnęła się godzinami. Teraz umawia się na następną, u innego lekarza, żeby tamtą poprawić.
To nie jest tekst o Julii von Stein (której życzę wszystkiego dobrego), ale o zjawisku. Zmiany w swoim ciele robi się z dwóch powodów. Jedne są dobre - z akceptacji siebie, z realizacji własnej preferencji, z decyzji podjętej z pełni, a nie z braku, z powodów zdrowotnych i medycznych. Drugie są złe - z ucieczki przed sobą, z wmówionego wstydu, z dziury, której żaden zabieg nie zasypie. Ten tekst jest o tych drugich.
Tekst jest o oszustwie, które sprzedano kobietom i które utrzymuje biznes wart miliardy. Całe to oszustwo stoi na jednym zdaniu: nie jesteś wystarczająca. Za gruba i za chuda. Za stara i zbyt dziecięco wyglądająca. Za pomarszczona i za gładka. Za duży nos, za mały nos, za szeroki nos. Za wąskie usta, za cienkie brwi, za rzadkie rzęsy. Wiszące powieki, opadające policzki, druga broda. Za małe piersi, za duże piersi, za mało jędrne piersi. Za szerokie biodra, za wąskie biodra, za płaskie pośladki. Cellulit, rozstępy, brzuch po dziecku, przebarwienia, wystające uszy. Ileś produktów na tym rynku zaczyna się od tego samego założenia: że w ciele klientki jest defekt, który trzeba naprawić. A defekt zawsze się znajdzie, bo lista nie ma końca - kiedy zabraknie jednej pozycji, medycyna estetyczna dopisuje następną.
Chirurg nie zatrzymuje starzenia. Napina skórę na ciele, które pod spodem starzeje się dalej tym samym tempem. To, co się kupuje, nie jest młodością ani urodą, bo żadnej z nich nikt nie ma na stanie. Jest maską, która wymaga utrzymania. Botoks przestaje działać po kilku miesiącach. Wypełniacz się wchłania. Podciągnięta skóra po latach opada, tym razem z blizną. Implant trzeba po kilkunastu latach wymienić. Na tym między innymi stoi rentowność branży: klientka zadowolona to klientka, która nie wraca, a tutaj zadowolenie z definicji jest krótkoterminowe, bo czas pracuje niezależnie od faktury.
Tak powstaje abonament na poczucie własnej wartości.
Pod tym jest warstwa kliniczna. U części osób, które trafiają na stół, problem nie leży w ciele, ale w postrzeganiu własnego ciała. Zaburzenie zwane dysmorfofobią dotyka około dwóch procent populacji ogólnej, ale wśród pacjentów chirurgii estetycznej jest częstsze. Skalpel go nie usuwa, bo defekt jest w widzeniu siebie, nie w nosie ani w biodrze. Człowiek po zabiegu patrzy w lustro i dalej widzi to samo, więc umawia się na kolejny. Julia sama wskazała, gdzie to się zaczęło - w braku akceptacji w domu rodzinnym, przez lata próbowała się przez to zmieniać. Tam żaden chirurg nie sięga.
Zmienił się też punkt odniesienia. Trzydzieści lat temu kobieta porównywała się z modelką z okładki - nieosiągalne, ale to była żywa sylwetka żywego człowieka. Dziś porównuje się z własnym zdjęciem przepuszczonym przez filtr, czyli z wersją siebie, która ma gładszą skórę, węższą talię i większe oczy i nie istnieje nigdzie poza ekranem. Chirurdzy nazwali to w 2018 roku dysmorfią snapchatową. Pacjentki przychodzą na konsultację z własnym przerobionym selfie i proszą, żeby upodobnić je do tego selfie. W ostatnich badaniach mniej więcej trzech na czterech z nich potwierdza, że widuje takich ludzi. Do ciała złożonego z pikseli nie da się dojść operacją, ale można za to płacić bez końca.
Skala jest przemysłowa. W 2024 roku wykonano na świecie blisko 38 milionów zabiegów estetycznych, o ponad czterdzieści procent więcej niż cztery lata wcześniej. Około dziewięć na dziesięć przeszły kobiety. Najczęstszy jest botoks, za nim wypełniacze z kwasu hialuronowego, a wśród samych operacji prowadzą korekta powiek, odsysanie tłuszczu i powiększanie piersi. Cały rynek liczy się w dziesiątkach miliardów dolarów rocznie i prognozy prowadzą go w stronę setek. Ten pieniądz ma jako jedno ze źródeł przekonanie kobiety, że w obecnej postaci jest niewystarczająca. Część branży nie sprzedaje urody. Sprzedaje niedosyt i utrzymuje go w abonamencie, bo kobieta pogodzona z własnym ciałem to klientka stracona.
I zupełnie nie chodzi o to, że każdy zabieg jest szkodliwy. Usprawnianie własnej urody z poziomu zdrowego poczucia wartości jest dla psychiki bezpieczne, bo wynika z realizacji preferencji, a nie z ucieczki przed sobą. Różnica jest w tym, z jakiego miejsca się to robi. Maskowanie defektu wygina do góry usta, które pod spodem i tak zostają smutne. Botoks poleruje twarz dla osobowości, która nie chce na siebie patrzeć w lustro, i po zabiegu nadal się odrzuca. Powiększone pośladki stają się przynętą na segment mężczyzn, którego lepiej nie kusić, bo przychodzi po mięso, nie po człowieka. Ten sam skalpel jednej kobiecie domyka realną preferencję, a drugiej pogłębia dziurę, której nie zasypie. Rynek nie odróżnia jednej od drugiej, bo obie płacą tak samo.
Mam dwie córki. Będą dorastać z telefonem, w którym ich własne ciało codziennie wygląda gładziej i szczuplej niż w lustrze, bo aplikacja poprawi je, zanim zdążą się sobie przyjrzeć. To groźniejsze niż okładki, na których wychowało się moje pokolenie, bo okładka pokazywała kogoś obcego, a filtr pokazuje je same, tylko podrobione. Chcę, żeby wyrosły w przekonaniu, którego ten rynek być może nie toleruje: że są wystarczające takie, jakie są.
„Nie jesteś wystarczająca” to nie jest prawda o kobiecie, ale model biznesowy. Zanim ktoś napisze pod nagraniem Julii, że wygląda jak potwór, warto zapytać, kto jej to zdanie sprzedał i policzył za nie fakturę. Historia o byciu rzekomym potworem mogła zacząć się dawno, dawno temu, zanim jakikolwiek chirurg sięgnął po skalpel.
MG