24/07/2026
Jak NFZ traktuje naiwniaków, czyli głos w dyskusji o zarobkach lekarzy.
Na pierwszym zdjęciu widać duży guzek tarczycy. Na czwartym… nie ma go wcale.
Nie, to nie sztuczka. Guzek został zniszczony metodą iniekcji stężonego etanolu. W tym przypadku wystarczyły dwa zabiegi, aby uniknąć operacji.
I tu zaczyna się paradoks polskiej ochrony zdrowia.
Jeżeli lekarz usuwa tarczycę – system płaci. Jeżeli lekarz sprawi, że operacja staje się zbędna – system praktycznie tego nie zauważa.
A przecież rachunek jest prosty. Operacja to sala operacyjna, anestezjolog, chirurg, hospitalizacja, badania, często dożywotnie leczenie hormonami i kolejne wizyty kontrolne. Zabieg małoinwazyjny kosztuje nieporównanie mniej i pozwala tego wszystkiego uniknąć.
Logika podpowiadałaby, że NFZ powinien takie metody promować.
Rzeczywistość jest odwrotna. Przez lata proponowałem wykonywanie tych zabiegów w publicznych szpitalach. Bez powodzenia. Nie dlatego, że są nieskuteczne. Nie dlatego, że są niebezpieczne. Po prostu system nie jest nimi zainteresowany.
W efekcie premiuje się leczenie droższe, bardziej obciążające pacjenta i angażujące specjalistów, których dramatycznie brakuje.
To przecież można zmienić. Wiadomo, jaka powinna być częstość operacji tarczycy w populacji. Wiadomo, kto kieruje pacjentów na zabieg. Finansowanie można uzależnić od jakości opieki: ograniczania niepotrzebnych operacji, ale jednocześnie unikania zbyt późnego kierowania na zabieg, gdy rośnie ryzyko powikłań.
W tej historii naiwniaków jest dwoje.
Pacjentka, która zapłaciła z własnej kieszeni za dwa zabiegi, choć dzięki nim publiczny system zaoszczędził znacznie więcej.
I ja, bo zamiast wykonywać procedury lepiej wyceniane przez NFZ, od lat próbuję wykonywać takie, które pozwalają tych kosztownych procedur… nie wykonywać.
Podobno wartość pracy lekarza najlepiej wycenia rynek.
Wygląda na to, że w publicznej ochronie zdrowia bardziej opłaca się leczyć drożej niż mądrzej.
P.S. Opisany przypadek dotyczy guzków płynowych.