25/08/2026
BŁYSK FLESZY, UŚCISK DŁONI MINISTRA I DZIECKO NA WÓZKU IDEALNIE USTAWIONE W KADRZE. Brzmi znajomo?
To klasyczny obrazek z podręcznika marketingu politycznego. W świecie, gdzie emocje sprzedają się najlepiej, osoba z niepełnosprawnością (OzN) staje się dla dygnitarzy walutą o najwyższym kursie. Zjawisko to, brutalnie nazywane w publicystyce „graniem niepełnosprawnością”, regularnie powraca w kampaniach wyborczych. Czy mamy do czynienia z bezdusznym cynizmem władzy, czy może z jedyną skuteczną metodą walki o prawa słabszych? Jak to w życiu bywa – prawda ma dwie, skrajnie różne twarze, a jej najgorsze oblicze widać tam, gdzie światła jupiterów nie docierają: w polskich samorządach.
TWARZ PIERWSZA: SEJMOWE MATERACE I POLITYCZNY CYRK
Nie da się ukryć, że historia polskiej polityki ocieka przykładami, w których osoby z niepełnosprawnościami posłużyły jako tło dla partyjnych wojen. Klasycznym i najbardziej jaskrawym przykładem są cykliczne protesty opiekunów i OzN w Sejmie.
Gdy zdesperowani rodzice koczowali na sejmowych korytarzach, politycy ówczesnej opozycji przynosili im koce, robili sobie z nimi zdjęcia i grzmieli przed kamerami o „nieludzkiej władzy”. Gdy role się odwróciły i dawna opozycja przejęła stery, ci sami obrońcy nagle zaczęli zasłaniać się budżetem, a protestujący znów usłyszeli, że „muszą poczekać”. Osoby na wózkach stały się żywą tarczą – idealną do uderzenia w przeciwnika, ale całkowicie niewidzialną, gdy gasły czerwone lampki w kamerach telewizyjnych.
Poza polityką centralną zjawisko to przybiera formę tzw. inspiration p**n (inspiracyjnego p**no). To internetowi influencerzy czy korporacje tworzące łzawe spoty reklamowe. Pokazują osobę bez rąk, która maluje stopami obrazy, opatrując to podpisem: „Jaka jest twoja wymówka?”. To instrumentalne traktowanie ludzkiego dramatu. Nie chodzi w nim o realną pomoc, ale o to, by widz poczuł chwilowe wzruszenie, zostawił „lajka” lub kupił produkt danej marki podbijając wskaźniki CSR.
LOKALNA RZECZYWISTOŚĆ: MATACZENIE, OLEWANIE I WYKLUCZENIE TRANSPORTOWE
Gdy na szczeblu centralnym trwa ten teatr pozorów, na dole – w naszych małych ojczyznach – maski opadają całkowicie. Tam nie ma nawet koców i obietnic. Jest mur milczenia, mataczenie i totalna znieczulica.
Lokalni samorządowcy, którzy w kampanii wyborczej chętnie fotografują się z seniorami i osobami z mniejszości, po wyborach pokazują swoje prawdziwe oblicze. Doskonale widać to w naszym regionie:
• Trzebnica i walka o parking: Radni, którzy od miesięcy walczą o wyznaczenie i namalowanie legalnych miejsc parkingowych dla osób z niepełnosprawnościami przy lokalnym targowisku, są przez władze miasta ostentacyjnie olewani. Prosta, techniczna sprawa, która ułatwiłaby życie setkom mieszkańców, rozbija się o urzędniczą znieczulicę.
• Powiatowy paraliż komunikacyjny: O ile w dużym mieście brak auta to wybór, o tyle w powiatach trzebnickim i milickim to wyrok skazujący na uwięzienie w czterech ścianach. Brak dotacji do transportu publicznego doprowadził do tego, że na większości tras autobusy po prostu nie kursują.
• Weekendowa czarna dziura: Trasa Trzebnica – Milicz – Oborniki Śląskie w soboty i niedziele staje się komunikacyjną pustynią. W weekendy nie jedzie zupełnie nic. Jak osoba starsza, schorowana czy z niepełnosprawnością ma wydostać się z domu? Jak ma dojechać do lekarza, rodziny czy po podstawowe zakupy?
Lokalni włodarze w tej sprawie milczą, przerzucają się odpowiedzialnością i mataczą. Problem wykluczenia komunikacyjnego jest zamiatany pod dywan, a uwięzieni w domach ludzie – niewidoczni dla obiektywów – przestają ich obchodzić dzień po ogłoszeniu wyników wyborów.
TWARZ DRUGA: BEZ POLITYKA NIE MA CIĘ WCALE
Zanim jednak całkowicie potępimy te wizerunkowe spektakle, musimy spojrzeć na drugą stronę medalu. Smutna prawda o współczesnym świecie brzmi: jeśli nie ma cię w mediach, to nie istniejesz. A najkrótsza droga do mediów prowadzi przez gabinety władzy i uściski dłoni dygnitarzy.
Liderzy środowisk osób z niepełnosprawnościami doskonale znają tę brutalną regułę i często świadomie wchodzą w tę grę. Czy obecność działaczy u boku ministrów to dawanie się wykorzystywać ? Dla wielu to po prostu twardy, pragmatyczny lobbing. W świecie, gdzie uwaga mediów trwa tyle, co krótki filmik na TikToku, wejście w sojusz z politykiem bywa jedynym sposobem na przetrwanie i nagłośnienie problemu. Dla środowiska OzN cynizm władzy to po prostu koszt uzyskania przychodu. Jeśli warunkiem przepchnięcia ustawy o asystencji czy wyższej rencie jest zdjęcie z uśmiechniętym ministrem – niech będzie.
Co więcej, odmawianie osobom z niepełnosprawnościami prawa do świadomego uczestnictwa w tej grze jest przejawem ableizmu. Zakładanie z góry, że każdy człowiek na wózku obok premiera jest „ofiarą manipulacji”, odbiera mu podmiotowość. To często twardzi negocjatorzy. Oni nie są wykorzystywani – oni wykorzystują system, który normalnie skazałby ich na niewidzialność.
BILANS ZYSKÓW I STRAT
Prawda o „graniu niepełnosprawnością” leży tam, gdzie zwykle – w intencjach i w tym, co zostaje, gdy gasną światła jupiterów. Świat polityki i wielkiego biznesu rzadko kiedy kieruje się czystym, bezinteresownym altruizmem. Zawsze chodzi o jakiś zysk: głosy, zasięgi, wizerunek, pieniądze.
Dopóki jednak ta transakcja jest wiązana – dopóki za uśmiech do aparatu płaci się realnymi reformami, likwidacją barier architektonicznych, miejscami parkingowymi pod targowiskiem czy uruchomieniem linii autobusowych – ten specyficzny sojusz ma rację bytu.
Prawdziwy dramat zaczyna się wtedy, gdy po kampanii wyborczej zostaje tylko puste zdjęcie w ramce, na trasie Trzebnica - Milicz - Oborniki Śląskie w weekendy dalej panuje głucha cisza, a obietnice lądują w koszu. Wtedy nie mamy już do czynienia z polityką. To po prostu zwykłe, ordynarne żerowanie na ludzkim nieszczęściu.