03/06/2026
Kiedy spotykają się osoby o lękowym i unikającym stylu przywiązania, bardzo często pojawia się między nimi silne przyciąganie.
Tak silne, że oboje mają poczucie, jakby znaleźli kogoś wyjątkowego.
A później zaczyna się ból.
Osoba o lękowym stylu przywiązania mówi wewnętrznie:
„Bądź blisko.
Pokaż mi, że jestem ważna.
Wybieraj mnie.
Nie odchodź.”
A pod tym wszystkim kryje się głębokie pragnienie:
„Nie opuszczaj mnie tak, jak zostałam opuszczona wcześniej.”
Im większy staje się lęk, tym bardziej szuka kontaktu.
Pisze wiadomości.
Pyta, co się dzieje.
Próbuje rozmawiać.
Potrzebuje zapewnień.
Dlaczego tak robi?
Dystans partnera uruchamia w niej coś znacznie starszego niż sama relacja.
Układ nerwowy odczytuje oddalenie jako zagrożenie dla więzi, dlatego pojawia się silna potrzeba odzyskania bliskości i poczucia bezpieczeństwa.
Tymczasem osoba o unikającym stylu przywiązania odbiera tę samą sytuację zupełnie inaczej.
Wewnętrznie mówi:
„Mogę być blisko, ale tylko do pewnego momentu.”
A pod spodem kryje się historia człowieka, który bardzo wcześnie nauczył się radzić sobie sam.
Człowieka, który często nie miał przestrzeni na własne potrzeby.
Który bardziej zajmował się emocjami innych
niż swoimi.
Który nauczył się, że bliskość często oznacza obowiązek, ciężar albo utratę wolności.
Dlatego, kiedy partner potrzebuje więcej kontaktu, nie słyszy:
„Kocham Cię. Potrzebuję Cię.”
Słyszy:
„Oddaj mi swoją przestrzeń.
Zajmij się mną.
Zrezygnuj z siebie dla mnie.”
I wtedy robi krok do tyłu.
A ten krok do tyłu uruchamia największy lęk osoby lękowej.
„Wiedziałam.
Zaraz mnie zostawi.
Nie jestem wystarczająco ważna.”
Więc ona robi krok do przodu.
Jeszcze bardziej zabiega.
Jeszcze bardziej szuka bliskości.
Jeszcze bardziej próbuje naprawić relację.
I tak powstaje taniec, który potrafi trwać latami.
Jedna osoba goni.
Druga ucieka.
Jedna walczy o więź.
Druga walczy o przestrzeń.
Jedna krzyczy:
„Nie opuszczaj mnie!”
Druga krzyczy:
„Nie oczekuj ode mnie więcej, niż mogę dać.”
A jeszcze głębiej:
„Całe życie dawałem więcej, niż miałem.”
Dostosowywałem się.
Opiekowałem się.
Niosłem więcej, niż powinienem był nieść jako dziecko.
Nie było miejsca na moje potrzeby.
Nie było miejsca na moje emocje.
Nie było miejsca na moje życie.
Dlatego, kiedy ktoś jest bardzo blisko, budzi się we mnie stary lęk.
Lęk, że znowu zniknę.
Lęk, że znowu będę musiał porzucić siebie,
aby utrzymać relację.
Największy dramat tej relacji polega na tym, że każde z nich widzi zachowanie drugiej osoby, ale nie widzi rany, która za nim stoi.
Osoba lękowa widzi chłód.
Osoba unikająca widzi presję.
Osoba lękowa czuje odrzucenie.
Osoba unikająca czuje osaczenie.
Oboje cierpią.
Oboje czują się niezrozumiani.
Oboje są przekonani, że problem leży po drugiej stronie.
Tymczasem pod powierzchnią spotykają się nie dwie dorosłe osoby, lecz także dwoje dzieci, które wiele lat temu nauczyły się, że bliskość nie zawsze jest bezpieczna.
Jedno dziecko nauczyło się walczyć o miłość.
Drugie nauczyło się chronić siebie poprzez dystans.
Jedno mówi:
„Jeżeli będę wystarczająco dobra, nie opuścisz mnie.”
Drugie mówi:
„Jeżeli zachowam wystarczający dystans, nie stracę siebie.”
W takich relacjach napięcie nie bierze się z braku miłości.
Bierze się z tego, co w środku nadal jest niezagojone.
Każdy z partnerów niesie własną historię bliskości, która kiedyś nie była bezpieczna.
I ta historia zaczyna się odtwarzać w obecnej relacji.
Prawdziwa zmiana pojawia się dopiero wtedy, gdy przestają siebie nawzajem używać do regulowania własnego lęku, a zaczynają widzieć, co się w nich uruchamia.
Zdrowa relacja nie polega na tym,
że jedno rezygnuje z bliskości, a drugie z przestrzeni.
Polega na tym, że można być razem i jednocześnie
nie tracić kontaktu ze sobą.
🩵
⭐️Z okazji Dnia Dziecka przygotowaliśmy dla Was promocję do -50% na wybrane produkty w naszym sklepie.
Specjalizuję się w pracy z traumą•Psychotraumatolog•Psycholog •Terapeuta ustawień systemowych•
Psychobiolog Zdrowia•Konsultantka Totalnej Biologii•Trener metody EFT/Cellular EFT