05/06/2026
Przez większość życia miałam wrażenie, że mówi mi się, żebym była w jakimś sensie „mniejsza”.
Mniejszy rozmiar (lata 90-te, czyli moda na żebra na wierzchu, max 50 kg 😉 )
Mniej widoczna
Mniej głośna
Mniej wymagająca
Nie za silna
Nie za umięśniona
Nie za pewne siebie
Nie za bardzo „dla siebie”.
A najlepiej jeszcze, żebym z wiekiem powoli znikała, z godnością. 😉
Tylko że moje ciało jakoś nie wyglądało lepiej jedynie od tego, że je krytykowałam.
Kręgosłup ze zwyrodnieniami nie bolał mniej tylko od tego, że żyłam na sałacie i jogurtach.
Ciało nie robiło się sprawne i silne od siedzenia cicho i zajeżdżania na cardio.
Dopiero kiedy zaczęłam traktować sport jak coś, co ma mnie wzmacniać, a nie karać — wszystko zaczęło się zmieniać.
I nie chodzi nawet o wygląd.
Największa zmiana wydarzyła się gdzie indziej.
W głowie.
Bo trening nauczył mnie czegoś dużo ważniejszego niż liczenie kalorii czy programowanie ćwiczeń:
✅ Że ciało nie musi być idealne, żeby było silne.
✅ Że można mieć zwyrodnienia, cellulit, blizny, zmarszczki, kontuzje, 40+, 50+ i nadal budować o wiele większą sprawność, niż kiedykolwiek wydawała się możliwa.
✅ Że kobieta nie musi z wiekiem „maleć”.
I może właśnie dlatego tak bardzo lubię trening.
Nie dlatego, że próbuję cofnąć czas. Tylko dlatego, że dopiero teraz czuję, że naprawdę jestem po „swojej” stronie.
Mam 52 lata, i nie chcę mieć mniej – idę po więcej, bez godności 🤣
🟠 Ja zaczęłam trenować już kilkanaście lat temu, ale nigdy nie jest za późno, nie daj sobie tego wmówić. 🟠