06/09/2026
Nasza randka trwała dzisiaj 15 minut i w sumie chyba dobrze, że chociaż tyle.
W tym tygodniu pracowałem dużo, nawet trochę za dużo. Zamykałem ważny projekt, po pracy przejmowałem syna, wieczorem już siedziałem obok żony, ale głową dalej gdzieś przy mailach, zadaniach i tym, co jeszcze trzeba dopiąć.
Magda kilka razy pytała w tygodniu:
„A kiedy my właściwie pobędziemy trochę sami?”
No to wymyśliłem. Niedziela, po Mszy zero pracy. Syn ma dwie drzemki, więc przecież elegancko, mamy dwa okienka na małżeństwo.
Plan naprawdę solidny, ale dziecko miało na ten temat inne zdanie. Pierwsza drzemka: kilka minut.
Druga: podobnie. Dobra, plan B. Restauracja.
Znalazłem miejsce pełne zieleni, takie totalnie pod Magdę. Rezerwacja zrobiona, niespodzianka gotowa. Ona się ucieszyła i powiedziała, że marzy jej się jakiś naprawdę dobry deser.
Dojeżdżamy, ale jak na złość parking pełny. Wózek oczywiście został w domu, bo po uznaliśmy, że raczej się nie przyda. Idziemy więc z dzieckiem, torbą i głodem, który powoli zaczyna podejmować decyzje za człowieka.
Wchodzimy do restauracji, żona patrzy w kartę.
„Kurczę, żaden deser to nie jest to, może pójdziemy do tej obok?”
No i tu poczułem, jak mój wewnętrzny romantyk powoli zamienia się w sfrustrowanego organizatora imprez.
Przecież wybrałem, przecież rezerwowałem
i miało być fajnie. W głowie już ustawiało się zdanie z kategorii: „Tobie zawsze coś nie pasuje”.
Na szczęście zdążyłem zauważyć, że to nie ona jest problemem. Po prostu byłem głodny, zmęczony, a rzeczywistość właśnie trzeci raz tego dnia poinformowała mnie, co sądzi o moim planie.
Poszliśmy obok. Restauracja piękna, a jedzenie w karcie wygląda wspaniale. Siadamy.
Sukces?
Dziecko też zobaczyło światełka. Potem ludzi.
Potem ozdoby, a potem prawdopodobnie wszystkie rzeczy znajdujące się w promieniu trzydziestu metrów i uznał, że musi je natychmiast osobiście zbadać.
Piszczał, rzucał zabawkami, chciał chodzić, dotykać, oglądać. My próbowaliśmy go uspokoić, a po chwili spojrzeliśmy na siebie i oboje wiedzieliśmy, że tutaj nikt nie odpocznie. Ani my, ani on, ani ludzie obok.
Wyszliśmy. Ja już byłem w takim momencie, że najchętniej zjadłbym cokolwiek przy lodówce na stojąco. „Dobra, wracajmy do domu.”
Magda popatrzyła na mnie i powiedziała:
„Nie. Mieliśmy mieć randkę. Bardzo się postarałeś. Widziałam niedaleko budkę z goframi. Chodźmy tam.”
No i poszliśmy.
Tak zakończyła się moja romantyczna wizja niedzielnej randki: gofr z budki, dziecko obok i zero rezerwacji. Tylko że, on w pewnym momencie zainteresował się książeczką.
Dostaliśmy jakieś piętnaście minut.
Piętnaście minut, żeby spokojnie zjeść, pogadać, popatrzeć na siebie i przypomnieć sobie, że poza byciem mamą i tatą nadal jesteśmy tym samym facetem i kobietą, którzy po prostu bardzo lubią być razem.
Coraz bardziej widzę, że dbanie o związek po dziecku polega między innymi na rezygnacji z przekonania, że bliskość musi mieć idealne warunki. Nie musi.
Czasami plan A nie wychodzi. Plan B też nie. Plan C kosztuje tyle co dwa gofry i daje wam kwadrans.
Problem zaczyna się chyba dopiero wtedy, kiedy uznajemy, że skoro nie mamy całego wieczoru, to nie warto walczyć o piętnaście minut.
My chcemy walczyć.
Nawet jeśli czasem nasza randka ma bitą śmietanę i trwa krócej niż odcinek serialu.
A wy? Jak łączycie bycie rodzicami z pielęgnowaniem związku? A może całkiem odłożyliście go na bok?🧡