24/08/2026
“Obóz letni 2004 chyba. Najlepiej dogadywałem się z jedną wychowawczynią, Edytą, która była starsza o parę lat. Mówiła cały czas, że jestem "wyczesany" i nie miałem pojęcia, co to znaczy, ale bardzo mnie lubiła i dużo się razem śmialiśmy. Pod wieczór dostałem polecenie, żeby przed spaniem "przesypać herbatę do słoika". Więc siadłem pod namiotem przy kuchni i zacząłem polecenie wykonywać. No i wykonuję, wykonuję, wykonuję. Przychodzi Edyta i wybucha śmiechem, mówi: "Co ty robisz!" Ja, sponad małej sterty rozerwanych torebek herbaty i słoika pełnego ich luźnej zawartości, stwierdzam, że przesypuję herbatę, ale właściwie dopiero wtedy zrozumiałem, że może troszkę zbyt dosłownie zastosowałem czasownik "przesypać" :D
Edyta skwitowała, że jestem "takim wyczesem, jakiego jeszcze nigdy nie spotkała". I po prostu siedzieliśmy i płakaliśmy ze śmiechu, a ja czułem się dziwnie doceniony. I dalej nie wiem, co to właściwie znaczy, ale to była jedna z tych niewielu chwil, kiedy wraz z kimś starszym od siebie, z kimś w roli autorytetu, po prostu mogłem się na spokojnie pośmiać z tych wszystkich dziwnych brainfartów i poczuć, że nie muszę się niczego wstydzić albo nawet, że ktoś mnie może za nie po prostu lubić.
Jednak wtedy jeszcze nie myślałem o diagnozie. Taka myśl pojawiła się dopiero podczas imprezy na studiach. Rozmowa z dziewczyną, pierwszą otwarcie autystyczną osobą, którą poznałem w życiu. Po paru minutach rozmowy, powiedziała, że powinienem zrobić sobie badanie pod kątem autyzmu.
Oczywiście o niczym innym już nie myślałem tamtego wieczora, ale nie wypadało po prostu wyjść. Po powrocie do domu zrobiłem sobie test w necie (był to standardowy test w 2010 roku, który nie odzwierciedlał doświadczenia osób maskujących się) i dostałem wynik taki na pograniczu. I wtedy pomyślałem, że właściwie to nie ma znaczenia, bo już jestem dorosły :D Hue hue.
Ostatecznie około 2021 najlepszy przyjaciel powiedział mi, że nasza wspólna znajoma jest w trakcie diagnozy i od dawna uważa, że ja też powinienem.
Sama diagnoza nie dała mi wiele od razu. Myślałem, że to będzie jakiś olbrzymi zwrot akcji w moim życiu. Że nagle będę mógł wszystkim otwarcie mówić, że jestem autystyczny i wszystko będzie spoko. Nie.
Diagnoza może stać się po prostu kolejną łatką, czy to nakładaną na siebie, czy przypinaną przez innych. Dopiero dwa lata później znalazłem siłę, żeby zacząć więcej czytać o autyzmie. Okazało się wtedy, że o tej nowej, wszechmogącej łatce i nowej tożsamości nie wiem tyle, ile mi się wydawało. Co właściwie znaczy „nie maskować się”, jeśli robię to automatycznie od najmłodszych lat i nawet nie wiem, co jest „autentyczne”, a co jest maską?
Przełom nastąpił dopiero wtedy, gdy zacząłem terapię z osobą specjalizującą się w pracy z osobami autystycznymi. I nie jest to żaden spektakularny przełom. Po prostu wreszcie mam jakąś mapę i kierunek, do którego powoli dążę. Nie wkurzam się już na siebie, kiedy muszę na chwilę stanąć w miejscu.
Zacząłem poznawać, na czym polega mój własny autyzm, powoli tworzyć sobie jakiś tam podręcznik obsługi. Poczułem, że w dzieciństwie perfekcyjnie nauczyłem się znosić dyskomfort, do takiego stopnia, że sam przestałem go zauważać. Zacząłem na nowo poznawać, co tak naprawdę lubię, co mnie motywuje, w jakich godzinach najlepiej pracuję i w jakich warunkach mogę spotykać się z przyjaciółmi. I staram się, chociaż dalej się tego uczę, nie oceniać siebie za to wszystko. Okazało się też, że z dzieciństwa nie mam tylko stresujących wspomnień, ale było też wiele zabawnych momentów, do których nie miałem w pamięci dostępu, bo leżały pod pokładami wstydu.
Największa zmiana to chyba po prostu luz. Jako uczeń, który zawsze miał prawie same szóstki, a później dorosły, który wyśmienicie wykonywał swoją pracę, mogę sobie teraz na spokojnie powiedzieć, że jestem niepełnosprawny. Że nie muszę być we wszystkim najlepszy. I że są po prostu obszary (neurotypowego) życia, w których nigdy nie będę sobie radził tak jak "norma", ale jestem za to i pozostanę super wyczesem :D
O takim ponownym układaniu wspomnień z dzieciństwa, do którego wraca wiele osób zdiagnozowanych w dorosłości, a także o maskowaniu i trwającym całe życie poprawianiu samego siebie napisałem polsko-angielską sztukę pod tytułem How I WrotE a book at 6 AND PROOFREAD IT AT8. Pracuję nad nią obecnie z zespołem autystycznych osób związanych z londyńską sceną teatralną. Czekamy na decyzję w sprawie dofinansowania z Arts Council England, a w międzyczasie prowadzimy zbiórkę na pokrycie części kosztów realizacji spektaklu”
To była historia Maksa podesłana do nas w ramach akcji.
W tej historii jest tyle ważnych tematów, że nie wiem, od czego zacząć... Może zacznę od tego, że kiedyś miałam przyjaciela w sąsiedztwie o ksywie "Wyczes" i był za*****ty. Zdaje mi się, że totalnie czaję, co pod tą ksywą się mieści i lubię to w opór. Kolejne wątki w tej historii poruszyły mnie bardzo głęboko, bo dużo jest tam też o mnie i o doświadczeniach wielu, neuroatypowych osób, które w życiu poznałam. Zrzucanie maski, ciężka praca w budowaniu tożsamości na nowo, poznawaniu siebie samego, zdejmowania wstydu z "bycia innym". Strasznie się cieszę, że mogłeś dzięki diagnozie i swojemu procesowi sobie odpuścić, być sobie "niepełnosprawnym" choć podejrzewam, że taki jesteś jedynie w neurotypowym świecie. I cieszę się, że napotkałam "Wyczesa". Jejku, jakie wspaniałe wspomnienia mi przywołałeś... I zamierzam się w nich teraz pogrążyć. A Ty Maksymilian możesz teraz pobyć z tą wiedzą, ile dobrego dla kogoś zrobiło po prostu bycie w towarzystwie "Wyczesa". Dzięki wszystkim "Wyczesom" za to, że jesteście! 🖤
~Zu