28/08/2026
Te zdjęcia są z przełajów. I pewnie ktoś, kto je zobaczy, pomyśli: „Przecież wygląda dobrze. O co jej chodzi?” 😉
Już tłumaczę.
To był start zaledwie dwa tygodnie po maratonie w Barcelonie. Maratonie, w którym zrobiłam życiówki na kilku międzyczasach, ale… nie zrobiłam życiówki w samym maratonie.
Zamiast więc porządnie się zregenerować, dwa tygodnie później pobiegłam przełaje. Bez przygotowania pod ten rodzaj biegu, bo przełaje zdecydowanie nie są moją specjalnością.
Wynik był słabszy, niż wiem, że potrafię osiągnąć.
I właśnie wtedy dotarło do mnie, że chyba nadal wymagam od siebie za dużo.
Mam 41 lat. Biegam, trenuję siłowo, pracuję, jestem mamą, uczę się, mam swoje obowiązki i życie, które zdecydowanie nie polega tylko na trenowaniu.
A mimo to czasami patrzę na siebie tak, jakbym miała nieograniczone możliwości regeneracji, czasu i energii.
I chyba właśnie to jest mój problem.
Bo obiektywnie robię więcej niż przeciętna kobieta w moim wieku. Ale subiektywnie często patrzę na to, czego jeszcze nie zrobiłam, zamiast na to, ile już robię.
Nadal porównuję swoje tempo do innych.
Nadal chcę być szybsza.
Nadal potrafię być dla siebie dużo bardziej wymagająca niż dla kogokolwiek innego.
Barcelona i przełaje przypomniały mi, że ambicja jest świetna, dopóki nie zaczyna przesłaniać rozsądku.
Czasami najlepszym treningiem jest regeneracja.
Natomiast to co jest wg mnie najważniejsze, to aby być pokornym i szanować czas, etapy, progres. Trening to proces prowadzenia kogoś lub czegoś do określonego celu poprzez ćwiczenie i przygotowanie
I chyba właśnie tego uczę się teraz najbardziej. 🤍