24/08/2026
Mam wrażenie, że czasem przeceniamy sam moment wglądu.
To ważne, kiedy nagle zaczynamy widzieć coś wyraźniej. Łączymy fakty, rozpoznajemy powtarzający się schemat, zaczynamy rozumieć, dlaczego w pewnych sytuacjach wycofujemy się, złościmy, pilnujemy kontroli albo tak trudno nam komuś zaufać.
Tyle że samo rozumienie siebie nie zawsze oznacza, że jesteśmy już blisko tego, co naprawdę boli.
Można bardzo dużo o sobie wiedzieć i jednocześnie bardzo skutecznie chronić to, czego nie chcemy pokazywać nikomu.
Można powiedzieć: „wiem, że boję się odrzucenia”, a jednak nigdy nie powiedzieć bliskiej osobie, jak bardzo jej potrzebujemy. Można rozumieć własną złość, ale nie dopuścić do siebie tego, co się pod nią kryje. Można znać swoje mechanizmy obronne niemal podręcznikowo, a mimo to trzymać innych dokładnie tam, gdzie czujemy się bezpiecznie — wystarczająco blisko, żeby nie być samotnym, ale nie na tyle blisko, żeby naprawdę zostać zobaczonym.
I chyba właśnie tu zaczyna się coś, co nazywam głębią.
Nie chodzi już tylko o to, co o sobie wiem. Bardziej o to, czy jestem w stanie zostać przy tej wiedzy wtedy, kiedy pojawia się ktoś drugi.
Bo niektóre prawdy o nas samych są trudne nie dlatego, że ich nie znamy.
Są trudne dlatego, że wstydzimy się, że ktoś mógłby je zobaczyć.
Potrzebę bycia ważnym. Zazdrość. Lęk przed porzuceniem. Poczucie małości. Zależność. Złość na kogoś, kogo kochamy. Pragnienie, żeby ktoś się nami zajął.
To wszystko może być dużo bardziej zagrażające niż samo powiedzenie: „mam problem z bliskością”.
Przy obronach narcystycznych widać to czasem szczególnie wyraźnie. Człowiek może być bardzo refleksyjny, dużo rozumieć, świetnie opowiadać o sobie — a jednocześnie bardzo uważnie pilnować, czego naprawdę nie pokaże.
Bo bliskość wymaga czegoś trudnego: zgody na to, że nie będziemy mieć pełnej kontroli nad tym, jak zostaniemy zobaczeni.
I dokładnie to samo może wydarzyć się w terapii.
Można mówić dużo. Można być inteligentnym, świadomym, rozumieć interpretacje i trafnie nazywać własne schematy. A jednak przez długi czas nie dopuścić terapeuty do miejsca, które jest najbardziej kruche.
Nie zawsze dlatego, że ktoś „nie chce współpracować”.
Czasem dlatego, że właśnie to miejsce przez wiele lat trzeba było bardzo dobrze chronić.
Dlatego coraz bardziej myślę o wglądzie jako o pierwszym kroku, a nie celu samym w sobie.
Wgląd pozwala zobaczyć.
Głębia zaczyna się wtedy, kiedy nie uciekamy od tego, co zobaczyliśmy — i powoli pozwalamy, żeby ktoś drugi też mógł tam z nami być.
Czasem najważniejszy moment w terapii nie polega więc na odkryciu czegoś zupełnie nowego.
Czasem polega na wypowiedzeniu czegoś, co wiedzieliśmy o sobie od dawna, ale nigdy wcześniej nie powiedzieliśmy tego komuś, kto został.
Źródło zdjęcia: baltyckaglebia.pl