12/05/2026
W weekend ukończyłam kolejne szkolenie — tym razem z NARM (NeuroAffective Relational Model), podejścia pracującego z traumą relacyjną i rozwojową.
Lubię poznawać różne sposoby rozumienia człowieka. Takie, które nie zatrzymują się wyłącznie na objawie, diagnozie czy zachowaniu.
W NARM bardzo porusza mnie spojrzenie na narcyzm.
Nie jako prostą „wadę charakteru”. Nie tylko jako egoizm czy potrzebę podziwu. Ale jako próbę poradzenia sobie z bardzo trudnym doświadczeniem siebie i relacji.
To podejście zakłada, że czasem człowiek bardzo wcześnie uczy się, że spontaniczne, prawdziwe „ja” nie daje wystarczającego poczucia bezpieczeństwa czy kontaktu.
Że żeby utrzymać więź, trzeba stać się kimś.
Silniejszym. Lepszym. Wyjątkowym. Samowystarczalnym. Idealnym.
I wtedy powoli pojawia się życie bardziej wokół obrazu siebie niż wokół realnego kontaktu ze sobą.
Jednocześnie myślę, że ważne jest, by nie upraszczać tego tematu.
Narcyzm nie jest wyłącznie efektem traumy relacyjnej. Nie każda osoba z narcystyczną strukturą doświadczała oczywistej przemocy czy zaniedbania. Czasem są to subtelniejsze doświadczenia relacyjne, czasem temperament, czasem wieloletnie wzmacnianie określonych strategii funkcjonowania. Czasem różne czynniki nakładają się na siebie.
Dlatego tak ostrożnie podchodzę do internetowych narracji, które próbują sprowadzić narcyzm do jednego źródła albo jednej historii.
To, co cenne w NARM, to brak zawstydzania.
Zamiast pytać: „Co jest z tobą nie tak?”
pojawia się pytanie: „Co wydarzyło się w relacji z samym sobą i z innymi, że właśnie tak nauczyłeś się funkcjonować?”
I chyba właśnie to jest mi bliskie w pracy terapeutycznej: próba zobaczenia człowieka głębiej niż jego mechanizmy obronne.
Bo pod tym, co bywa odbierane jako chłód, kontrola, wyższość czy koncentracja na sobie, bardzo często znajduje się coś znacznie bardziej kruchego: wstyd, lęk przed zależnością, trudność z autentyczną bliskością, czasem bardzo bolesne poczucie, że „takim, jakim jestem — nie wystarczam”.