29/01/2026
8 lat... Mniej więcej tyle czasu zajęło mi dojście do przełamania schematu chaosu, nadmiernej zajętości i rozpoczęcia drogi "chcę, by mi było łatwiej w życiu".
Kiedy 8 lat temu odchodziłam już całkowicie z reklamy i wchodziłam na ścieżkę związaną ze wspieraniem ludzi - najpierw tych małych, potem tych dużych, wiedziałam doskonale, że jednym z podstawowych narzędzi do komunikacji oferty jest najzwyczajniej w świecie strona internetowa. Wiecie, ile razy o niej myślałam? Tysiące! Ile razy zabierałam się za napisanie briefu? Kilkaset. Ile razy próbowałam ją zlecić tak na serio? Co najmniej 5. Przez 3 lata miałam stronę, na której był... tylko formularz kontaktowy ;) A raz nawet próbowałam ją zrobić całkiem sama.
I w sumie to do kategorii cudu mogę zaliczyć to, że w większości przypadków mam pełne grupy na zajęciach, że dałam się znaleźć szkołom, w których prowadzę zajęcia. Że na nasze wakacje z jogą i uważnością mamy tyle rodzin, ile jest idealnie. Że znalazła mnie Fundacja SOK, w której opracowuję i prowadzę szkolenia dla nauczycieli. A stało się tak, bo byłam na Facebooku. I tylko na Facebooku (w Instagram ledwo umiem). Jednak żadna z tych osób, z którymi się przez te lata zetknęłam, nie ma w zasadzie pojęcia, ile wysiłku za każdym razem wkładałam w to, żeby opowiadać od zera o tym, co robię, jak robię, czym jest uważność, czym nie jest, jak wygląda proces, co jest ważne itd. itp. I jak bardzo nie umiałam inaczej...
Niewątpliwym plusem takiego działania było to, że byłam z wieloma osobami od razu w bezpośrednim kontakcie. I że mogłam sobie popisać (co lubię), odpowiadać na komentarze, a dopaminka strzelała, jak pojawiały się serduszka. Ale jednak było to bardzo obciążające czasowo. Odpowiadanie na każdą wiadomość i pisanie tego samego po wiele razy (a że nie umiem w copy paste, to każdy mail traktowałam jako osobną wiadomość) , pamiętanie o tym, żeby odpisać, reagowanie o każdej porze dnia, przekraczając niejednokrotnie granice między czasem na pracę i tym dla siebie. Na pisaniu postów dosłownie zjadłam zęby. A i tak najbardziej klikały się nie te, nad którymi się napracowałam i na których mi zależało, by się poniosły, tylko ten o Wojanku ;) Czasem spędzałam godziny, żeby coś napisać (albo zrobić grafikę, co przecież nie jest moją domeną), a reakcji zero, bo algorytmy mnie zjadały na korzyść profili prowadzonych systematycznie albo inwestujących w reklamę. Czasem znikałam w ogóle z przestrzeni internetowej, bo nie miałam weny albo siły. I zasięgi się zerowały totalnie. A potem trzeba było pisać intensywnie, bo zbliżała się kolejna rekrutacja do grup i z zerowym zasięgiem to sobie mogłam publikować wydarzenia, których nikt nie widział. Więc stres... pośpiech... działanie w panice.
Taki właśnie był mój mechanizm przez wiele lat. Działanie z poziomu napięcia zamiast zaufania. Bycie w zajętości zamiast w budowaniu. Jak jest pożar - działam. Jak jest spokój - czuję niepokój. A przecież wybieram spokój... Co za paradoks