28/12/2025
Miłość czy iluzja? Może to już pora spojrzeć prawdzie w oczy?
Dziś jest Dzień Świętej Rodziny.
I to jest dobry dzień, żeby oddzielić świętość od iluzji.
Bo zbyt często słowo „rodzina” służy dziś do usprawiedliwiania rzeczy, które z miłością nie mają nic wspólnego.
Zbyt często słyszymy: „trzeba wytrwać, bo to rodzina”, „dzieci”, „sakrament”, „Bóg tak chce” - i tymi słowami często przykrywamy przemoc, upokorzenie, strach i chaos.
A to nie jest świętość.
To jest nadużycie.
Dzisiejsza Ewangelia pokazuje Józefa jako głowę domu.
Nie jako tyrana.
Nie jako człowieka sparaliżowanego ego, uzależnieniem czy biernością.
Nie jako tego, który zrzuca odpowiedzialność na Maryję...
Józef działa.
Wstaje w nocy.
Chroni.
Bierze odpowiedzialność.
Ryzykuje własnym komfortem, żeby ocalić rodzinę.
To jest biblijna definicja głowy domu:
odpowiedzialność, czujność, gotowość do poświęcenia.
Nie władza.
Nie kontrola.
Nie strach.
Jeśli „głowa” tonie - w alkoholu, przemocy, ego, manipulacji albo emocjonalnej nieobecności - to dokąd ma iść reszta ciała?
Wiele kobiet i wielu mężczyzn zostaje w przemocowych związkach „ze względu na dzieci”.
Dzieci nie potrzebują przemocy w imię rodziny.
Trwanie w przemocy nie jest cnotą.
Nazywanie jej świętością - jest kłamstwem!
Ojciec poniżający matkę.
Matka wyżywająca się emocjonalnie na ojcu.
Związek, w którym jedno się stara, a drugie „ma to gdzieś”.
Relacja oparta na strachu, ciszy karzącej, wybuchach albo kontroli, gdzie nigdy niewiadomo co się będzie działo...
To nie jest droga.
To nie jest małżeństwo.
To nie jest miłość.
Dziś wielu ludzi jeszcze raz „przyklepie” swoją iluzję świętej rodziny.
Złożą ręce do modlitwy.
Wysłuchają Ewangelii.
Skiną głową.
A potem wrócą do domu i wyładują napięcie na tych, którzy są najbliżej...
Na żonie.
Na mężu.
Na dzieciach.
Religijne gesty nie oczyszczają przemocy w sposób magiczny!
Modlitwa nie usprawiedliwia krzyku, pogardy, manipulacji ani emocjonalnego terroru.
Nie ma świętości tam, gdzie po nabożeństwie nie ma opanowania, odpowiedzialności i pracy nad sobą.
Wiara, która nie zmienia zachowania w domu,
staje się pusta i bezwartościowa.
A z czasem staje się wygodną zasłoną dla ranienia innych.
Małżeństwo to wspólna odpowiedzialność.
Miłość ma dojrzewać i z biegiem czasu wydawać więcej dobrych niż złych owoców- nie ranić się w imię „tak już jest”, "tak już musi być"...
Warto reflektować:
W jakiej atmosferze kąpią się moje dzieci?
Jakie słowa słyszą i jakie gesty widzą?
Jaką definicję miłości przekazuję im każdego dnia?
Czy życzyłabym mojemu synowi, mojej córce relacji takiej, jaką ja tworzę?
Czy naprawdę biorę odpowiedzialność za to, kim się staję jako mąż, żona, ojciec, matka?