03/01/2026
Ciekawe ile osób mogłoby żyć gdyby ich rodziny nie zostały oszukane , że są martwe .
Książka kryminalna na faktach profesora Talara jak zabija się ludzi w śpiączce , które mogłyby żyć. :(
Przyjąłem na oddział „zmarłą osobę”
Dnia 4 października 1999 roku otworzyłem Klinikę Rehabilitacji w Aka¬demii Medycznej w Bydgoszczy. To było spełnienie marzeń i efekt lat przygotowań. Nowoczesny ośrodek zaplanowany z myślą o leczeniu chorych, o których inni już dawno zapomnieli, szybko stał się miejscem pierwszej wielkiej próby.
Już piątego dnia działalności trafiła do mnie 17-letnia licealistka, Wioletta. Dziewczyna jechała jako pasażerka fiata 126p. Na prostej drodze samochód uderzył w jedyne rosnące przy niej drzewo. Dla lekarzy z dużego szpitala sprawa była „oczywista”: doszło do tzw. „śmierci mózgu”. Wystarczyła jeszcze tylko zgoda rodziców i rozpoczęłaby się procedura pobrania narządów.
I wtedy wydarzyło się coś, co zmieniło bieg tej historii. Pod koniec dnia pracy na korytarzu kliniki zobaczyłem mężczyznę: zmęczonego, zrozpaczonego, w ubłoconych gumofilcach. Jak się okazało, był to ojciec Wioletty, bezrobotny rolnik z PGR-u. Zapytałem go, dlaczego tu przyszedł, o co chodzi. Był bardzo onieśmielony. Po jakimś czasie z trudem zaczął mówić o córce. Poprosiłem, żeby udowodnił, że córka żyje, bo w przeciwnym wypadku nie będę w stanie pomóc. Zastanawiał się, wreszcie, niemal szeptem, powiedział: „Panie profesorze... ja wiem, że ona żyje... bo jej serce bije... i... i... jest ciepła...”
Te słowa wystarczyły. Nie miałem najmniejszej wątpliwości, dziewczyna żyła i trzeba było natychmiast walczyć o jej życie. Zadzwoniłem do szpitala, w którym już traktowano ją jak „zmarłą”. Przedstawiłem się: „Tu profesor Jan Talar, kierownik Katedry i Kliniki Rehabilitacji Akademii Medycznej w Bydgoszczy” i zdecydowanym głosem zażądałem, by bezzwłocznie przewieziono chorą do mojej kliniki. Autorytet zrobił swoje, nazajutrz Wioletta była już u mnie. Pierwsze zwycięstwo nasze! Ale do ostatecznej wygranej jeszcze długa droga.
Od pierwszej minuty miałem tylko jedną myśl: to nie jest ciało przeznaczone do pobrania organów. To jest pacjentka, żyjąca dziewczyna w śpiączce mózgowej, której należy się leczenie. Nie pozwoliłem sobie nawet przez sekundę pomyśleć inaczej.
Zaczęła się walka. Były dni napięcia i niepokoju. Były krzyki: charakterystyczne, przenikliwe „krzyki mózgowe”, które świadczyły o ciężkim uszkodzeniu ośrodkowego układu nerwowego. Były tak donośne, że mieszkańcy sąsiednich bloków dopytywali, co się dzieje w klinice. Ale każdy taki dzień, mimo bólu i trudności, przybliżał nas do celu - do życia.
I wreszcie cel został osiągnięty, Wioletta odzyskała przytomność. Potem krok po kroku wracała sprawność, pojawiały się kolejne sygnały nadziei. Historia jej leczenia przypominała tę, którą przeżyliśmy wcześniej z Bogdanem i z wieloma innymi, których medycyna „na papierze” już spisała na straty.
Wioletta nie tylko się wybudziła. Z każdym dniem stawała się coraz silniejsza, a jej powrót do życia był jak symbol zwycięstwa nad systemem, który uznał ją za „zmarłą”. Najpierw zaczęła chodzić po oddziale, potem wy¬chodziła na krótkie przepustki do domu na własnych nogach, z uśmiechem i wzruszeniem rodziny, która jeszcze niedawno żegnała się z nią na zawsze.
A potem wydarzyło się coś, co poruszyło wszystkich. Po miesiącach ciężkiej rehabilitacji, codziennej nauki i żmudnych przygotowań Wioletta zdała maturę. Egzamin dojrzałości, napisany w murach naszej kliniki, stał się dowodem, że wbrew wszystkim prognozom dziewczyna wróciła do świata żywych i do normalnego życia.
Za Wiolettą przyszli kolejni. Krzysio, Dawid, Marcin, Anastazja, Adam, Magda, Marta, Łukasz, Agnieszka... i wielu innych młodych ludzi, którzy trafili do nas w śpiączce mózgowej, często już przeznaczeni na „dawców organów”. Każdy z nich miał swoją dramatyczną historię, każdy przynosił ze sobą ból rodziny, ale również ogromne nadzieje, których nie gasiliśmy, w wręcz przeciwnie - rozniecaliśmy.
Rosła też nasza klinika, nie tylko w sprzęt i doświadczenie, ale przede wszystkim w ludzi. Dołączały nowe pielęgniarki, dołączali fizjoterapeuci, lekarze, psychologowie, a także wolontariusze: młodsi i starsi, którzy poświęcali swój czas, by pomóc w walce o życie. Tworzyliśmy zespół, który spajała jedna idea: nigdy nie uznawać chorego za przegranego.
Drugi raz w mojej zawodowej służbie człowiekowi zetknąłem się / lak skrajną, niemal niewiarygodną rozbieżnością pomiędzy tzw. „aktualną wiedzą medyczną” a tym, co działo się przy łóżku osoby chorej. Wioletta 17-letnia licealistka - po ciężkim urazie, z rozległym uszkodzeniem mózgu i pnia mózgu, została przez specjalistów uznana za zmarłą. Szkoleni według wytycznych Raportu harwardzkiego ad hoc, powielanych przez krajowe dokumenty i komunikaty kolejnych ministrów zdrowia, mówili jednym
głosem: „nieodwracalna śpiączka”, „nieodwracalne uszkodzenie mózgu”, „śmierć mózgu”, „śmierć pnia mózgu”. Autorytety naukowe, znane nazwiska, ludzie z tytułami i publikacjami w dorobku, wszyscy zgodnie twierdzili, że dziewczyna nie żyje.
A jednak był ktoś, kto był załamany, ale niepozbawiony instynktu ojcowskiego. Kiedy siedział naprzeciwko mnie, powiedział drżącym głosem: „Ona żyje, bo bije jej serce i jest ciepła”. Tylko tyle. A jednak w tych kilku słowach zawarta była cała prawda o życiu i śmierci.
Kto więc miał rację w 1999 roku? Doświadczeni specjaliści ze Szpitala Wojewódzkiego, którzy powoływali się na autorytet Harvardu i ministerialne komunikaty? Czy prosty ojciec, kierujący się sercem i zdrowym rozsądkiem? Historia udzieliła odpowiedzi jednoznacznej. To ojciec miał rację. Wioletta żyje. Minęło już 26 lat od wypadku, a ona nadal jest wśród nas, pełna życia. To kolejne świadectwo zwycięstwa nad fałszywymi dogmatami.
Czy w dziejach medycyny zdarzyła się kiedykolwiek tak drastyczna przepaść pomiędzy „naukową” diagnozą specjalistów a prostą, intuicyjną oceną ojca? Czy można znaleźć bardziej wyrazisty przykład tego, jak bardzo człowieczeństwo bywa mądrzejsze od papierowych definicji?
Zwróćmy uwagę na coś jeszcze. Obecnie sformułowanie „śmierć mózgu”, choć fałszywe, to w społeczeństwie tak dobrze zostało wypromowane, że w zasadzie uważane jest za coś zupełnie normalnego, zwyczajna diagnoza lekarska. W rzeczywistości jest to otwarcie drogi do procedury pobierania narządów. Dzięki zignorowaniu jej, udało się uratować bardzo wiele istnień ludzkich. Na pewno wielu środowiskom zależy na tym, aby w żaden sposób nie podważać „śmierci mózgu” i podtrzymywać fałszywe rozumienie tego pojęcia. Nie można na to pozwolić!
Okrucieństwo
Od czasów Hipokratesa aż po współczesność lekarze mieli przed sobą fundamentalny dylemat: co jest ważniejsze, życie chorego, które powierzono ich opiece, czy doktryna podszyta ideologią, aktualnie pozwalająca traktować pacjentów w śpiączce mózgowej jako „rezerwuary narządów”? Niestety, dzisiejsza rzeczywistość coraz częściej wskazuje, że priorytetem stało się to drugie. A wszystko to dzieje się pod fałszywym płaszczem „naukowej poprawności” w postaci orzekania tzw. „śmierci mózgu”. Orzekania, które daje pełną bezkarność i prowadzi do dramatów rozgrywających się codziennie nie tylko w Polsce, ale na całym świecie.
Wioletta żyła. Była tylko w przejściowej śpiączce mózgowej, dodatkowo pogłębionej farmakologicznie. Jej stan nie był końcem, lecz początkiem walki o zdrowie. Tymczasem lekarze nazwali to „śmiercią mózgu”, zacierali granicę między życiem a śmiercią i przygotowywali drogę do pobrania narządów. To właśnie w tym przypadku ujawniła się cała przepaść, druzgocąca różnica między definicjami i pojęciami wykutymi w gabinetach medycznych autorytetów a rzeczywistością, w której znalazła się młoda dziewczyna i jej rodzina.
Według narzuconych odgórnie wytycznych rozpoznanie „śmierci mózgu” podpisane przez trzech specjalistów wystarcza, by uznać, że pacjent jest martwy. Nie ma to oczywiście nic wspólnego ani z rzeczywistą śmiercią mózgu, ani tym bardziej ze śmiercią człowieka.
To wyrok bez prawa apelacji, droga w jedną stronę.
Trzeba jasno powiedzieć: w czasie każdego ciężkiego urazu mózgu organ ten doznaje szoku. To właśnie te symptomy zostały wykorzystane jako rzekome dowody na „śmierć mózgową”. W rzeczywistości, przy odpowiedniej opiece, mózg ma ogromną zdolność regeneracji i w krótkim czasie potrafi wrócić do normalnego funkcjonowania. Ale warunek jest jeden - nie wolno
go przekreślać. Kiedy orzeka się „śmierć mózgową” odbiera się choremu szansę, zanim zdąży on tę szansę wykorzystać.
W przypadku Wioletty, ponieważ była niepełnoletnia, potrzebna była zgoda rodziców na pobranie narządów. Rodzice nie wyrazili zgody i błagali mnie, abym ją przyjął. Tak się stało. Dziewczyna, zamiast trafić na stół transplantologów, trafiła do mojej kliniki, gdzie dostała to, czego naprawdę potrzebowała, czyli rehabilitację, troskę i codzienną walkę o życie. Dzięki systematycznej neurofizjoterapii, prowadzonej godzinami przez oddany zespół, Wioletta odzyskała świadomość i zdrowie.
Ta historia powinna być lekcją dla lekarzy, pielęgniarek i wszystkich, którzy pracują z chorymi. Nigdy nie wolno automatycznie stawiać stempla „śmierć mózgu”. Nigdy nie wolno stawać się sędzią, który bez prawa obrony odbiera człowiekowi życie. Każdy pacjent zasługuje na walkę, tym bardziej, gdy sam nie może się obronić...
Fragment książki "Walka o życie" profesora Jana Talara.
Normobaria Rumianka
https://www.facebook.com/share/r/1BusNyrTPN/