12/05/2026
A wiecie, że nie tak dawno temu byłam o krok od rzucenia tej roboty w cholerę? 🙈
Niszczyłam się coraz większą presją, którą sama sobie nakładałam. Poprzeczkę podnosiłam coraz wyżej, dochodząc do miejsca, w którym działałam jak na autopilocie. Spać – pracować – jeść – pracować – spać.
Nauczyłam się, wychodząc z pracy, włączać tryb: DOM I RODZINA. A jeśli mam ochotę, to nadrobię trochę pracy wieczorem — jeśli tego nie zrobię, ŚWIAT SIĘ NIE ZAWALI.
Na wiadomości nie muszę odpisywać „w tej chwili”, a już na pewno nie w sobotę o 22:45. Mogę odpisać w najbliższej wolnej chwili i też będzie dobrze. Klientki to rozumieją i mają do tego duży szacunek.
Moje prace w galerii mogą poczekać kilka dni. Nie muszę tu i teraz szybko wystawiać ich na pokaz. A te, o których zapomniałam i nigdy ich nie dodałam, nawet bez Instagrama zrobią reklamę w życiu codziennym — w najbardziej wiernej poczcie pantoflowej.
Nauczyłam się pilnować przerw w grafiku — na odpoczynek i na posiłek. Ale też przestałam „upychać” terminy, gdy ktoś bardzo prosi. Wiem, ile kosztuje mnie stres i presja czasu, i znam swoją efektywność, pracując ze spokojną głową.
Odważyłam się odwoływać wizyty, kiedy jestem zmęczona albo chora. By dać z siebie 100%, sama muszę mieć w sobie 150%.
Zaczęłam kończyć współprace, w których czuję się wyładowana energetycznie. Nie jestem odpowiedzialna za uprzedzenia i chęć dominacji innych. Nie pozwolę sobie dyktować warunków mojej pracy — chcę mieć tu tylko dobrą energię i spójny vibe.
Sztywne godziny pracy i mniej terminów po południu były najlepszą decyzją w tym roku. Nie dlatego, że mi się nie chce, ale dlatego, że znam wymiar swojej produktywności w godzinach porannych i znam swój zjazd w godzinach popołudniowych.
Apetyt rośnie w miarę jedzenia.
Ważne, by jakość również szła z nim w parze.
Granice kształtują bezpieczeństwo.
A klientki nie odejdą gdzieś indziej bo po pracy nie pracuję
🍀🍀🍀
MAKIJAŻ PERMANENTNY BRWI ZAMOŚĆ