20/03/2026
Żyjemy w bezpiecznych czasach i w bezpiecznym miejscu. Polska stała się krajem, w którym historie o „skrojeniu portfela” czy telefonu, tak nagminne w latach osiemdziesiątych czy dziewięćdziesiątych, dzisiaj są już legendami. Oczywiście nadal zdarzają się ekscesy, ale sytuacja zmieniła się mocno in plus.
A jednak potrzeba kontroli rośnie.
Dowozimy więc, sprawdzamy lokalizację, analizujemy trasę powrotu, dzwonimy po dziesięciu minutach ciszy. Statystycznie – świat jest bezpieczniejszy, ale nasze napięcie nieadekwatnie większe.
Skąd się to bierze?
Najłatwiej wszystko zrzucić na technologię. To ona ułatwia założenie elektronicznej smyczy, kiedyś po prostu nie było takiej możliwości. Dziś pokusa bywa zbyt duża. Jak w jednym z odcinków Black Mirror, gdzie matka ciągle odkłada moment odłączenia kamery zainstalowanej w oku córki, nawet gdy ta jest już dorosła.
Bo przecież strach o własne dziecko nie mija nigdy. Pamiętam dobrze, jak bardzo martwiła się o mojego tatę jego mama, nawet gdy ten miał już sześćdziesiątkę na karku.
Tylko że kiedyś ten strach trzeba było jakoś znieść. Dziś można go zagłuszyć powiadomieniem z aplikacji.
My, wychowani na placach zabaw zbudowanych z żelaznych rur, huśtawek potrafiących rozłupać czaszkę, na pobliskich budowach, prowizorycznych kładkach nad osiedlowymi kanałkami, spędzający całe dnie „na dworze” bez ciągłego meldowania rodzicom swojej lokalizacji, w którymś momencie zdecydowaliśmy, że własnym dzieciakom zafundujemy zgoła inny los.
Do szkoły podstawowej w warszawskim Parku Saskim, do której chodziłem na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, większość dzieciaków w wieku jedenastu-dwunastu lat sama przyjeżdżała komunikacją miejską. Do wcześniejszej, osiedlowej, chodziliśmy bez rodziców już od pierwszej lub drugiej klasy. Co nam się stało? Czy naprawdę robimy to wyłącznie dla dzieci?
Może jednak, żeby uspokoić siebie? I nie czuć tego lekkiego ścisku w żołądku, gdy dziecko znika za rogiem? Żeby nie mierzyć się z własnym lękiem, tylko rozwiązać go logistycznie, podwożąc pod same drzwi?
„Przygotuj dziecko do drogi, a nie drogę dla dziecka” – to stare powiedzenie genialnie ujmuje to, na czym polegać powinno wychowanie.
Tymczasem co robimy? Próbujemy wybetonować dżunglę, byle tylko nasza pociecha miała w życiu łatwiej.
Janusz Korczak szedł jeszcze dalej, mówiąc o „prawie dziecka do śmierci”. To zdanie dla wielu z nas jest nie do przyjęcia. Ale nie chodzi tu przecież wyłącznie o śmierć w sensie dosłownym, tylko o ryzyko. O prawo do guza, do złamanej ręki, do zgubienia drogi i znalezienia jej z powrotem.
Czy chroniąc dzieci ponad to wszystko, nie odbieramy im czegoś znacznie ważniejszego niż chwilowy brak plastrów na kolanach?
Michał Górecki w serwisie "Fathers" (polecamy!)
fot Joey Huang