20/10/2026
PODRÓŻ BOHATERKI — ŚLADAMI SMOKÓW 🐉
QINGCHENG SHAN. SZTUKA NIEFORSOWANIA ŻYCIA 🌿
Chengdu jest podobno miastem, w którym życie płynie wolniej. Chińską stolicą relaksu, herbaty, mahjonga i niespiesznego bycia.
No cóż.
Po trzech dniach w tym trzynastomilionowym „spokojnym” mieście mam ochotę zapytać, czy ktoś przypadkiem nie pomylił definicji relaksu.
Wszędzie ludzie, samochody, skutery, sklepy, nawoływania sprzedawców. Rano już pełną parą. I papierosy! Chińczycy naprawdę jarają jak smoki! 😅
A ja? Ja, która jeszcze niedawno byłam taka dumna ze swoich umiejętności poruszania się po Chinach, nadal potrafię zgubić się za każdym razem, gdy szukam wejścia do metra.
Po raz pierwszy podczas tej podróży naprawdę tęsknię za domem.
Cieszę się z tego odkrycia.
Nie, nie wracam jeszcze. Przede mną Nepal, Himalaje i kolejny rozdział tej wyprawy.
Ale dawno nie czułam tak wyraźnie, że chcę wrócić do domu. Że zaczynam się nasycać tym wszystkim, co przeżyłam. Że podróż, choć jeszcze trwa, powoli nabiera poczucia pełni.
A tymczasem czeka mnie jeszcze jedna chińska góra. Qingcheng Shan. Święta góra taoizmu.
Poranek zaczyna się od kolejnej lekcji chińskiej skali.
Diana opowiadała mi niedawno, że jej teściowie mieszkają blisko.
– Jak blisko?
– Trzysta kilometrów.
Oczywiście! Przecież szybkim pociągiem to tylko jakieś dwie godziny. 😂
Przypominam sobie tę rozmowę, kiedy po czterdziestu minutach jazdy metrem Chengdu nadal się nie kończy.
Za oknem pociągu pojawiają się pola otoczone blokami. I nagle wraca do mnie Belgrad mojego dzieciństwa. To szczególne miejsce, gdzie miasto stykało się jeszcze ze wsią, a my, dzieciaki, chodziliśmy „na chabry” — podkradać owoce z sadów. Jak daleko potrafi nas zabrać jeden widok za oknem…
Potem jest pociąg, autobus, shuttle bus, kolejne bramki, kolejne tłumy. Próba zmiany biletu na wcześniejszy pociąg rozbija się o system, którego logika najwyraźniej nie przewiduje mojej logiki.
Bus, bus, shuttle bus…
Kurna, po prostu już nie mogę!
Kiedy pojawia się możliwość kolejnego podwiezienia, mówię: NIE.
Ten ostatni kilometr pod górę przejdę sama.
Chcę poczuć ziemię pod stopami. Powietrze. Drzewa. Wreszcie wyjść z tej nieustającej machiny przewożenia człowieka z punktu A do punktu B.
I wtedy coś się zmienia. Słyszę ptaki.
Wokół robi się zielono. Większość ludzi pojechała dalej, a ja idę ścieżką.
O rety. Jak ja potrzebowałam powietrza!
Dopiero po wyjechaniu z miasta słynącego z relaksu zaczynam naprawdę oddychać.
Qingcheng Shan oznacza mniej więcej „Górę Zielonego Miasta” — i trudno o trafniejszą nazwę.
To jedno z najważniejszych miejsc w historii religijnego taoizmu. Jego korzenie filozoficzne sięgają znacznie dalej, do starożytnych chińskich myślicieli i tekstów przypisywanych Laozi oraz Zhuangziemu. Ale właśnie w tym regionie, w II wieku naszej ery, Zhang Daoling rozwijał ruch Niebiańskich Mistrzów, jedną z pierwszych zorganizowanych wspólnot taoistycznych.
Prawie dziewiętnaście stuleci historii.
A ja idę przez ten las i myślę, że może wreszcie trafiłam w odpowiednie miejsce.
Przypominają mi się słowa Doroty, która przed wyjazdem przestrzegała mnie:
„Ty nie myśl, że będziesz tam sama na ścieżce!”Dorota, jak zwykle, miała rację.
Wybucham śmiechem za każdym razem, kiedy sobie o tym przypominam. Bo nawet tutaj chińska turystyka potrafi zadbać o to, żeby człowiek nie poczuł się zbyt samotny.
Na jednym ze znaków czytam:
GO! GO! GO! GO! GO!
Na świętej górze taoizmu!
No przecież nie mogę. 😂
Jedną z najważniejszych idei taoizmu jest wu wei — działanie bez forsowania. Nie chodzi o bezczynność, ale o niewymuszanie, o umiejętność podążania za naturalnym biegiem rzeczy.
A tu: GO! GO! GO!
Cóż za spotkanie starożytnej filozofii z nowoczesną organizacją ruchu turystycznego.
Dziś zresztą nie jestem żadną spokojną taflą jeziora. Nie jestem kropką w oceanie. Jestem rwącą rzeką. 🐦🔥🐦🔥🐦🔥
Mam w sobie tyle napięcia po ostatnich dniach, że chwilami dosłownie wbiegam pod górę. Niech nogi pracują. Niech ciało zrobi z tą energią coś pożytecznego.
I właśnie tutaj wchodzi kolejna taoistyczna myśl: ziran — naturalność, spontaniczność, bycie w zgodzie ze swoją naturą.
Wczoraj potrzebowałam otulenia.
Dziś Jestem rwącą rzeką.
Jedno nie wyklucza drugiego.
Taoizm nie każe przecież wodzie przestać płynąć. Woda, tak ważna w naukach Laozi, jest miękka, ustępująca, a jednak potrafi z czasem pokonać najtwardszą skałę.
I te drzewa!
Metasekwoje! 🌳🌳🌳
Ich kora jest tak niezwykła, miękka, włóknista, że mam ochotę przytulać się do każdego pnia.
A metasekwoje to osobna historia. Przez długi czas znano je jedynie ze skamieniałości i uważano za wymarłe. Dopiero w latach czterdziestych XX wieku odkryto żywe drzewa w Chinach.
Żywe skamieniałości.
Stoję przed nimi z szeroko otwartymi oczami. Mam banana na twarzy. Te drzewa do mnie gadają!
Nie spodziewałam się, że zrobią na mnie aż takie wrażenie. Co chwilę zatrzymuję się, dotykam kory, przytulam pień.
W pewnym momencie mam nawet wrażenie, że jedna z nich daje mi do zrozumienia: kobieto, wystarczy tej czułości! 😅
A po lesie przemykają wiewiórki, jakieś niezwykłe, szarozielone. Jak mech.
Wszystko jest tutaj zielone. Jakby góra miała własną paletę barw.
Na innym znaku panda informuje mnie:
„Going up is harder than going down”.
Wchodzenie jest trudniejsze niż schodzenie. Patrzę na nią dłuższą chwilę.
Niby oczywista wskazówka dla turysty. A jednak dzisiaj te słowa brzmią dla mnie jakoś inaczej.
Wędruję między taoistycznymi świątyniami i jaskiniami. Jednym z najważniejszych miejsc jest Tianshi D**g — Jaskinia Niebiańskiego Mistrza.
Według tradycji właśnie tutaj medytował i nauczał Zhang Daoling. Z czasem wokół jaskini powstał kompleks świątynny. W jego wnętrzu czczony jest Niebiański Mistrz, a pobliskie pawilony poświęcono również innym ważnym postaciom taoistycznego świata.
To nie jest tylko malownicza grota w skale. To miejsce pamięci o człowieku, z którym związane są początki zorganizowanego taoizmu.
W jednej z kolejnych jaskiń zatrzymuję się na modlitwę. Docierają do mnie z domu bardzo trudne wiadomości. Są sytuacje, wobec których nie mam żadnej sprawczości. Nie mogę niczego naprawić na odległość. Nie mogę przeżyć za kogoś jego życia ani podjąć za niego decyzji.
Mogę tylko być z tym, co czuję. I się modlić. Więc modlę się.
Potem ruszam dalej. Każdy krok niesie pokój. Nie oznacza to, że problemy znikają. Ani że znalazłam odpowiedzi.
Po prostu idę.
A potem wydarza się coś, czego kompletnie nie planowałam. I czego nie zobaczyłabym, gdybym jednak wsiadła do shuttle busa. Docieram do miejsca, nad którego bramą widnieje napis:
青城山道教学院 — Akademia Taoistyczna Góry Qingcheng.
To nie tylko kolejny zabytkowy budynek. To działająca instytucja kształcąca ludzi związanych z taoistyczną tradycją religijną.
I właśnie kiedy tam jestem, odbywa się ceremonia.
Słyszę śpiewy.
Wchodze, a jak.
Siadam i słucham.
Kapłani w długich granatowych szatach, charakterystycznych czarnych nakryciach głowy. Wielu z brodami, jak mistrzowie z dawnych chińskich opowieści. Wśród tradycyjnych szat wypatruję współczesnych sportowych butów — Chiny, jak zwykle, potrafią połączyć epoki w jednym kadrze.
Zastanawiam się też, dlaczego widzę samych mężczyzn. Wiem już, że taoizm zna również kapłanki i mniszki, ale akurat ta grupa jest męska.
W taoizmie recytacje świętych tekstów, śpiew i muzyka są częścią liturgii. Dźwięk nie służy jedynie stworzeniu nastroju. Jest elementem praktyki, która ma swój rytm, porządek i religijne znaczenie.
Siedzę i słucham.
Ciarki przechodzą mi po plecach.
Jestem oczarowana.
Udaje mi się nagrać kawałek dzwieku.
A chwilę później brama zostaje zamknięta.
Jeszcze moment i w ogóle bym tego nie zobaczyła.
Nie wiem, ile osób spośród turystów przechodzących przez Qingcheng trafia na takie chwile. Wiem tylko, że ja miałam dziś niezwykłe szczęście.
I pomyśleć, że wszystko zaczęło się od odmowy wejścia do kolejnego autobusu.
Ale góra ma dla mnie jeszcze jedną niespodziankę. U jej podnóża stoi kobieta ze stoiskiem pełnym instrumentów.
I tam znajduję xiao — tradycyjny chiński flet bambusowy.
Nie mogę uwierzyć!
Bo właśnie od dźwięku xiao rozpoczęła się moja podróż po Chinach. A teraz, pod koniec tej chińskiej części wyprawy, mam swój własny instrument.
Kupiłam xiao! Będę się uczyć grać! ❤️
Jest w tym coś, co ogromnie mnie porusza. Nie muszę nawet szukać dla tego zdarzenia jakiegoś wielkiego wyjaśnienia.
Po prostu cieszę się jak dziecko.
Ponad 25 tysięcy kroków.
Cała górska pętla, z podejściem i zejściem pieszo, bez shuttle busów.
Codziennie robie tyle i mam nadzieje, ze jestem juz w formie na Annapurne. 😁
Przyjechałam tutaj przebodźcowana, rozdrażniona, zmęczona chińską machiną turystyczną i wielkomiejskim hałasem.
W drodze byłam rwącą rzeką.
Spotkałam drzewa, które chciałam obejmować. Modliłam się w jaskini. Słuchałam taoistycznej ceremonii, na którą trafiłam przypadkiem. Kupiłam instrument, którego dźwięk towarzyszył początkowi mojej podróży.
I znowu myślę o wu wei.
O tym, że nie wszystko trzeba organizować, przyspieszać, zdobywać i odhaczać.
Czasami trzeba po prostu odmówić wejścia do autobusu.
I pójść własną drogą.
Każdy krok niesie pokój.
🐉🌿