Smocza Wioska Relacje • ciało • głos • wspólnota • odwaga

  • Hem
  • Sverige
  • Värmdö
  • Smocza Wioska Relacje • ciało • głos • wspólnota • odwaga
Ring Vägbeskrivning Kontakta affären

Smocza Wioska Relacje • ciało • głos • wspólnota • odwaga Smocza Wioska to przestrzeń dla ludzi, którzy chcą żyć bardziej w kontakcie ze sobą, z innymi i ze światem. O odzyskiwaniu własnego głosu i żywej MOCY.

O relacjach, odwadze, bliskości, granicach i miłości.

PODRÓŻ BOHATERKI — ŚLADAMI SMOKÓW 🐉QINGCHENG SHAN. SZTUKA NIEFORSOWANIA ŻYCIA 🌿Chengdu jest podobno miastem, w którym ży...
20/10/2026

PODRÓŻ BOHATERKI — ŚLADAMI SMOKÓW 🐉

QINGCHENG SHAN. SZTUKA NIEFORSOWANIA ŻYCIA 🌿

Chengdu jest podobno miastem, w którym życie płynie wolniej. Chińską stolicą relaksu, herbaty, mahjonga i niespiesznego bycia.
No cóż.
Po trzech dniach w tym trzynastomilionowym „spokojnym” mieście mam ochotę zapytać, czy ktoś przypadkiem nie pomylił definicji relaksu.

Wszędzie ludzie, samochody, skutery, sklepy, nawoływania sprzedawców. Rano już pełną parą. I papierosy! Chińczycy naprawdę jarają jak smoki! 😅

A ja? Ja, która jeszcze niedawno byłam taka dumna ze swoich umiejętności poruszania się po Chinach, nadal potrafię zgubić się za każdym razem, gdy szukam wejścia do metra.

Po raz pierwszy podczas tej podróży naprawdę tęsknię za domem.
Cieszę się z tego odkrycia.
Nie, nie wracam jeszcze. Przede mną Nepal, Himalaje i kolejny rozdział tej wyprawy.

Ale dawno nie czułam tak wyraźnie, że chcę wrócić do domu. Że zaczynam się nasycać tym wszystkim, co przeżyłam. Że podróż, choć jeszcze trwa, powoli nabiera poczucia pełni.

A tymczasem czeka mnie jeszcze jedna chińska góra. Qingcheng Shan. Święta góra taoizmu.

Poranek zaczyna się od kolejnej lekcji chińskiej skali.
Diana opowiadała mi niedawno, że jej teściowie mieszkają blisko.
– Jak blisko?
– Trzysta kilometrów.
Oczywiście! Przecież szybkim pociągiem to tylko jakieś dwie godziny. 😂
Przypominam sobie tę rozmowę, kiedy po czterdziestu minutach jazdy metrem Chengdu nadal się nie kończy.

Za oknem pociągu pojawiają się pola otoczone blokami. I nagle wraca do mnie Belgrad mojego dzieciństwa. To szczególne miejsce, gdzie miasto stykało się jeszcze ze wsią, a my, dzieciaki, chodziliśmy „na chabry” — podkradać owoce z sadów. Jak daleko potrafi nas zabrać jeden widok za oknem…

Potem jest pociąg, autobus, shuttle bus, kolejne bramki, kolejne tłumy. Próba zmiany biletu na wcześniejszy pociąg rozbija się o system, którego logika najwyraźniej nie przewiduje mojej logiki.
Bus, bus, shuttle bus…
Kurna, po prostu już nie mogę!
Kiedy pojawia się możliwość kolejnego podwiezienia, mówię: NIE.
Ten ostatni kilometr pod górę przejdę sama.
Chcę poczuć ziemię pod stopami. Powietrze. Drzewa. Wreszcie wyjść z tej nieustającej machiny przewożenia człowieka z punktu A do punktu B.

I wtedy coś się zmienia. Słyszę ptaki.
Wokół robi się zielono. Większość ludzi pojechała dalej, a ja idę ścieżką.
O rety. Jak ja potrzebowałam powietrza!
Dopiero po wyjechaniu z miasta słynącego z relaksu zaczynam naprawdę oddychać.

Qingcheng Shan oznacza mniej więcej „Górę Zielonego Miasta” — i trudno o trafniejszą nazwę.

To jedno z najważniejszych miejsc w historii religijnego taoizmu. Jego korzenie filozoficzne sięgają znacznie dalej, do starożytnych chińskich myślicieli i tekstów przypisywanych Laozi oraz Zhuangziemu. Ale właśnie w tym regionie, w II wieku naszej ery, Zhang Daoling rozwijał ruch Niebiańskich Mistrzów, jedną z pierwszych zorganizowanych wspólnot taoistycznych.
Prawie dziewiętnaście stuleci historii.
A ja idę przez ten las i myślę, że może wreszcie trafiłam w odpowiednie miejsce.

Przypominają mi się słowa Doroty, która przed wyjazdem przestrzegała mnie:
„Ty nie myśl, że będziesz tam sama na ścieżce!”Dorota, jak zwykle, miała rację.
Wybucham śmiechem za każdym razem, kiedy sobie o tym przypominam. Bo nawet tutaj chińska turystyka potrafi zadbać o to, żeby człowiek nie poczuł się zbyt samotny.

Na jednym ze znaków czytam:
GO! GO! GO! GO! GO!
Na świętej górze taoizmu!
No przecież nie mogę. 😂

Jedną z najważniejszych idei taoizmu jest wu wei — działanie bez forsowania. Nie chodzi o bezczynność, ale o niewymuszanie, o umiejętność podążania za naturalnym biegiem rzeczy.
A tu: GO! GO! GO!
Cóż za spotkanie starożytnej filozofii z nowoczesną organizacją ruchu turystycznego.

Dziś zresztą nie jestem żadną spokojną taflą jeziora. Nie jestem kropką w oceanie. Jestem rwącą rzeką. 🐦‍🔥🐦‍🔥🐦‍🔥
Mam w sobie tyle napięcia po ostatnich dniach, że chwilami dosłownie wbiegam pod górę. Niech nogi pracują. Niech ciało zrobi z tą energią coś pożytecznego.
I właśnie tutaj wchodzi kolejna taoistyczna myśl: ziran — naturalność, spontaniczność, bycie w zgodzie ze swoją naturą.
Wczoraj potrzebowałam otulenia.
Dziś Jestem rwącą rzeką.
Jedno nie wyklucza drugiego.

Taoizm nie każe przecież wodzie przestać płynąć. Woda, tak ważna w naukach Laozi, jest miękka, ustępująca, a jednak potrafi z czasem pokonać najtwardszą skałę.

I te drzewa!
Metasekwoje! 🌳🌳🌳
Ich kora jest tak niezwykła, miękka, włóknista, że mam ochotę przytulać się do każdego pnia.
A metasekwoje to osobna historia. Przez długi czas znano je jedynie ze skamieniałości i uważano za wymarłe. Dopiero w latach czterdziestych XX wieku odkryto żywe drzewa w Chinach.
Żywe skamieniałości.

Stoję przed nimi z szeroko otwartymi oczami. Mam banana na twarzy. Te drzewa do mnie gadają!
Nie spodziewałam się, że zrobią na mnie aż takie wrażenie. Co chwilę zatrzymuję się, dotykam kory, przytulam pień.
W pewnym momencie mam nawet wrażenie, że jedna z nich daje mi do zrozumienia: kobieto, wystarczy tej czułości! 😅
A po lesie przemykają wiewiórki, jakieś niezwykłe, szarozielone. Jak mech.
Wszystko jest tutaj zielone. Jakby góra miała własną paletę barw.

Na innym znaku panda informuje mnie:
„Going up is harder than going down”.
Wchodzenie jest trudniejsze niż schodzenie. Patrzę na nią dłuższą chwilę.
Niby oczywista wskazówka dla turysty. A jednak dzisiaj te słowa brzmią dla mnie jakoś inaczej.

Wędruję między taoistycznymi świątyniami i jaskiniami. Jednym z najważniejszych miejsc jest Tianshi D**g — Jaskinia Niebiańskiego Mistrza.

Według tradycji właśnie tutaj medytował i nauczał Zhang Daoling. Z czasem wokół jaskini powstał kompleks świątynny. W jego wnętrzu czczony jest Niebiański Mistrz, a pobliskie pawilony poświęcono również innym ważnym postaciom taoistycznego świata.
To nie jest tylko malownicza grota w skale. To miejsce pamięci o człowieku, z którym związane są początki zorganizowanego taoizmu.

W jednej z kolejnych jaskiń zatrzymuję się na modlitwę. Docierają do mnie z domu bardzo trudne wiadomości. Są sytuacje, wobec których nie mam żadnej sprawczości. Nie mogę niczego naprawić na odległość. Nie mogę przeżyć za kogoś jego życia ani podjąć za niego decyzji.
Mogę tylko być z tym, co czuję. I się modlić. Więc modlę się.

Potem ruszam dalej. Każdy krok niesie pokój. Nie oznacza to, że problemy znikają. Ani że znalazłam odpowiedzi.
Po prostu idę.

A potem wydarza się coś, czego kompletnie nie planowałam. I czego nie zobaczyłabym, gdybym jednak wsiadła do shuttle busa. Docieram do miejsca, nad którego bramą widnieje napis:
青城山道教学院 — Akademia Taoistyczna Góry Qingcheng.
To nie tylko kolejny zabytkowy budynek. To działająca instytucja kształcąca ludzi związanych z taoistyczną tradycją religijną.
I właśnie kiedy tam jestem, odbywa się ceremonia.
Słyszę śpiewy.
Wchodze, a jak.
Siadam i słucham.

Kapłani w długich granatowych szatach, charakterystycznych czarnych nakryciach głowy. Wielu z brodami, jak mistrzowie z dawnych chińskich opowieści. Wśród tradycyjnych szat wypatruję współczesnych sportowych butów — Chiny, jak zwykle, potrafią połączyć epoki w jednym kadrze.

Zastanawiam się też, dlaczego widzę samych mężczyzn. Wiem już, że taoizm zna również kapłanki i mniszki, ale akurat ta grupa jest męska.

W taoizmie recytacje świętych tekstów, śpiew i muzyka są częścią liturgii. Dźwięk nie służy jedynie stworzeniu nastroju. Jest elementem praktyki, która ma swój rytm, porządek i religijne znaczenie.
Siedzę i słucham.
Ciarki przechodzą mi po plecach.
Jestem oczarowana.
Udaje mi się nagrać kawałek dzwieku.
A chwilę później brama zostaje zamknięta.
Jeszcze moment i w ogóle bym tego nie zobaczyła.
Nie wiem, ile osób spośród turystów przechodzących przez Qingcheng trafia na takie chwile. Wiem tylko, że ja miałam dziś niezwykłe szczęście.
I pomyśleć, że wszystko zaczęło się od odmowy wejścia do kolejnego autobusu.

Ale góra ma dla mnie jeszcze jedną niespodziankę. U jej podnóża stoi kobieta ze stoiskiem pełnym instrumentów.
I tam znajduję xiao — tradycyjny chiński flet bambusowy.

Nie mogę uwierzyć!

Bo właśnie od dźwięku xiao rozpoczęła się moja podróż po Chinach. A teraz, pod koniec tej chińskiej części wyprawy, mam swój własny instrument.
Kupiłam xiao! Będę się uczyć grać! ❤️

Jest w tym coś, co ogromnie mnie porusza. Nie muszę nawet szukać dla tego zdarzenia jakiegoś wielkiego wyjaśnienia.
Po prostu cieszę się jak dziecko.

Ponad 25 tysięcy kroków.
Cała górska pętla, z podejściem i zejściem pieszo, bez shuttle busów.
Codziennie robie tyle i mam nadzieje, ze jestem juz w formie na Annapurne. 😁

Przyjechałam tutaj przebodźcowana, rozdrażniona, zmęczona chińską machiną turystyczną i wielkomiejskim hałasem.
W drodze byłam rwącą rzeką.
Spotkałam drzewa, które chciałam obejmować. Modliłam się w jaskini. Słuchałam taoistycznej ceremonii, na którą trafiłam przypadkiem. Kupiłam instrument, którego dźwięk towarzyszył początkowi mojej podróży.

I znowu myślę o wu wei.
O tym, że nie wszystko trzeba organizować, przyspieszać, zdobywać i odhaczać.
Czasami trzeba po prostu odmówić wejścia do autobusu.
I pójść własną drogą.

Każdy krok niesie pokój.

🐉🌿

PODRÓŻ BOHATERKI — ŚLADAMI SMOKÓW 🐉CHENGDU. ODNAJDYWANIE DROGI DO SIEBIE 💃🦒Poranek w Yulin. To zupełnie inne Chengdu niż...
19/10/2026

PODRÓŻ BOHATERKI — ŚLADAMI SMOKÓW 🐉

CHENGDU. ODNAJDYWANIE DROGI DO SIEBIE 💃🦒

Poranek w Yulin. To zupełnie inne Chengdu niż to, które poznałam wczoraj. Tam luksusowe domy mody, wielkie galerie, imponująca architektura i świat wielkich pieniędzy. Tutaj niższe budynki, małe sklepy, niezależne kawiarnie, uliczne stragany i ludzie zajęci swoim codziennym życiem. Inne marki, inny rytm, inna estetyka. I bardzo mi się tu podoba.

Pyszna kawa. Powolne pośniadaniowe leniuchowanie. Zaglądam do pracowni, oglądam lokalne rzemiosło, przyglądam się detalom.

Szczególnie zachwycają mnie bambusowe plecionki. Syczuan ma wielowiekowe tradycje wyplatania z bambusa, a niektóre tutejsze wyroby są tak precyzyjne i delikatne, że trudno uwierzyć, z czego powstały. Dziś poznaję Yulin za dnia.I już wiem, że chcę tu jeszcze wrócić po zmroku.

A jedzenie?
OD PRZYJAZDU DO CHENGDU ANI RAZU NIE ZDĄŻYŁAM ZGŁODNIEĆ. Nie pozwalają mi! Hahaha!
Jedzenie jest wszędzie. Tony jedzenia.

Na ulicach sprzedają świeże soki z bambusa, przekąski, pierożki, szaszłyki i rzeczy, których nie potrafię nawet nazwać.
Widziałam też obrazy, które mogą być dla nas trudne: żywe żaby dostarczane do restauracji, mięso wystawione na straganach.
W Chinach jedzenie bywa znacznie bardziej bezpośrednim spotkaniem z tym, skąd pochodzi nasz posiłek.

Dzisiaj miałam towarzystwo na hotpot!
W Syczuanie to niemal instytucja. Na środku stołu stoi garnek z bulionem, a wokół piętrzą się talerze z warzywami, mięsem, tofu, grzybami i wszystkim, co można zanurzyć we wrzącej zupie.
Jedzenie jest tu spotkaniem. Wspólnym czasem. Rozmową.

Dzisiaj moja podróż wraca też do swojego zawodowego wymiaru. Od IIT w Wenzhou zdążyłam przejechać kawał kraju, zdobyć góry, zgubić się niezliczoną liczbę razy, odnaleźć Smoki i na jakiś czas zupełnie zapomnieć, że jestem tu również zawodowo. zataczam piękne koło.
Spotykam się z koleżankami po fachu. Widzialyśmy sie dwa tygodnie temu a tu tyle się wydarzyło dla mnie.

Rozmawiam z Dianą, która przez ostatnie dwa dni tłumaczyła warsztaty wg podejścia Gottmana. Nie samym NVC człowiek żyje.
Schodzimy na temat relacji, pięciu języków miłości Chapmana i podejścia Gottmana do budowania bliskości.
O tym, jak łatwo w związku się pogubić.
Jak można przestać się słyszeć, choć wciąż się ze sobą rozmawia. Jak zaczynamy bronić własnych racji, zamiast docierać do tego, co naprawdę jest dla nas ważne. I o tym, jak Porozumienie bez Przemocy może pomóc odnaleźć drogę do siebie.

Po Wenzhou to dla mnie kolejny przystanek na mapie światowej społeczności NVC. I piękne domknięcie pewnego etapu tej podróży.

Z Liu Yi jadę do innej części Chengdu.
Dawne tereny fabryczne zostały przekształcone w przestrzeń artystyczną.
I tutaj znów jestem zachwycona.
PRZESTRZEŃ. DESIGN. SPOKÓJ.
Industrialne budynki, pracownie, sztuka, przemyślane detale.
Uwielbiam takie miejsca.
A pośrodku tej przestrzeni znajduje się lokalne Empathy Center. Centrum empatii!
Liu mnie oprowadza, opowiada o projektach, pokazuje mi też sąsiadujące przedszkole Waldorfskie.
Zatrzymujemy się w Centrum przy instalacji - ścianie poświęconej temu, jak doświadczamy siebie poprzez ciało.
I przychodzi do mnie słowo:
OTULENIE.
Nie kolejny cel.
Nie jeszcze więcej wyzwań.
Nie następny punkt na mapie.
Otulenie.

To ciekawe, bo bardzo podobny przekaz słyszę ostatnio podczas wizyt u lekarzy tradycyjnej medycyny chińskiej.
Dzisiaj poza pracą ze szkieletem i powięzia, mam również zabieg moksy.
To metoda, w której ogrzewa się określone miejsca na ciele ciepłem pochodzącym zwykle ze spalania suszonej bylicy.

Dla mnie te wizyty są również okazją, żeby zatrzymać uwagę przy własnym ciele.
Bo ono od jakiegoś czasu mówi coraz wyraźniej:
PRZERWA.
potrzebuję odpoczynku, troski i otulenia.
Zauważam, że zaczynam zaciągać ręczny.

Miałam bardzo bogaty plan podróży. A teraz, zamiast dokładać kolejne punkty, coraz częściej je odejmuję.

Liu Yi jest trochę zasmucona, że nie dotarłam do Szanghaju. Stamtąd pochodzi.
Opowiada mi o swoim mieście, a ja zaczynam myśleć, że może to po prostu dobry powód, żeby jeszcze kiedyś wrócić do Chin. Bo przecież nie da się zobaczyć wszystkiego. Choć przyznam, że próbowałam. 😂

Na liście miałam m.in. Sanxingdui, muzeum poświęcone niezwykłej cywilizacji starożytnego Shu.
Około 3000 lat temu na terenach dzisiejszego Syczuanu powstawały monumentalne brązowe maski, złote ozdoby i przedmioty rytualne, których estetyka jest zupełnie inna od tej, którą zwykle kojarzymy ze starożytnymi Chinami.
Niektóre maski mają ogromne, wyłupiaste oczy. A najbardziej poruszyło mnie zdjęcie niemal czterometrowego brązowego Drzewa Życia. Na jego gałęziach siedzą ptaki, a pień oplata Smok.
Kiedy je zobaczyłam, aż pisnęłam!
Wyobraźcie sobie — trzy tysiące lat temu ktoś stworzył tak niezwykły obiekt. Naukowcy interpretują go między innymi jako symbol łączności ziemi i nieba.
Muzeum znajduje się kilkadziesiąt kilometrów od Chengdu. tym razem tam nie pojadę.Boję się kolejnego tłumu i całodziennego zwiedzania.
Pozwalam sobie zostawić coś na później.

A Smoki?
Oczywiście, że są.
Mam już zdjęcia całej smoczej kolekcji.
Europejski Smok z klocków przypominających LEGO.
Smocze maskotki na dachach samochodów.
Smoki w sklepach, na ulicach, w sztuce i architekturze.

Ale dzisiaj pojawił się jeszcze jeden, zupełnie inny.
SMOK Z KOŚCI.
Przyszedł do mnie w obrazie podczas pracy z ustawieniem mojego szkieletu.
Nie wyglądał jak kościotrup.
Był Smokiem zbudowanym z kości.
I to jest dla mnie szczególnie ciekawe — że pojawił się właśnie wtedy, gdy pracowałam ze swoim szkieletem.

Jutro wybywam z miasta. I uczciwie - odliczam!
Qingcheng Shan. Góry związane z taoizmem. Cały dzień na szlakach, wśród drzew i świątyń. Tęsknię za naturą.
Za ciszą. Za przestrzenią, w której można usłyszeć własne myśli. I choć planuję całodzienny trekking, chcę przeżyć go bez pośpiechu. W swoim tempie. I przede wszystkim ze sobą.

Robot 🤖 hotelowy wsiada do windy. Już mnie ten widok nie dziwi. Mówię mu dobranoc wysiadając. Człowiek to się chyba do wszystkiego przyzwyczai…

Podróż Bohaterki — śladami Smoków 🐉

PODRÓŻ BOHATERKI — ŚLADAMI SMOKÓW 🐉 Z CIEKAWOŚCIĄ NIE WYGRASZBudzę się w Chengdu.Do hotelu dotarłam późno w nocy, więc d...
18/10/2026

PODRÓŻ BOHATERKI — ŚLADAMI SMOKÓW 🐉 Z CIEKAWOŚCIĄ NIE WYGRASZ

Budzę się w Chengdu.Do hotelu dotarłam późno w nocy, więc dopiero teraz wyglądam przez okno, żeby sprawdzić, gdzie właściwie wylądowałam. O, proszę.
CITY!
Bank of China, firmy konsultingowe, hotele, biurowce. Świat wielkiego biznesu, od którego próbuję chwilowo uciec, wita mnie za oknem. No pięknie. 😂

Przeoriwntujmy się na pandy, przecież Chengdu to także miasto pand! 🐼Pandy są wszędzie. Na wystawach, reklamach, witrynach, pamiątkach. Miasto uczyniło z nich swój znak rozpoznawczy. A panda była kiedyś moim ulubionym zwierzęciem.
Miałam maskotkę pandy jeszcze w Jugosławii. Kiedy wyjeżdżałam z kraju na zawsze, zabrałam ją ze sobą. Przyjechała ze mną do Warszawy. I oto po tylu latach budzę się w mieście pand.

Dzisiaj jest niedziela. Mnóstwo ludzi, młodzież bawi się na ulicach, wszędzie gwar, kolory, ruch. Dzień zaczynam od zobaczenia chłopaka w koszulce z napisem: CRYING CENTER. Oby to nie był omen - już wiedziałam, że będzie ciekawie.

Postanowiłam się dzisiaj powłóczyć.
Nie jak włóczęga. Jak Włóczykij.
Tak właśnie lubię poznawać miasta.
Gubić się i odnajdować. Gubić się i odnajdować. Bez planu, który trzeba koniecznie zrealizować. Skręcać tam, gdzie coś przyciągnie uwagę. Zaglądać za bramy, w podwórka, boczne uliczki.
A dzielnica handlowa Chengdu jest…
PRZERAŻAJĄCA I PORAŻAJĄCA.
Skala tego wszystkiego przekracza moje wyobrażenia.

Gigantyczne galerie, luksusowe domy mody, niezliczone witryny, wielopiętrowe przestrzenie handlowe.
I sprzedawcy.
O, moi drodzy.
CHIŃCZYCY TOTALNIE UMIEJĄ W HANDEL.
Wchodzisz do sklepu i wpadasz w “szpony” sprzedawcy. Podąża za Tobą krok w krok, uzbrojony w translator, i nieustannie próbuje nawiązać kontakt.
A Ty chciałabyś po prostu popatrzeć.
Jestem czujna jak muszka!

Bo jeśli nie jesteś wyspany, najedzony i w zasobach, żeby utrzymać swój pion i asertywność, można wydać znacznie więcej, niż się zamierzało. Dostęp do własnego „tak” i „nie” naprawdę zmienia się w zależności od tego, ile mamy siły. 🫣😂😅

Z ciekawości zaglądam do luksusowych domòw mody..Chcę popatrzeć na współczesnych zamożnych Chińczyków.
I muszę przyznać — mają niezwykłe wyczucie stylu. Sposób dobierania ubrań, dodatków, kolorów. Geometria. Dbałość o szczegół. Estetyka naprawdę ma tutaj swoje miejsce.
I nie chodzi tylko o światowe domy mody.
Chińskie marki, również sportowe i outdoorowe, zaskakują wzornictwem, jakością wykończenia i pomysłowością.
Mam wrażenie, że zaledwie niewielka część tej różnorodności dociera do Europy.

W Europie słowo „chińszczyzna” źle kojarzy. Oznacza coś tandetnego, nietrwałego. Jakiż to mocny stereotyp.
Oczywiście, istnieją tutaj produkty każdej jakości.
Ale to, co widzę dzisiaj, bardzo skutecznie podważa uproszczony obraz, który przywiozłam ze sobą.

Niespodziewanie wśròd szpetaczy chmur zauważam fragment starego dachu. Oczywiście muszę sprawdzić, co jest za nim. Skręcam. Wchodzę od tyłu. A jakże!
I dopiero po chwili orientuję się, że znalazłam się przy świątyni Daci.
Buddyjskiej świątyni o historii liczącej około 1600 lat.
W samym środku jednej z najbardziej luksusowych dzielnic handlowych Chengdu!

To miejsce jest niezwykłe również pod względem architektury. Kompleks Taikoo Li zaprojektowano wokół dawnej świątyni, zachowując część historycznych zabudowań i nadając im nowe funkcje.

Wyobraźcie sobie, że Louis Vuitton Maison mieści się tutaj w dawnym Guangdong Hall — historycznym budynku zaadaptowanym na butik.

Dawne dachy, dziedzińce i uliczki sąsiadują z najbardziej ekskluzywnymi markami świata. A pośrodku tego wszystkiego nadal żyje buddyjska świątynia.

przekraczam próg.
I milknę.

Z Daci związany był Xuanzang, słynny mnich i podróżnik, który w VII wieku wyruszył do Indii w poszukiwaniu buddyjskich tekstów.

Przed świątynią zatrzymuję się przy ścianie ze Smokami. Ludzie podchodzą, dotykają jej, robią zdjęcia. W tradycji chińskiej Smok jest symbolem siły, pomyślności i życiodajnej energii. Przy Daci popularny jest również zwyczaj dotykania znaków przynoszących szczęście i długowieczność.

Za drzwiami świątyni nie wolno filmować.
Naturalnie. Są ludzie pogrążeni w modlitwie. Inni zapisują modlitwy, intencje.
Rozlega się gong. A gdzieś obok kobieta wyszywa obraz. Zatrzymuję się przy niej jak zaczarowana.
CO ZA KUNSZT.

Haft ma w Chinach wielowiekową tradycję, a właśnie Syczuan słynie z haftu Shu — jednej z najbardziej cenionych regionalnych szkół chińskiego hafciarstwa.

Delikatne nici, precyzja, cieniowanie kolorów, cierpliwość potrzebna do stworzenia obrazu.
Stoję i patrzę.
To jest sztuka.

Zostaję w świątyni na dłużej.
Gong wybrzmiewa.
A mnie łzy same płyną. Pewne miejsca i sploty tak na mnie dzialaja. Miesza się modlitwa, z intencją i wdzięcznością.

Od kilku dni wypatrywałam Smoków. Widziałam je na dachach, w dekoracjach, w sklepach, wyrzeźbione w jadeicie i innych naturalnych kamieniach.

Dzisiaj mnie otaczaja na każdym rogu. Te najbardziej spektakularne, wyrzezbione w jadeicie i innych kamieniach nie uwieczniłam. Nie wolno. Kosztują majątek.
Może kiedyś. Może kiedyś. A może nue trzeba byćw ich posiadaniu. Tuż to wolne istoty są.

Potem znowu wychodzę na ulice Chengdu.
I nie przestaje mnie zaskakiwać. Po drodze znajduję hotel dla kosmitów.
My goodness. Gdzie ja jestem?! 😂
Widzę buddyjskich mnichów przymierzających adidasy w centrum handlowym.
Dziewczynkę, która wyprowadza na spacer białego gekona. Czy to albinos? Nie mam pojęcia, ale sam widok jest niezwykły.

A dookoła jedzenie.
GŁODNY NARÓD TO ZŁY NARÓD.
Głodnym w Chinach na pewno nie zostaniesz. Ilość street foodu jest oszałamiająca. Na każdym kroku coś gotują, smażą, pieką, parują, nadziewają, mieszają. Większości rzeczy nawet nie potrafię rozpoznać.
W końcu wybieram miejsce, w którym jedzą miejscowi. Przetłumaczenie menu zajmuje mi chwilę.
Zamawiam. I za 35 złotych dostaję pięć dań. Wystarczy mi na obiad, dzisiejszą kolację i jeszcze zostanie. Hahaha!

Po drodze się namyślam na kurtkę.
Sprzedawczyni prosi aby przy powrocie pytać o numer 11 — what??? Nie imię, tylko numer sprzedawczyni. Amplituda emocji jest dziś dość duża, musze przyznać…

Pod koniec dnia moje ciało mówi: DOŚĆ.
Idę na masaż stóp. Po trzydziestu minutach proszę jeszcze o plecy i kark. Mają rentgen w palcach. Skąd wiedzą…

Jest już ciemno. Wracam do hotelu.
Po drodze zaglądam do herbaciarni.
Są pełne!
Przy okrągłych stołach siedzą ludzie i przesuwają prostokątne płytki. Słychać ich charakterystyczny stukot.
MAHJONG! 🀄️
W jednych grupach mężczyźni, w innych kobiety. Osobno — przynajmniej w tych miejscach, do których zaglądam.

Mahjong to jedna z najbardziej charakterystycznych rozrywek Chengdu. Gra się zwykle w cztery osoby, dobierając i odrzucając płytki, by ułożyć odpowiednie kombinacje. A w Syczuanie istnieje własna, bardzo popularna odmiana tej gry.
Ludzie piją herbatę, rozmawiają, grają.

Zaglądam do kolejnej herbaciarni. I kolejnej. Miałam przecież odpoczywać!
A WESSAŁO MNIE MIASTO.
Bo z ciekawością nie wygrasz.
Mam z nią jak koty. Muszę zajrzeć. Zobaczyć. Sprawdzić, co jest za rogiem, za drzwiami, za kolejną bramą.

Dzisiaj właśnie dzięki temu znalazłam świątynię.
I pośród całego niedzielnego zgiełku Chengdu wróciło do mnie coś, za czym tęskniłam.

A! I jeszcze jedno. Moja podróż jest również zawodowa, choć przyznam, że po drodze zdążyłam już o tym zapomnieć.
Jutro spotykam się z koleżankami po fachu i jadę odwiedzić Centrum w Chengdu i nie moge się doczekać 🦒🦒🦒

🐉❤️

Podróż Bohaterki — śladami Smoków 🐉

PODRÓŻ BOHATERKI — ŚLADAMI SMOKÓW 🐉 | ZA WIELKA ARMIA, ZA MAŁO CISZYJechałam całą noc, żeby zobaczyć Armię Terakotową. A...
17/10/2026

PODRÓŻ BOHATERKI — ŚLADAMI SMOKÓW 🐉 | ZA WIELKA ARMIA, ZA MAŁO CISZY

Jechałam całą noc, żeby zobaczyć Armię Terakotową. A potem nie mogłam nawet podejść do barierki. Tłum napierał tak mocno, że dosłownie wypychał mnie z sali.
Zajrzałam.
To jest właściwe słowo.
Bo kontemplować się tego nie da. Przynajmniej nie w takich warunkach.
A przecież historia tego miejsca jest nieprawdopodobna.

Ponad dwa tysiące dwieście lat temu Qin Shi Huang został pierwszym cesarzem zjednoczonych Chin. W 221 roku p.n.e. podporządkował sobie rywalizujące królestwa i zaczął urządzać imperium według jednej miary. Miał 13 lat, kiedy został cesarzem.

Ujednolicił system pisma, miary i wagi, pieniądze. Rozbudowywał drogi, fortyfikacje i administrację. Władza o rozmachu, który trudno sobie dzisiaj wyobrazić.

A skoro cesarz rządził tak ogromnym państwem za życia, to najwyraźniej nie zamierzał rezygnować z potęgi również po śmierci. Podobno odkąd objął władze, zaczął prace nad grobowcem. Miał obsesje na punkcie nieśmiertelności. Hmm 🤨 ten wątek powraca u wielkich.
Kazał przygotować sobie całe podziemne imperium. Armia Terakotowa to część gigantycznego kompleksu grobowego, w którym tysiące naturalnej wielkości wojowników miały strzec cesarza w zaświatach. Piechota, łucznicy, oficerowie, konie, rydwany. Różne fryzury, twarze, mundury, pozycje.

I pomyśleć, że świat dowiedział się o tym dopiero w 1974 roku, kiedy miejscowi rolnicy kopali studnię i natrafili na fragmenty glinianych figur. Cztery lata później przyszłam na świat w tym rozdaniu.

Ponad dwa tysiące lat pod ziemią. I przypadkowo odkryta armia. A teraz coś, co mnie zaskoczyło. Ci żołnierze nie byli szarzy! Byli kolorowi. Malowani czerwienią, zielenią, błękitem, fioletem, bielą i czernią. Niektóre barwniki przetrwały pod ziemią, ale po wydobyciu warstwy lakieru i farby zaczynały gwałtownie niszczeć pod wpływem zmiany wilgotności.
Dlatego dzisiaj oglądamy głównie gliniane postacie pozbawione dawnych kolorów.
Wyobrażam sobie, jak musiała wyglądać cała ta armia, kiedy była nowa. Tysiące barwnych wojowników gotowych strzec cesarza przez wieczność.
I wiecie co?
Chciałabym móc przy nich postać. Przyjrzeć się twarzom, zobaczyć szczegóły zbroi, pomyśleć o ludziach, którzy ich tworzyli.
Ale nie ma jak. Tłum wypycha mnie z sali.

A potem zaczyna się to, co przy wielkich atrakcjach turystycznych coraz bardziej mnie oburza.
BAZAR.
Nie sam handel. Handel lubię. Lubię targi, stragany, rozmowy, rękodzieło, lokalne produkty. Ale ten cały przemysł obudowany wokół wielkich atrakcji!
Stoiska, pamiątki, nawoływania, kolejki, przepychanie się, kolejne punkty sprzedaży. Przy Wielkim Murze było podobnie.
W Xi’anie Armia Terakotowa jest wszędzie. Na reklamach, dekoracjach, pamiątkach.
Widziałam nawet pełnowymiarowe figury terakotowych wojowników z czekolady!

Sama Armia jest niezwykła. Ale sposób, w jaki się ją konsumuje jako atrakcję turystyczną, skutecznie odbiera mi przyjemność z oglądania.

Gdybym nie miała wcześniej kupionego biletu, pewnie ominęłabym ten punkt na mapie. Podobnie jak Wielki Mur.
I jest to jakaś nauka.

Coraz wyraźniej widzę, że to, co na pewno zapamiętam z Chin, to góry i przyroda.
Oszałamiająca.
Mam w Polsce przyjaciółke, która już dawno odpuściła zwiedzanie miast i pomników. Zdaje się, że idę w jej ślady.
No chyba że są to pomniki natury.
Tutaj nie mam dość. Nigdy.

Wracam spod Armii Terakotowej lokalnym autobusem.
I od razu robi mi się lepiej.

Nie wiem, kto jest bardziej zdziwiony — pasażerowie czy ja, że udało mi się w ogóle wstawić tam nogę. 😂
Wystarczyło odejść od wielkiej atrakcji, wsiąść do busika z miejscowymi i znów poczułam się… u siebie.
Zaczynam być naprawdę dobra w poruszaniu się po Chinach.
Nocny pociąg? Proszę bardzo.
Shuttle bus? Już wiem, gdzie szukać.
Metro, szybkie koleje, przechowalnie bagażu, DiDi, przesiadki, kontrole bezpieczeństwa, wielkie dworce.

Pamiętam początki tej podróży. Niepewność, jak coś kupić, gdzie wysiąść, czy aplikacja zadziała, czy uda mi się zapłacić, jak się dogadać.
A teraz?
Wszystko staje się łatwiejsze, kiedy jest znane i opanowane. Pestka. No żeby mi ktoś powiedział parę tygodni temu 😅

Chiny są krajem, w którym czuję się bardzo bezpiecznie. A ludzie, nawet jeśli nie znają ani słowa w innym języku, często są skłonni pomóc.
Na szczęście mamy AI i tłumaczenie konstans. Bez tego niejedna rozmowa wyglądałaby jak pantomima. Chociaż pantomima też tutaj działa. 😉

Nie liczę już kilometrów w nogach. Same chińskie dworce to osiągnięcie. A co dopiero cała reszta. Tutaj wszystko jest z rozmachem.

Xi’an oglądane zza szyby nie zachwyca mnie szczególnie. Ogromna metropolia, ponad 13 milionów mieszkańców, a ja widzę przecież tylko jej wycinek.
I ten wycinek na razie mi wystarcza.

Ale historia miasta jest fascynująca. Dzisiejszy Xi’an to dawny Chang’an, przez stulecia jedna z najważniejszych stolic Chin.
W czasach dynastii Han był wschodnim punktem wielkiej sieci szlaków handlowych, którą później nazwano Jedwabnym Szlakiem.
A w epoce Tang należał do największych i najbardziej kosmopolitycznych miast świata.
Przyjeżdżali tu kupcy z Persji i Azji Środkowej, mnisi buddyjscy, podróżnicy, rzemieślnicy i dyplomaci.

Towary, języki, religie, zwyczaje i idee spotykały się na ulicach tego miasta.
Może dlatego najbardziej ciekawi mnie tutaj nie cesarska armia, ale to, co zostało z dawnych spotkań kultur.

Po drodze widzę też rzeczy, których wcześniej w Chinach nie zauważałam.

Pierwszego bezdomnego człowieka. Jego rysy kojarzą mi się z mongolskimi, choć nie mam pojęcia, skąd pochodzi. Potem widzę drugiego.

A chwilę później obserwuję coś, czego nie widziałam nigdy w życiu. Osoba wyciera kurz z reklamowych neonów.
Z NEONÓW! Stoję i patrzę zdumiona.

Idę do dzielnicy muzułmańskiej.
CO TO JEST ZA KRÓLESTWO!
Uliczki, stragany, zakamarki, zapachy jedzenia, ludzie, handel, gwar.

Nie wszystko jest odrestaurowane. Niektóre fragmenty wyglądają, jakby czas obchodził się z nimi dość bezceremonialnie. I bardzo mi się to podoba. Jest tu coś mniej wygładzonego. Coś, co kojarzy mi się z miejscami poznanymi na Bliskim Wschodzie.

A kiedy zaglądam coraz głębiej w handlowe zaułki, odkrywam jeszcze jedno podobieństwo.
TARGOWANIE! Po raz pierwszy w Chinach spotykam je w takiej formie.

Cena potrafi zmienić się kilkakrotnie między momentem, kiedy zajrzę na stoisko, a chwilą, kiedy postanawiam odejść.
Wypatrzyłam Smoka. 700 juanów. Rozglądam się, zastanawiam, odchodzę.
200. Pięćset juanów różnicy w ciągu paru chwil!

Ale ta dzielnica ma znacznie więcej do zaoferowania niż handel.
Wchodzę do Wielkiego Meczetu.
I przepadam.
WIELKI MECZET W XI’ANIE.
Nie ma tu tego, czego zwykle spodziewamy się po meczecie: charakterystycznych kopuł i minaretów znanych z Bliskiego Wschodu.

Są za to chińskie dziedzińce, pawilony, stare drzewa, dachy z podwiniętymi narożnikami, kamienne przejścia, kaligrafia.
Islam w chińskiej architekturze.
I jaka to jest niezwykła mieszanka!

Historia muzułmanów w Xi’anie sięga czasów, gdy miasto nazywało się Chang’an i było jednym z wielkich ośrodków Jedwabnego Szlaku.

Od VII wieku docierali tu kupcy arabscy i perscy. Później również muzułmanie z Azji Środkowej. Osiedlali się, handlowali, zakładali rodziny.

Przez kolejne stulecia rozwijała się społeczność Hui — chińskojęzycznych muzułmanów, których kultura łączy tradycje chińskie z islamem.

Dzisiaj Hui jest w Chinach ponad jedenaście milionów.
To nie to samo co Ujgurzy, choć obie społeczności mają silne związki z islamem.

Wielki Meczet tradycyjnie datuje swoje początki na VIII wiek, a jego dzisiejszy wygląd zawdzięcza w dużej mierze późniejszym dynastiom.

Patrzę na tę architekturę i próbuję wyobrazić sobie wszystkie pokolenia ludzi, którzy tworzyli tutaj swoje życie.

Niektóre fragmenty są nadgryzione zębem czasu. Nie wszystko jest idealne. Nie wszystko błyszczy świeżą farbą.
I właśnie to dodaje temu miejscu uroku.
A przy wejściu panowie ćwiczą tai chi.
Muzułmański meczet w Chinach, chińskie dziedzińce, arabskie napisy i powolne ruchy tai chi.
W jednym miejscu spotyka się tyle historii.
I wreszcie mogę pokontemplować.
Nikt mnie nie wypycha.
Nie muszę walczyć o miejsce przy barierce.
Mogę przystanąć, przyjrzeć się, pobyć.
Nie chce mi się stąd wychodzić.

Potem wracam na ulice.
Klaksony. Zapachy. Tłum. Sprzedawcy. Naganiacze.
I miska grubego pszennego makaronu, tutejszej specjalności.
Takie lokalne fusion. 😉a tak na prawde- to przysmak Xian - miałam na liście do spróbowania.
Nie zwala z nóg, ale jestem głodna.

Mam jeszcze trochę czasu przed pociągiem do Chengdu, więc krążę po okolicy. I w końcu znajduję mojego małego jadeitowego Smoka.
Nie u człowieka, który nawołuje, przekonuje, zastępuje drogę albo urządza przedstawienie z ceną.
Kupuję go od pana, który siedzi skromnie i wykonuje swoją pracę.
Nie ma naganiaczy. Nie próbuje mnie wciągać w żadną grę.

Czasem lubię targowanie. Wszakże z Bałkanów jestem! 😂 Ale tutaj jakoś poczułam, że mi nie przystoi.

Nie wiem, może to już zmęczenie materiału. A może szacunek do ludzi, którzy jeszcze cenią coś poza szybkim zyskiem.

Nie mam ochoty negocjować.
Kupuję mojego baby dragona.
I tutaj historia zatacza ciekawy krąg.

Jadeit pojawił się już wcześniej w mojej podróży. W Hangzhou, nad Jeziorem Zachodnim, słuchałam legendy o Jadeitowym Smoku i Złotym Feniksie, którzy stworzyli perłę. Później w Hongcun znalazłam swojego srebrnego Smoka z perłą.A teraz mam maleńkiego Smoka z jadeitu.

Jadeit w Chinach od tysięcy lat ma szczególne znaczenie. Kojarzony jest z pięknem, trwałością, szlachetnością i ochroną. Był materiałem rytualnym, ozdobą i symbolem prestiżu.

Co ciekawe, niedaleko Xi’anu, w Lantian, od wieków pozyskuje się kamień znany jako jadeit Lantian. Jego mineralny skład zmieniał się w historycznym rozumieniu tej nazwy, więc nie każdy „jadeit” jest tym samym minerałem.
Nie wiem, czy mój Smok pochodzi właśnie stąd. Ale historia jadeitu w tym regionie jest bardzo długa.

I właśnie teraz wraca do mnie coś jeszcze.
Od wyjazdu z Huangshan Smoki siedzą cicho. W górach doświadczałam ich obecności bardzo intensywnie. Przychodziły obrazy, kolory, skojarzenia. Ostatnie Smoki były niemal tak barwne jak chińskie drewniane pawilony: czerwień, lazur, zieleń.

Od tamtej pory spotykam ich wizerunki wszędzie. Na dachach, bramach, dekoracjach, przedmiotach. Moje oko jest już na nie wyczulone.

Wczoraj w Pałacu Letnim widziałam Smoka pod kratką. Trafiłam też do zamkniętej Świątyni Króla Smoków.
A jednak zatęskniłam.
Nie za kolejnym symbolem.
Za poczuciem obecności. Za tym, co wtedy we mnie gra. Za jasnością, w której rzeczy zaczynają mi się odsłaniać, kiedy czuję, że jestem podłączona do tej energii.
Zastanawiam się, dlaczego od wyjazdu z gór zrobiło się tak cicho.
Czy Smoki wolą głębię i zwyczajne bycie od mojego nieustannego przemieszczania się?
Czy nie lubią zaganiania i bycia w akcji?
A może nie chcą mi już niczego dokładać?
Nie wiem.

Wczoraj po dwunastu godzinach snu wreszcie zwolniłam. Znalazłam pawilon, w którym nawet chmury się nie spieszą.
Dzisiaj znów jestem w drodze.
I wracam z małym jadeitowym Smokiem.
Nie wiem, co to znaczy.
Na razie po prostu jest ze mną.

Na dworcu dopada mnie zmęczenie.
Nie tyle nogi, ile uszy.
Jestem zmęczona dźwiękami. Od rana próbuję je izolować, jak tylko mogę.

Komunikaty z głośników. Kolejne komunikaty. Sygnały, ostrzeżenia, nawoływania. Wszystko na siebie nachodzi. Czasami mam wrażenie, że jestem w filmie science fiction.
Że tak właśnie wygląda przyszłość.

Wielkie, lśniące hale, ekrany, automatyczne bramki, skanery, kontrola bagażu, tłumy ludzi przemieszczające się w doskonale zorganizowanym systemie.
I głos, który nie przestaje mówić.

W starszych uliczkach Dzielnicy Muzułmańskiej było jakoś bardziej po ludzku, choć tam z kolei naganiacze próbowali zwrócić na siebie moją uwagę.

Gdzieś w głębi kolejna brama, za którą można by szukać wyroczni.
Ludzka twarz tych Chin też istnieje. Spotykam ją codziennie.

A potem na dworcu widzę coś, co zupełnie mnie rozbraja.
Courtesy seat.
Miejsce pierwszeństwa dla osób starszych, chorych, z niepełnosprawnościami i podróżujących z dziećmi.
A tuż obok — maleńkie, czyściutkie łóżeczko dla niemowlęcia.
Tak po prostu.
Na ogromnym dworcu.
Patrzę na nie.
I mięknę.

Siedzę w tej wielkiej hali, czekając na dalszą drogę. Przede mną Chengdu, mój ostatni przystanek w Chinach.

A myślami wracam do Hongcun i do gór.
Mówiłam już, że tęsknię za tą wioską?
Awena tam została.
I jakaś część mnie na pewno też.

Nie liczę już kilometrów, które przeszłam. Nie wiem nawet, ile ich było.
Za to coraz wyraźniej widzę, jaką drogę przebyłam od początku tej podróży.

Dzisiaj bez większego lęku poruszam się po kraju, którego języka nie znam. Przesiadam się, pytam, znajduję drogę, korzystam z lokalnych autobusów, aplikacji i pomocy ludzi.

A jednocześnie coraz mniej interesuje mnie zaliczanie kolejnych punktów z listy.
Armia Terakotowa mnie rozczarowała.
Wielki Meczet zachwycił.
Makaron był przeciętny.
Neony ktoś czyścił z kurzu.
Na dworcu czekało łóżeczko dla niemowlęcia.
A ja jadę dalej z małym jadeitowym Smokiem.
Zmęczona. Z większą pewnością siebie. Z tęsknotą za Hongcun.
I za tym szczególnym poczuciem obecności, które towarzyszyło mi w górach.

Chengdu. Ostatni przystanek w Chinach. A potem Nepal 🇳🇵i Annapurna.

Podróż Bohaterki — śladami Smoków 🐉

Adress

Värmdö
130 43

Telefon

+48605366906

Webbplats

Aviseringar

Bli först med att veta: vi skickar ett mejl när Smocza Wioska Relacje • ciało • głos • wspólnota • odwaga publicerar nyheter och kampanjer. Din e-postadress används inte till något annat, och du kan avsluta prenumerationen när som helst.

Kontakta Affären

Skicka ett meddelande till Smocza Wioska Relacje • ciało • głos • wspólnota • odwaga:

Genvägar

Dela