01/04/2026
Od miesiąca mogę powiedzieć, że jestem jedną z 11 milionów mieszkańców Bangkoku. Zanim tu dotarłam, spędziłam w drodze 3 miesiące, zaliczając po drodze prócz Indii, właśnie Filipiny (i Laos, który pojawi się w kolejnym odcinku).
Moja relacja z Filipinami to jak klasyczna historia z byłym, z którym kompletnie Ci nie po drodze, wcale nie chciałaś z nim być, ale po czasie myślisz: „w sumie to wcale nie był taki najgorszy”.
Filipiny też nie są takie najgorsze, są jak ładne opakowanie, w którym ktoś pomieszał klocki z trzech różnych zestawów:
Kultura? Trudno powiedzieć, bo Hiszpanie zostawili im sporą, głównie religijną, spuściznę.
Kuchnia? Przykryta grubą warstwą amerykańskiego fast foodu.
Biznes? Wszędzie panoszące się Chiny.
Niby jest pięknie, ludzie są sympatyczni, ale chemia między nami po prostu nie pykła. Mimo to, uśmiecham się na wspomnienie tych wszystkich absurdów, które tworzą tamtejszy koloryt czyli na przykład o:
Kierowcy autobusu wyskakującym na czerwonym świetle na fajeczka.
Jednorazowych pojemnościach - wynikających z oszczędności i praktyczności, od saszetek z szamponami, przez porcję proszku do prania, aż po benzynę w butelce po coli.
Dziewczynach, pielęgniarkach. Odniosłam wrażenie, że co druga dziewczyna studiuje pielęgniarstwo lub właśnie pakuje walizki do pracy w USA. Personel medyczny jest największym "dobrem eksportowym".
Jeepney’ach, powojennej pozostałości po USA. To takie transportowe dzieła sztuki, które są głośniejsze niż ich silniki.
Kogutach, pierzastych funduszach inwestycyjnych, o które dba się, masuje i trenuje z myślą o wielkim zysku (w sabong), traktowanych z większą czułością niż niejeden domownik.
Znachorce z Siquijor- po okadzeniu mnie i "uwędzeniu" moich złych duchów, z uśmiechem obiecała mi... piątkę dzieci. Jak widać, klątwy przybierają różne formy.
Tak więc nie polecam, nie odradzam. To był przykład obustronnej antypatii, ale wracając do motywu randkowego: każda potwora znajdzie swego amatora.